Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.
    0 0

    Call of Duty Infinity Ward Poland

    Jedni z twórców serii Call of Duty tworzą nowy oddział w Polsce. Infinity Ward Poland na swoją siedzibę wybrało Kraków.

    Polska jest coraz bardziej rozpoznawalna na światowej scenie gamingowej. Za sprawą sukcesu gier Wiedźmin 3 od CD Projekt RED i This War of Mine od 11 bit studios oraz corocznych finałów IEM Extreme Masters w Katowicach, o naszym kraju w kontekście gier wideo jest coraz głośniej.

    W Polsce będą pracować osoby odpowiedzialne za serię Call of Duty.

    Powstał nowy oddział istniejącego od 2002 roku studia Infinity Ward, które od 2003 roku należy do Activision. W dorobku firmy znajduje się pierwsza odsłona Call of Duty oraz liczne kontynuacje.

    Infinity Ward ma w swoim koncie Call of Duty 2, Call of Duty 4: Modern Warfare, Call of Duty: Modern Warfare 2, Call of Duty: Modern Warfare 3, Call of Duty: Ghosts I Call of Duty: Infinite Warfare.

    Jesteśmy bardzo podekscytowani możliwością ogłoszenia, że rozwijamy nasz potencjał jako developera wraz z otwarciem Infinity Ward Poland. Budujemy światowej klasy studio R&D, które skorzysta z lokalnej kultury kreatywnego tworzenia gier i talentów jakie oferuje Polska. To rozszerzenie działalności przyczyni się do dalszego utrwalania naszej pozycji jako jednego z najbardziej zaangażowanych i uhonorowanych zespołów w branży gier. Czekamy z niecierpliwością na wspaniałe dokonania, które będą dzięki temu naszym udziałem - Dave Stohl, Studio Head w Infinity Ward.

    Gdzie będzie się mieścić Infinity Ward Poland?

    Biuro nowego lokalnego oddziału studia Infinity Ward Poland otwiera się nie w stolicy, a w Krakowie. W naszym kraju mają pracować programiści zajmujący się badaniami i rozwojem. Będą współpracować z Infinity Ward Los Angeles.

    Szefem polskiego oddziału Infinity War został Michał Drobot, który do tej pory piastował stanowisko Principal Rendering Engineer w Infinity Ward Los Angeles. Pojawiło się też oficjalne konto Infinity Ward Poland w serwisie Twitter.

    Co dalej z Call of Duty?

    Jestem niezmiernie ciekaw, w jakim kierunku pójdzie seria Call of Duty od Infinite Ward. Obecnie studio odpowiedzialne za wykreowanie tej marki jest jedną z trzech firm pracujących nad cyklem obok Treyarch i Sledgehammer Games, które wydają kolejne gry na zmianę.

    Słabe przyjęcie poprzedniej gry z cyklu i powrót do przeszłości w postaci Call of Duty: WW2 od Sledgehammer Games, po sukcesie Battlefield 1  Electronic Arts sprawiają, że los sequeli Call of Duty: Infinite Warfare jest niepewny i niewykluczone, że Infinite Ward z pomocą polskiego oddziału stworzy coś zupełnie nowego.



    Call of Duty w Polsce. Infinity Ward Poland otwiera biuro w Krakowie

    0 0

    Laptopy Alienware to drugie najlepsze urządzenia tego typu dostępne na rynku. Nic zatem dziwnego, że firma-córka Della po raz kolejny wraca do produkcji urządzeń dedykowanych graczom. Dziwię się wręcz, dlaczego dopiero teraz.

    Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 jest pozycjonowana jako najtańsza myszka Kosmitów, kosztując w Polsce około 199 zł. To niewielka suma, jak na sprzęt sygnowany takim logo. Z drugiej strony, na niskiej półce myszek dla graczy jest już naprawdę tłoczno. Zarówno tańszy SteelSeries Rival 100 jak i droższy Razer DeathAdder mają wyrobioną reputację oraz pozycję.

    Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 jest jednym z najsurowszych projektów, jakie miałem w dłoni.

    Pierwsze, co rzuca się w oczy, to brak jakiegokolwiek ogumienia. Skrzydła myszy nie są pokryte giętkimi wzorkami. Nigdzie nie pojawiają się gumowe wypustki stabilizujące uchwyt. W każdym miejscu gryzonia skóra gracza natrafia na plastik. Przyjemnie chropowaty, ciekawie wygięty, ale mimo wszystko plastik.

    Brak ogumienia i amortyzacji dla dłoni ciężko wytłumaczyć. Myszka pozbawiona dodatkowych elementów być może wygląda spójnie, ciekawie i nowocześnie, ale odbywa się kosztem wygody użytkowania. W przypadku długich, wielogodzinnych sesji ze strategią Total War: Warhammer II moja dłoń zaczynała się męczyć i pocić. Obrywało się głównie łukowi dłoniowemu oraz paliczkom bliższym.

    Jeszcze gorzej było na serwerach wieloosobowej strzelaniny, gdzie specjalne umiejętności oraz broń miotaną mam przypisane pod dwa boczne przyciski. Mój kciuk bez problemu sięgał pierwszego z nich. Miał za to wielki problem z drugim. Musiałem odrywać wewnętrzną powierzchnię dłoni od grzbietu myszki, a następnie przesuwać całą rękę ku przodowi. Ten gryzoń jest stworzony dla ludzi o wielkich dłoniach. Chyba tylko oni skorzystają z bocznych przycisków bez żadnych problemów.

    Niezwykle przypadły mi za to do gustu główne przyciski PPM i LPM.

    Te pracują pod przełącznikami Omolona, które gwarantują żywotność 10 mln klików. Topowe myszki mają ich zapewnionych około 50 mln, ale pamiętajmy, że Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 to niska półka. LPP i PPM wchodzą kapitalnie. Z jednej strony są przyjemnie lekkie, z drugiej mają naprawdę szybkie, naprawdę fajne sprężenie zwrotne. No i głęboki skok, co bardzo lubię.

    Złego słowa nie mogę również napisać o rolce. Ta ma gumowe wypustki, które zapewniają większą precyzję palca wskazującego. Do tego obrotowe koło można docisnąć do lewej lub prawej strony. Wtedy rolka pełni rolę jednego lub drugiego z dziewięciu w pełni konfigurowalnych przycisków, możliwych do edycji za pomocą dedykowanego oprogramowania Alienware.

    Pod względem parametrów, Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 wypada poprawnie.

    W myszce znajduje się optyczny sensor Pixart PMW 3325. Zapewnia to gryzoniowi czułość do 5000 DPI. Czyli jakieś 10 razy więcej, niż potrzebuje najbardziej wymagający gracz w CS:GO. Oczywiście istnieją myszki oferujące i 12000 DPI, lecz to ewidentny przerost formy nad treścią. Takie wartości czułości mogą być wykorzystywane co najwyżej przez grafików pracujących na wielu, naprawdę wielu monitorach. Dla graczy, nawet tych biorących udział w ligowych rozgrywkach, granica 5000 DPI to aż nadto.

    Ważniejsza od czułości jest jednak precyzja. Do wartości 3500 DPI nie odnotowałem żadnej interpolacji. Gorzej jest z kwestią akceleracji. Przy wyłączonej akceleracji pozytywnej, dokonując szybkich ruchów gryzoniem o stałej długości, Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 zawsze gubił kilkanaście stopni kąta widzenia. Im szybszy ruch, tym więcej pikseli tracimy. To zapewne wina dosyć przeciętnej wartości IPS, wynoszącej raptem 100.

    Niezwykle doświadczony gracz, który polega na pamięci mięśniowej wykonując obrót o 180 stopni i strzelając niemal na ślepo, może mieć problem. Pixart PMW 3325 posiada wiele zalet dla przeciętnego użytkownika, takich jak świetna praca na wszystkich rodzajach podłoża czy dobra redukcja szumów. Musimy jednak pamiętać, że to budżetowy sensor, który trafia do tych najtańszych gamingowych myszek. Nie mamy prawa spodziewać się po nim cudów. To dobre rozwiązanie dla przeciętnego gracza, ale nie dla e-sportowca.

    Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 to gryzoń dla fanów marki.

    Jeżeli jesteś graczem, któremu logo Alienware jest zupełnie obojętne, lepszą decyzją będzie zaopatrzenie się w tańszego SteelSeries Rivala. Jeśli jednak szukasz czegoś o lepszej specyfikacji i większych możliwościach, doradzałbym dodanie kilkudziesięciu złotych i kupno DeathAddera od Razera. Znajdujący się między tymi produktami Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 jest nieco przeceniony w stosunku do możliwości.

    Największe zalety:

    • Świetny wygląd
    • Dobrze sobie radzi na każdej powierzchni
    • LPM i PPM
    • Trzy profile DPI na jednym przycisku fizycznym
    • Współpraca z laptopami Alienware

    Największe wady:

    • Nieco zbyt droga względem możliwości
    • Niewygodna podczas dłuższych sesji
    • Akceleracja przy wysokiej prędkości ruchu
    • Całościowo gorsza względem nieco tańszej konkurencji

    Gryzoń Della świetnie współgra z laptopami Alienware. Importuje od nich kolorystyczne ustawienia diod. Do tego świetnie się komponuje na tle potężnych maszyn do grania. Gdy ten duet jest w parze, naprawdę cieszy oko. Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 to świetne rozwiązanie dla fanów Kosmitów, którzy chcą spójności i przyjemnych doznań wizualnych. Jednak gracze spoza grona wielbicieli drogich laptopów mają na rynku ciekawsze alternatywy.



    Kosmici wracają do akcesoriów dla graczy. Alienware Advanced Gaming Mouse AW558 – recenzja

    0 0

    Jest dobra i zła wiadomość dla fanów BlackBerry i BB10. Ta dobra? Dalej możecie korzystać ze sprzętów z tym systemem. Ta zła? Nie przyzwyczajajcie się do nich zbytnio.

    BlackBerry (to BlackBerry, nie BlackBerry Mobile) ogłosiło dziś komplet planów związanych z... przyszłością BlackBerry 10. Tak, przyszłością, bo pomimo rynkowej porażki tego systemu, w rękach użytkowników nadal znajduje się sporo telefonów pracujących pod kontrolą tego systemu. I coś trzeba im powiedzieć.

    BlackBerry 10 będzie żyło. Jeszcze jakiś czas.

    Kanadyjska firma nie podała we wpisie na blogu dokładnej daty porzucenia wsparcia dla swojej ostatniej autorskiej platformy mobilnej. Zadeklarowała jedynie, że BB10 będzie wspierane przez jeszcze co najmniej dwa pełne lata. Czyli przynajmniej do końcówki 2019. Jak na system, który swoją premierę miał na początku 2013 roku i nigdy tak naprawdę nie rozwinął skrzydeł - całkiem niezły wynik.

    Na nowe funkcje i jakikolwiek rozwój nikt nie powinien jednak liczyć. I o ile smartfony z BB10 mogą być wspierane nawet dłużej niż do końca 2019, o tyle korzystanie z nich po tym terminie może być poważnie utrudnione. Na ostatni dzień grudnia 2019 roku wyznaczono bowiem termin całkowitego wyłączenia sklepu z aplikacjami dla BB10 i BBOS - BlackBerry World.

    Koniec BB World.

    Od początku 2020 nie będzie więc możliwe instalowanie i aktualizowanie aplikacji, co w obecnych czasach oznacza w zasadzie całkowitą śmierć platformy.

    BlackBerry zapowiedziało też odłączenie innych oferowanych przez siebie usług, ale raczej nie będzie to wielkim ciosem dla zbyt wielu osób. Z opcji rozmów wideo na tablecie PlayBook nie korzysta już prawdopodobnie nikt (termin wyłączenia: marzec 2018). Zamknięcie usługi Travel (termin wyłączenia: luty 2018) może być natomiast trochę większym problemem, ale to tylko znak, że czas już może zacząć szukać nowego telefonu z nowym systemem.

    Raczej nie powinniśmy jednak w tych poszukiwaniach zwracać naszej uwagi w kierunku Priva. Pierwszy smartfon tej firmy z Androidem również został dopisany do listy urządzeń bez przyszłości. Nie otrzyma on już ani dużej aktualizacji Androida, ani nawet comiesięcznych aktualizacji - Kanadyjczycy obiecali dostarczać je przez 24 miesiące od premiery urządzenia i czas ten dobiegł już końca.

    A co z BlackBerry OS?

    BBOS jest jeszcze bardziej skomplikowaną sprawą. Żeby poprawnie działała większość jego funkcji sieciowych, musi - w uproszczeniu - utrzymywać połączenie z serwerami BlackBerry. Kiedy Kanadyjczycy wyciągnął wtyczkę, nagle niemożliwe będzie korzystanie z klienta pocztowego i sporej liczby aplikacji. I choć BBOS zastąpiono już w 2013 roku BB10, archaiczny dziś już system dożyje tego samego wieku, co jego nowsze wcielenie.

    Na odłączenie od sieci BBOS BlackBerry dało sobie bowiem tyle samo czasu, co na wspieranie BB10 - „co najmniej dwa lata”. Jeśli więc macie gdzieś w szufladzie starego Bolda czy Torcha, a na swojej karcie aktywną usługę BlackBerry, to... tak, przynajmniej do końca 2019 roku będzie można w pełni korzystać z jego możliwości.

    Co robić?

    BlackBerry zapowiada, że współpracuje z BlackBerry Mobile nad przygotowaniem „atrakcyjnego dla klientów” programu zniżek na zakup nowych Jeżynek (tu wymienia się Motion albo świetnego KEYone) dla tych, którzy obecnie posiadają starszy sprzęt (do tej listy doliczany jest też Priv) kanadyjskiej marki.

    Szczegółów tego programu, a także jego rynkowego zasięgu, niestety nie podano. Wiadomość jest jednak jasna.

    Na szczęście nowe smartfony BlackBerry/BlackBerry Mobile (a przynajmniej KEYone) są na tyle dobre, że przy nadchodzących przesiadkach nie powinno być zbyt wielu rozczarowań. Tak, Android to niestety nie BB10 i wielu świetnych rozwiązań może brakować, ale w zamian dostajemy naprawdę świetny sprzęt, z dostępem do gigantycznej bazy aplikacji.

    A BB10? Czas pożegnać ten system już na dobre, choć z wielkim smutkiem. Tym większym, jeśli spojrzymy na to, jak kolejne ciekawe funkcje BB10 rozgrabiane są po latach przez wiodące obecnie systemy operacyjne.

    Cóż, taka kolej rzeczy.



    Czas już naprawdę zapomnieć o BlackBerry 10

    0 0

    "Ziemia jest płaska" - takie komentarze, w wielu językach widzę coraz częściej pod tekstami dotyczącymi odkryć naukowych czy eksploracji kosmosu.

    Spora ich cześć ma charakter ironiczny, prześmiewczy. Inne, to po prostu niskich lotów trollowanie. Niestety są też komentatorzy, którzy święcie wierzą w największą głupotę XXI wieku, a jej propagowanie traktują niczym misję oświecenia błądzących.

    Dziś bunt polega na podważaniu naukowych faktów.

    Jest połowa grudnia 2017 r. Właśnie ogłoszono, że wokół znajdującej się 2,5 tys. lat świetlnych od Ziemi gwiazdy Kepler 90 krąży osiem planet. Nasz rodzimy układ planetarny znów stracił na wyjątkowości.

    Żyjemy w czasach, gdy sondy kosmiczne wysłane z Ziemi przemierzają przestrzeń. Widzieliśmy ich oczami wszystkie planety Układu Słonecznego. Zobaczyliśmy też w pełnej krasie zdegradowanego do roli planety karłowatej Plutona. Sondy Voyager dotarły na rubieże systemu solarnego. Postawiliśmy stopę na Księżycu. Nasze łaziki badają Marsa. Potrafimy pobrać i sprowadzić na Ziemię próbki pyłu kometarnego i wylądować niewielkim próbnikiem na komecie. Na orbicie dysponujemy tysiącami satelitów. Ziemię oglądają z wysokości 400 km astronauci Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Teleskopy kosmiczne przeczesują wszechświat w różnych zakresach promieniowania elektromagnetycznego. Zarejestrowaliśmy fale grawitacyjne.

    Tę listę można by ciągnąć jeszcze długo. Jest chlubna i piękna. Pokazuje potęgę ludzkiego umysłu. Siłę i pokorę ludzkości, której przez wieki wydawało się, że jej miejsce zamieszkania jest wyjątkowe i która uklękła przed faktami naukowymi. Ludzie wielkiej odwagi - Kopernik, Galileusz, Newton, Einstein, Hubble, pomagali zrozumieć nasze położenie i pojąć prawa rządzące naszym światem.

    I gdy już wspiąłem się na wyżyny zachwytu, gdy mój ton stał się patetyczny, mam ochotę szpetnie przekląć pod nosem i żałować, że ludzkości przydarzył się Internet.

    Nie zrozumcie mnie źle. Dostęp do informacji zrewolucjonizował społeczeństwa. Pozwolił nam komunikować się w czasie rzeczywistym, praktycznie bez względu na położenie. Niestety ta równość dostępu do Sieci sprawiła też, że widoczni stali się osobnicy, którzy onegdaj mogliby porwać swoimi mowami 10 osób na prowincjonalnym jarmarku. Tymczasem dostali narzędzia, dzięki którym swoją paranoją mogą zarażać rzesze ludzi.

    Gdy kilka miesięcy temu zobaczyłem dyskusję astronautów z raperem-płaskoziemcą, załamałem się. Oto Buzz Aldrin, człowiek, który jako drugi w historii postawił stopę na Księżycu, tłumaczyć musi celebrycie, że Ziemia nie jest płaska. To samo robi Scott Kelly. To ważny przykład, bo ten ostatni astronauta spędził prawie rok w kosmosie i w ramach misji Year in Space narażał swoje zdrowie dla dobra nauki.

    Przykład rapera jest znamienny. 8,7 mln ludzi lubi jego stronę na Facebooku, a 2,3 mln śledzi na Twitterze. To są miejsca, w których muzyk głosi swoje mądrości.

    Internet zalewa fala fake newsów. Wkrótce będą miały siłę tsunami. Już dziś odbiorcy mają problem z odróżnieniem informacji prawdziwej od fałszywej. To dlatego Mark Zuckerberg dwoi się i troi, by wdrożyć mechanizmy, które ochronią w przyszłości jego serwis przed zarzutami tworzenia platformy dezinformacji.

    Pseudonaukowe brednie nie są fake newsami w ścisłym tego słowa znaczeniu. Ich wyznawcy mogą jednak fake newsy wykorzystywać dla wzmocnienia przekazu. Znany raper głoszący, że Ziemia jest płaska, sam w sobie staje się newsem.

    Niedorzeczności powszednieją, stają się akceptowalnym dziwactwem. To dlatego dziś każdy za słynnym raperem może napisać w Internecie, że Ziemia jest płaska. Ludzie wykształceni na Uniwersytecie YouTube'a są przekonani, że są w stanie podważać fakty naukowe. Z punktu widzenia dyskursu naukowego ich wypowiedzi nie mają znaczenia. W kontekście społecznym nabierają go jednak, padając na podatny grunt i rozprzestrzeniając się.

    Jeszcze kilka lat temu stwierdzenie o płaskiej Ziemi wyśmiałby nawet uczeń podstawówki.

    Dziś dorośli ludzie potrafią przyznać się publicznie do tego, że gardzą nauką i jej metodami. Bojownicy nowej kontrkultury potrafią nazwać Kopernika kłamcą i wierzą w globalny spisek, który ma na celu ukrycie przed ludzkością płaskiego kształtu Ziemi.

    Niestety dzięki mediom społecznościowym, margines przesuwa się, zyskując udziały w przestrzeni publicznej. Dziś komentarze negacjonistów nauki zyskują poklask.

    Ten tekst potraktujcie jako apel i prośbę. Żarty z płaskiej Ziemi po prostu nie są już śmieszne. Stały się passé, Trollowanie i dworowanie odbierane jest bowiem jako poważny głos w dyskusji. To dlatego, pod coraz większą liczbą tekstów naukowych możemy przeczytać komentarze tego typu. Na wrzuceniu granatu do szamba nikt nie zyskuje.



    Patrzę na płaskoziemców i zaczynam żałować, że ludzkości przytrafił się Internet

    0 0
    0 0

    Są gry, przy których kończą się przyjaźnie i miłości. Kto grał w Mario Kart 8 Deluxe czy planszowe Monopoly, ten doskonale wie, co mam na myśli. Czasami rywalizacja z najbliższymi potrafi wyzwolić w nas piekielne demony, a my aż gotujemy się od wewnętrznej złości.

    -Nie, naprawdę, wszystko w porządku. Nic się nie stało. To tylko gra - odpowiadałem swojej partnerce, gdy ta inkasowała 1100 dolarów z mojego konta w Monopoly for Nintendo Switch. Twarz miałem niczym z betonu. Oczy martwe i pozbawione duszy. Nawet mi powieka nie zadrgała. Jednak to, co działo się w środku mnie… w wewnętrznym ogniu złości i żółci Sauron mógłby z powodzeniem wykuć drugi Pierścień Przeznaczenia.

    Monopoly for Nintendo Switch to udana próba przeniesienia planszowej gry na ekran telewizora.

    Za edycję dla konsoli Nintendo Switch odpowiada Ubisoft. Francuzi wydali swój tytuł już kilka tygodni temu, ale powstrzymałem się z natychmiastową recenzją. Deweloperzy zaliczyli gigantyczną wpadkę; czas ładowania na konsoli wydłużał się w nieskończoność, przez co zajmujący 3,6 GB program stawał się praktycznie niegrywalny. Na szczęście wydano aktualizację i wszystko działa już jak należy.

    Najciekawszą różnicą między tekturową i elektroniczną wersją Monopoly jest system zróżnicowanych zasad. Poza klasycznym trybem możemy wybrać masę wariacji. Np. taką, w której po wykonaniu pełnego toru dostajemy dwa razy więcej pieniędzy lub stajemy na dowolnym polu. Albo taką, w której wyrzucenie dwóch jedynek dodaje 1000 dolarów. Ewentualnie taką, gdzie można budować domy bez posiadania wszystkich nieruchomości jednego koloru.

    Jeszcze ciekawsze jest granie pod określony, jasno zdefiniowany cel. Do wyboru mamy między innymi 25-minutową grę, w której wygrywa pierwszy gracz, który zbuduje hotel. Albo taką rozpisaną na pół godziny, gdzie wygrywa ten, kto jako pierwszy będzie miał łączny dochód 500 dolarów z czynszu. Intensywny jest wyścig po pierwsze 2000 dolarów, rozpisany na 45 minut. Weterani Monopoly docenią również tryb szybkiej śmierci, zacznie przyspieszający rozgrywkę.

    Gra czerpie z dodatkowych, unikalnych możliwości konsoli Nintendo Switch.

    Przede wszystkim, nie musimy kupować drugiego kontrolera, aby zagrać ze znajomym. Wystarczy podać mu Joy-Cona. Rywalizować możemy nie tylko przed telewizorem, ale również w trybie przenośnym. Wystarczy postawić tablet na podpórce i wspólne granie w pociągu, poczekalni, pod namiotami czy na plaży staje się faktem. Wirtualna plansza pomieści sześciu kapitalistów jednocześnie.

    Ubisoft zadbał o miły dodatek w postaci rzutu kostkami za pomocą ruchowego kontrolera. Joy-Con wibruje, gdy delikatnie potrząsamy nim w dłoni. Przestaje, gdy ruchy nadgarstka ustają, uznając rzut za wykonany. Ciekawy dodatek, chociaż poczucie trzymania kości w dłoni o wiele lepiej symuluje 1-2 Switch. Tam wibracje i haptyczny mechanizm wykorzystano po mistrzowsku. Szkoda też, że Francuzi nie dogadali się z Nintendo w sprawie zawartości na wyłączność. Plansze w świecie Mario, zbieranie złotych monet - był tutaj potencjał.

    Zawartość oraz jakość wykonania Monopoly for Nintendo Switch nie tłumaczy zbójeckiej ceny.

    Opisywana produkcja jest konwersją kilkuletniego Monopoly Play, obecnego już na konsolach poprzedniej generacji. Ubisoft nie widzi jednak problemu, aby żądać za grę 160 zł. To prawie dwa razy tyle, co na zakurzonych platformach stacjonarnych. Rozumiałbym taki stan rzeczy, gdyby aplikację wypchano ciekawą zawartością na wyłączność, a gra była dopracowana i doszlifowana w każdym detalu. Tak niestety nie jest.

    Monopoly for Nintendo Switch cierpi na dwie poważne choroby. Pierwsza to ogólne tempo rozgrywki. Drugą jest odczuwalny spadek płynności w trybie telewizyjnym. Oba problemy wynikają z tak zwanych żywych plansz - animowanych lokacji, z których wyrasta masa trójwymiarowych elementów i ozdobników. Dzięki nim Monopoly jest o wiele atrakcyjniejsze dla najmłodszych odbiorców. Na tym zalety ruchomym lokacji się kończą.

    Gra na żywych planszach jest bardzo ociężała. Spadki animacji są odczuwalne. Do tego kamera dosyć leniwie przelatuje się od jednego pionka do drugiego. Niby można to przyspieszyć, ale wtedy program potrzebuje dodatkowej sekundy lub dwóch, aby przemielić, co się wydarzyło i co zaraz musi się wydarzyć. Tak źle i tak niedobrze. Do tego animacja lubi gubić klatki. Teoretycznie w grze planszowej nie powinno mieć to znaczenia, ale frustruje tak czy inaczej.

    Problemem jest również idiotyczna sztuczna inteligencja cyfrowych przeciwników.

    Gigantyczną przewagą Monopoly for Nintendo Switch nad tekturową grą planszową jest to, że na konsoli można grać samemu. Wystarczy dobrać komputerowych rywali lub anonimowe osoby z Internetu. Niestety, tryb online jest jeszcze bardziej powolny. Po każdym rzucie kostką trzeba czekać kilka sekund, aż informacja o wartości rozejdzie się po innych użytkownikach. Wszystko działa z opóźnieniem, zbyt długo stoi w miejscu i działa na nerwy.

    Myślałem, że wybawieniem będzie zabawa z botami. Nic bardziej mylnego. Ich inteligencja, nawet na średnim lub wysokim poziomie trudności, woła o pomstę do nieba. Cyfrowi rywale ochoczo pozbywają się nieruchomości. Nawet za sumy, które przekraczają wartość pola o zaledwie kilka lub kilkanaście dolarów. Do tego AI zdaje się nie brać pod uwagę ponadstandardowych celów zwycięstwa. Zadaniem jest zebranie 2000 dolarów? Rywal i tak będzie trwonił środki na najtańsze nieruchomości.

    Sztuczna inteligencja nie ma żadnego pomysłu na swoją rozgrywkę. Jest jak obrażony kuzyn przy grze planszowej, który stracił większość majątku i naburmuszony jedynie rzuca kostką, nie odzywając się do nikogo. Celem AI nie jest ani zwycięstwo, ani nawet przetrwanie w kapitalistycznym świecie. Swoimi ruchami sztuczna inteligencja jak gdyby błagała: -dobijcie mnie. Niech to już się skończy.

    Gra umiejętnie przenosi popularną planszówkę w cyfrowy świat, ale nie oferuje wiele więcej.

    Jasne, w pociągu łatwiej wyciągnąć Switcha niż tekturową planszę, pionki, kostki, karty i banknoty. Mobilny walor jest nie do przecenienia. Jeżeli jednak chcemy pobawić się w domu, o wiele lepiej sięgnąć po tradycyjną, namacalną planszówkę. Jest przy niej więcej zabawy, ze względu na bezpośrednie interakcje wymuszone handlem i wymianą. Cyfrowy odpowiednik jest wolniejszy i nieco mniej personalny.

    Największe zalety:

    • Udane przeniesienie gry planszowej w cyfrowy świat
    • Dodatkowe cele i tryby
    • Flirt z unikalnymi możliwościami Switcha
    • Niszczy miłości i przyjaźnie równie skutecznie co analogowa gra
    • Mobilność!

    Największe wady:

    • Zbójecka cena
    • Powolna i ociężała rozgrywka
    • Spadki płynności w trybie telewizyjnym
    • Brak polskiego języka
    • Brak ciekawej zawartości na wyłączność
    • Wpadka z wersją premierową i aktualizacją
    • Gra planszowa jest bardziej personalna

    Oczywiście Monopoly for Nintendo Switch w dalszym ciągu doskonale realizuje najważniejszą misję, jaka przyświeca Hasbro - gra niszczy przyjaźnie, związki i miłości. Trudno o lepszą aplikację do pokazania, jak wielkim jesteś bucem i jak bezwzględnie będziesz wysysać swoich bliskich z ostatniego grosza. Dobrze, że Joy-Cony nie mają ostrych krawędzi.



    Grałem w Monopoly for Nintendo Switch i chciałem udusić swoją rodzinę tylko jakieś 54 razy – recenzja

    0 0

    Huawei Mate 10 Lite

    Gdybym miał wybrać wymarzony smartfon, który chciałbym znaleźć pod choinką, zdecydowanie poprosiłbym o Huawei Mate 10 Pro. Nie poproszę Świętego Mikołaja o jego przyniesienie wyłącznie z jednego powodu - bo już go mam.

    Nie ma tu cienia przesady. Huawei Mate 10 Pro jest zdecydowanie najlepszym smartfonem, jakiego miałem okazji używać i jestem przekonany, że przez co najmniej najbliższy rok nie będę chciał go wymienić na inny model. Jest to zasługa świetnej jakości wykonania, podzespołów z najwyższej półki oraz bardzo dobrego aparatu. Ale po kolei.

    Do tej pory miałem problem ze smartfonami z serii Mate.

    Jasne, miały ogromne wyświetlacze, które idealnie nadawały się do konsumpcji treści oraz pracy, jednak były to telefony nieco za duże do wygodnego użytkowania. Huawei Mate 10 Pro nie ma takiego problemu. Zastosowanie dużego wyświetlacza o proporcjach 18:9 oraz bezramkowego wzornictwa sprawiły, że telefon nadal ma ogromne możliwości, ale nie wyślizguje się z dłoni. A nawet gdy się wyślizgnie i wyląduje… chociażby w wannie, to nic mu się nie stanie, bo spełnia normę IP67.

    Huawei Mate 10 Pro

    Sam ekran też jest świetny. Jest to 6-calowy OLED o rozdzielczości 2160 x 1080 pikseli. Nie zużywa wiele energii, pięknie odwzorowuje barwy, a oglądanie na nim filmów i seriali to czysta przyjemność. Robię to w pociągach, samolotach, a nawet na rowerku w siłowni. Mogę powiedzieć, że Huawei Mate 10 Pro stał się najczęściej używanym przeze mnie telewizorem. Co więcej, wyświetla on nie tylko ładny obraz, ale też bardzo dobrze gra, zarówno na wbudowanych głośnikach stereo, jak też na słuchawkach.

    Kolejna istotna cecha Huawei Mate 10 Pro to podzespoły.

    Procesor Kirin 970 z chipem, który wykorzystuje rozwiązania sztucznej inteligencji, 6 GB RAM, 128 GB pamięci flash. Tego smartfona po prostu nie da się zapchać. Od dnia premiery działa jak rakieta i nic nie wskazuje na to, że kiedykolwiek to się zmieni. Równie szybki jest czytnik linii papilarnych na pleckach smartfona.

    Standardy łączności? Tutaj także nic nie zabrakło. Najszybsze WiFi 802.11ac? Jest. Bluetooth 4.2? Jest. Lokalizacja obsługująca GPS, GLONASS i Beidou. Jest. Tak samo jak obsługa dwóch kart SIM oraz najszybszego LTE Advanced, czyli łączenia ze sobą kilku pasm LTE jednocześnie. Mate 10 Pro ma też NFC, więc można go wykorzystać jako zbliżeniową kartę płatniczą.

    Największa bolączka zdecydowanej większości smartfonów obecnie dostępnych na rynku to akumulator, który ledwo wytrzymuje jeden dzień pracy lub nie osiąga nawet takiego wyniku. Huawei Mate 10 Pro zadaje kłam temu stwierdzeniu dzięki ogniwom o pojemności 4000 mAh, które starczają na dwa dni pracy. Mimo ogromnego rozmiaru można je błyskawicznie naładować przy pomocy portu USB-C i technologii Supercharge.

    Niemniej istotny jest aparat.

    A konkretnie podwójny aparat, który robi zarówno piękne zdjęcia kolorowe, jak też czarno-białe. Najbardziej podoba mi się jednak funkcja rozmywania tła. Pozwala ona na wybranie ostrego miejsca już po wykonaniu fotografii i wybrania stopnia rozmycia tła za pomocą suwaka. Działa ona fenomenalnie i nie potrafię zrozumieć, czemu jest dostępna wyłącznie w smartfonach Huaweia. Inne podwójny aparaty działają od nich znacznie, znacznie gorzej.

    Huawei Mate 10 Pro oczywiście nie jest urządzeniem tanim, bo kosztuje 3499 zł, ale na tle innych sztandarowych sprzętów nie wygląda źle. Na rynku mamy bowiem smartfony wycenione na 4000-5000 zł. Dlatego, choć dwa lata temu uważałbym, że Mate 10 Pro jest zwyczajnie za drogi, to teraz myślę, że jest w pełni wart swojej ceny i warto rozważyć jego kupno. Jest niemal pozbawiony i pokazuje, jak powinien wyglądać smartfon z najwyższej półki.

    Pssst… szukasz innych prezentów pod choinkę? Zatem zajrzyj do naszego Poradnika Świątecznego. Blogerzy Spider’s Web przygotowali w nim listę polecanych przez siebie gadżetów, które warto podarować najbliższym.



    Huawei Mate 10 Pro to smartfon, który chciałbym znaleźć pod choinką

    0 0

    hp elite x2 1012 g2 recenzja

    Klonów przełomowej hybrydy Microsoftu na rynku nie brakuje. Mało który dorównuje jednak oryginałowi. Jeszcze rzadziej spotykamy takiego, który jest – lub próbuje być - od niego lepszy. HP Elite x2 1012 G2 ma właśnie takie ambicje.

    Nikt tego nigdy oficjalnie nie przyznał, ale wielu poważanych dziennikarzy z dobrymi źródłami potwierdziło, że Microsoft nie traktuje w sposób zazdrosny swoich patentów na konstrukcje Surface’a. Partnerzy firmy mogą je wykorzystywać za darmo lub z wysokim rabatem, jeżeli stosują w swoich urządzeniach system Windows. Nic zatem dziwnego, że podróbek Surface Pro nie brakuje. Czy warto się w ogóle nimi interesować?

    Gdy HP zaproponowało mi wypożyczenie tabletu Elite x2 1012 G2 byłem bardzo zainteresowany. Podział firmy na dwa (HP jakie my dobrze znamy i HPE tworzące rozwiązania informatyczne dla wielkich korporacji)  wyraźnie jej dobrze zrobił. A przynajmniej jej segmentowi sprzętowemu dla użytkowników indywidualnych i firm. Właściwie każdy nowy komputer HP, jaki miałem w rękach, zdecydowanie mogę polecić.

    Stąd moje zainteresowanie Elite x2 1012 G2. Jako użytkownik Surface Pro 4 byłem bardzo ciekaw, jak – moim zdaniem najlepszy producent PC na rynku - poradził sobie z udoskonalaniem konstrukcji Microsoftu. Idealnie na pewno nie wyszło. Już teraz wam jednak zdradzę, że z żalem odsyłałem ten tablet do producenta.

    Wygląd HP Elite x2 1012 G2 na pewno do gustu mi nie przypadł.

    hp elite x2 1012 g2 recenzja

    Tablet sprawia wrażenie porządnie skonstruowanego. Jest dobrze wyważony, sprawia wrażenie trwałego i zbudowanego z komponentów wyższej jakości (większość obudowy to matowe aluminium). Jest też tak po prostu brzydki. Wiem, to bardzo subiektywna ocena, a jeżeli macie zupełnie inną, to tym lepiej. Na moje oko nowy tablet HP wygląda jakby był zmontowany z kilku różnych urządzeń. A ten druciany stojak podtrzymujący tablet… ojoj. No, nie przemawia to do mnie. Choć mam nadzieję, że przemówi do was.

    Elite x2 1012 G2 jest też nieco cięższy od Surface Pro, ważąc 820 g. HP tłumaczy jednak, że to dlatego, że tablet był zaprojektowany tak, by wytrzymać wiele urazów. Stojak ma nieformalną gwarancję na 10 tys. otworzeń i zamknięć, klawiatura na 10 mln wciśnięć przycisków, a samo urządzenie ma wytrzymać upadek na beton z wysokości pół metra. Nie potwierdza tego jednak żaden certyfikat, więc obawiałem się to sprawdzić, by nie narażać się na konieczność odkupienia wypożyczonego urządzenia. W teorii ma wytrzymać.

    hp elite x2 1012 g2 recenzja

    Jest jeszcze jedna przewaga Elite x2 1012 G2 nad Surface Pro. Docenią ją klienci firmowi i domowi entuzjaści.

    Elite x2 1012 G2 jest cięższy od Surface Pro, bo można go… otworzyć! Jeżeli coś się zepsuje w Surface Pro lub jeśli chcemy zmienić jego konfigurację, musimy kupić nową hybrydę. W przypadku tabletu HP wystarczy odpowiedni śrubokręt. Wymienić relatywnie łatwo możemy pamięć masową, pamięć operacyjną i wyświetlacz.

    To dobre wieści dla działów IT, które mogą wykonywać proste naprawy wewnątrz firmy, zamiast wysyłać sprzęt do producenta na gwarancję. To też dobre wieści dla tych, którzy lubią grzebać w swoich urządzeniach i dla tych, którzy po okresie gwarancji zechcą je unowocześnić lub naprawić.

    Najważniejszy w tablecie jest wyświetlacz.

    HP przyzwyczaił mnie już do wysokiej jakości wyświetlaczy w jego nowych komputerach, a Elite x2 nie rozczarowuje. Wierność kolorów i jasność 12,3-calowego wyświetlacza…, no cóż, może nie zachwyca. Ale jest bardzo dobrze. Sam wyświetlacz pracuje w rozdzielczości 2736 x 1824 pikseli i jest chroniony szkłem Gorilla Glass 4.

    Jakbym musiał się przyczepić do ekranu, to na pewno zwróciłbym uwagę na refleksy świetlne. Nie jestem fanem matowych wyświetlaczy, ponieważ zazwyczaj cierpią na tym kolory. Jednak nawet producenci tych odblaskowych stosują różne filtry i powłoki, by minimalizować dyskomfort wywołany odbiciami lamp w tle. W biurze na open-space, gdzie od świetlówek aż gęsto, może być kłopot z wygodną pracą. W pozostałych przypadkach jest jednak bardzo dobrze.

    Type Cover w Surface Pro jest świetny. HP podniósł standard.

    Klawiatury dedykowane tabletowi Surface Pro należą do jednych z najlepszych, oczywiście w kategorii klawiatur mobilnych. Do tej pory nie znalazłem tabletu czy hybrydy, która oferowałaby równie wysoki komfort podczas pisania. Tymczasem Elite x2 najnowszej generacji robi to co najmniej równie dobrze, co Microsoft. A może i nawet lepiej.

    hp elite x2 1012 g2 recenzja

    To w zasadzie ta sama klawiatura, która jest montowana w notebookach HP Elitebook Folio 1020. Jej stabilność gwarantuje alumuniowa obudowa, sprężystość i skok przycisków są idealne, a całość pozostaje lekka i smukła. Nadal preferuję Type Cover, ale poważnie się zastanawiam, czy nie wynika to z mojego wielomiesięcznego do niej przyzwyczajenia.

    Klawiatura jest doczepiana do Elite x2 1020 G2 w zasadzie w ten sam sposób, co w Surface Pro. A więc na magnetyczny zatrzask, z możliwym dodatkowym usztywnieniem. Jedyne na czym poległ HP to gładzik. Jeżeli wam się podoba ten wbudowany w Type Cover, to spodoba się wam i ten z Elite x2. Dla mnie jest zbyt mały i mało precyzyjny. Do poważnej pracy na biurku przyda się myszka.

    X2 obsługuje też rysik HP Acitve Pen. Zdecydowanie nie jest to konkurent dla Surface Pen czy Apple Pencil. Działa, działa w miarę precyzyjnie i płynnie. Sprawdza się przy zaznaczaniu czy robieniu notatek. To jednak zdecydowanie nie jest tablet dla rysowników.

    Jeśli chodzi o wydajność HP Elite x2 1020 G2, to mam dobrą i złą wiadomość.

    Do testów otrzymałem maszynę z Core i7-7600U i 16 GB pamięci RAM (można też kupić tańszą wersję z mniej wydajnym procesorem i mniejszą pamięcią). No i trudno się spodziewać czegoś innego od znakomitej wydajności w tej klasie. Tablet nie miał żadnych problemów z wieloma kartami w Chrome czy pracą na kilkudziesięciomegabajtowych plikach Photoshopa. Co jeszcze przyjemniejsze, pozostawał przy tym cichy i dobrze schłodzony. Praca na nim to przyjemność.

    hp elite x2 1012 g2 recenzja

    Niestety, z tą pracą trzeba się spieszyć. Czas pracy na akumulatorze nie należy do największych atutów tego tabletu HP. Przy włączonej sieci bezprzewodowej, automatycznej jasności i pracy w wielu kartach przeglądarki Edge, Wordem i kilkoma mniejszymi użytecznymi aplikacjami po sześciu godzinach musiałem podłączać urządzenie do ładowarki. To niezły wynik. Ale da się dużo lepiej.

    Zawijamy do portów.

    Tu również Elite x2 1020 G2 nie ma się czego wstydzić. Oprócz portu USB 3.0 znajdziemy w nim USB-C z obsługą Thunderbolt. Dodajmy do tego slot na kartę microSD, dzięki któremu możemy w łatwy i tani sposób powiększyć pamięć masową urządzenia oraz – w wybranych wersjach tabletu – slot na kartę SIM do modemu LTE.

    hp elite x2 1012 g2 recenzja

    Nie zabrakło również optycznego mechanizmu rozpoznawania użytkownika zgodnego z Windows Hello a także użytecznego bloatware’u (HP jest jedną z nielicznych firm, których dodatki do systemu zazwyczaj są wartościowe). Należy do nich świetny HP Assisstant do nadzorowania komputera i kilka aplikacji ułatwiających zarządzanie sprzętem w dużych środowiskach wifmowych. Sam tablet działa pod kontrolą systemu Windows 10 Pro.

    HP Elite x2 1020 G2 to jeden z najlepszych tabletów do pracy na rynku.

    Czy jest lepszy od Surface Pro? Trudno mi powiedzieć, bo maszynie HP wad też nie brakuje. Najbardziej boli mnie czas pracy na akumulatorze, ale też i wygląd mnie dziwnie odstrasza. Dodatkowo, ten dziwny druciany stojak nie oferuje takiej elastyczności jak ten w hybrydzie Microsoftu.

    hp elite x2 1012 g2 recenzja

    Tyle że Elite x2 1020 G2 jest cichy, szybki i wygodny. Oferuje odpowiedni zestaw portów dla tej klasy urządzenia, no i nie zapominajmy o jego unikalnej zalecie jak możliwość domowego serwisowania pogwarancyjnego urządzenia. Nie jestem więc pewien które urządzenie jest obiektywnie atrakcyjniejsze, musicie sami zdecydować wedle gustu i potrzeb. Z pewnością jest jednak co najmniej tej samej klasy, co mistrz w tej kategorii. A samo to to już nie lada osiągnięcie.

    Otwartą sprawą pozostają polskie ceny. Tych HP jeszcze oficjalnie nie ogłosił, a patrząc na oferty sklepów które sprowadzają urządzenie na własną rękę lub w modelu B2B można złapać się za głowę. Zestawiając jednak cenę tabletu HP z urządzeniem Microsoftu na rynkach, gdzie oba są oficjalne dostępne, Elite x2 1020 G2 wychodzi taniej. A to może być kolejnym argumentem przemawiającym za tabletem HP, jak ten wejdzie w naszym kraju do oficjalnej dystrybucji.



    Przyjrzeli się Surface Pro i sprawdzili, co mogą zrobić lepiej. HP Elite x2 1012 G2 – recenzja

    0 0

    Dwa lata. Tyle czasu zajęło specjalistom do spraw sprzedaży z Logitecha zauważenie, że między Niemcami a Rosją znajduje się dodatkowy rynek zbytu. Ze sporym opóźnieniem głośniki UE trafiają do Polski, z flagowym modelem Ultimate Ears Boom 2 na czele. Warto się nim zainteresować?

    Ultimate Ears to firma Logitecha wyspecjalizowana w tworzeniu wysokiej jakości głośników Bluetooth. Marka odrywa się wizerunkowo od technologicznego założyciela, pozycjonując produkty jako topowe, modne i adresowane do obfitych w portfelu młodych ludzi. Głośniki tej firmy promuje samo Apple, a także szereg rozpoznawalnych person ze świata muzyki elektronicznej i alternatywnej. Teraz, po dwóch latach od wprowadzenia na zachodnie rynki nowej linii produktów, UE wchodzi do Polski.

    Ultimate Ears Boom 2 to głośnik Bluetooth, z którym spędziłem kilka długich tygodni.

    Urządzenie okazało się na tyle dobre, że w diametralny sposób zmieniło domowe przyzwyczajenia mnie oraz mojej partnerki. Słuchanie muzyki w tle. Odtwarzanie podcastów podczas kąpieli i pryszniców. Paradowanie z głośnikiem w czasie sprzątania i generalnych porządków… Ultimate Ears Boom 2 to jedno z tych rozwiązań, które zostały błyskawicznie zaadaptowane przez wszystkich domowników. Nawet tych, którzy nie są fanami technologii i sądzą, że kupno lepszego głośnika to zbędny wydatek.

    Pewnie właśnie o to chodzi w filozofii firmy - aby dotrzeć do klientów, którzy nie rozumieją czym są przetworniki oraz pasmo przenoszenia. Takich, którzy poczują samą jakość muzyki i w oparciu o dźwiękowe doświadczenie będą chcieć więcej i więcej. Dokonując eksperymentu w odizolowanych warunkach laboratoryjnych (czytaj: obserwując domowników) odnotowałem, że z głośnika chętnie korzystały osoby stroniące na co dzień od nowych wynalazków oraz gadżetów. Siadło.

    Co takiego sprawia, że Ultimate Ears Boom 2 są godne uwagi?

    Zacznijmy od tego, co najważniejsze - dźwięków i muzyki. Głośnik Bluetooth Logitecha to jeden z tych produktów, które włączasz i od razu (po sprawowaniu) masz wrażenie obcowania z produktem wysokiej klasy. UE spokojnie może rywalizować z takimi liderami rynku jak JBL, Sonos, Bose czy Sony. Piszę to bez cienia przesady. To wyższa półka średnia, na którą nie może narzekać żaden przeciętny użytkownik, a i znawca tematu będzie zadowolony z jakości urządzenia.

    Cechą rozpoznawczą głośnika Ultimate Ears Boom 2 jest bardzo silny, całkiem szeroki, mocno rezonujący bas. Niskie tony dostają ziemistego zabarwienia, ciągnąć lekkim skórzanym bębnem. To właśnie pod basy zestrojony jest Boom 2. Od razu czuć, że sprzęt ma doskonale sprawdzać się na imprezach, domówkach i plenerowych wypadach.

    Pop, tłusty hip-hop, RnB, dubstep, trap, house, drum’n’base - przy tych gatunkach Ultimate Ears Boom 2 czuje się jak u siebie, niezależnie gdzie go weźmiemy. W pełni 360-stopniowe rozchodzenie się dźwięku gwarantuje, że do naszych uszu dobiegają odpowiednio ukierunkowane dźwięki. Pozycja i ułożenie głośnika przestały mieć znaczenie.

    Nieco gorzej wypadają tony wysokie. Rockowe granie nie ma już takiej petardy.

    Nie zrozumcie mnie źle - Ultimate Ears Boom 2 nawet na wysokich tonach gra lepiej niż zdecydowana większość głośników Bluetooth dostępnych na rynku. To wysoka półka średnia, która ma jasno wyśrubowane standardy, poniżej których Bomm 2 nigdy nie schodzi. Z jakości audio nie da się być niezadowolonym. O ile jednak na imprezę czy rowerową wycieczkę wziąłbym ze sobą produkt Ultimate Ears, tak nową płytę Metalliki wolałbym posłuchać na konkurencyjnym JFB Charge 3.

    Tutaj nie ma jednoznacznie lepszych i jednoznacznie gorszych głośników. Jedne grają lepiej tłuste bity, drugie operowe soprany. Sami musicie sobie zadać pytanie, co bardziej wam odpowiada - sprzęt do imprez w akademiku, hip-hopu, plenerów i popu czy coś dla fanów cięższego brzmienia. Ultimate Ears Boom 2 bez dwóch zdań jest bezpieczniejszym wyborem pod typowego klienta o uśrednionych gustach. Ma mniejszy pazur od Charge’a, gorszą głębię, ale za to jest znacznie bardziej wszechstronny.

    Poza tym drugi Boom jest odczuwalnie tańszy od swojego największego rynkowego konkurenta. JLB Charge 3 kosztuje około 600 zł. Produkt UE kupimy za mniej o 100 zł. Jeżeli wasze preferencje pokrywają się z wyżej wymienionymi gatunkami muzycznymi, tym bardziej nie widzę powodu aby przepłacać. Mieć 100, a nie mieć 100, to już 200.

    Głośnik Bluetooth za 499 zł musi oferować więcej niż tylko świetnej jakości muzykę.

    No i oczywiście oferuje. Ultimate Ears Boom 2 jest odporny na upadki z niskich wysokości oraz kurz i pył. Do tego produkt posiada certyfikat wodoszczelności IPX7. Na papierze gwarantuje to poprawne działanie urządzenia zanurzonego pod wodą przez 30 minut na głębokości metra. W praktyce oznacza pełną wodoszczelność, tak pożądaną wśród głośników Bluetooth. Dzięki niej Boom 2 jest świetnym wyborem podczas wypadu nad jezioro, wizyty na basenie czy relaksu pod prysznicem. Próbowałem zabić ten głośnik w misce z wodą. Nie udało się.

    Bardzo spodobała mi się również obsługa za pomocą prostych, prymitywnych wręcz gestów. Aby zatrzymać odtwarzanie muzyki, wystarczy uderzyć w górną część głośnika niczym w bęben. Aby przełączyć utwór, potrzebne są dwa uderzenia. Przydatne, gdy głośnik znajduje się bliżej niż laptop czy smartfon, z którego udostępniamy pliki muzyczne. Niech żyje lenistwo.

    Ultimate Ears Boom 2 posiada także wbudowany mikrofon. Dzięki niemu możemy odbierać przychodzące rozmowy telefoniczne, a także rozmawiać w trybie głośnomówiącym. Kolejne przyjemne rozwiązanie, które nie wybija z rytmu podczas sobotnich porządków. Warto również wspomnieć o sprytnie ukrytym gnieździe na statyw, a także możliwości podłączenia wielu głośników UE za pomocą jednej aplikacji. W sam raz na epickie imprezy z dużą liczbą gości. Podobno takie istnieją nie tylko w amerykańskich filmach.

    Szkoda tylko, że producent nieco pofantazjował z czasem działania akumulatora.

    Ultimate Ears chwali się, że ich głośnik potrafi grać nieprzerwanie przez około 15 godzin. Nie dajcie sobie tego wmówić. Może faktycznie sprzęt wytrzymuje tyle czasu, jeżeli słuchamy muzyki w zaciszu własnego gabinetu, ze śpiącym dzieckiem za ścianą, przy systemowej głośności wynoszącej od 10 do 20 proc. Jeżeli jednak weźmiecie głośnik Bluetooth na biwak albo domówkę, czas działania ulega radykalnemu skróceniu.

    Przy odsłuchu ze średnią głośnością wynoszącą 70 proc. (dźwięk pokrywa wtedy całe 3-pokojowe mieszkanie. Sprzęt jest cholernie głośny), urządzenie gwarantowało mi nieco mniej niż 10 godzin intensywnej muzyki. Takiej z dodatkowo podbitym basem  za pomocą EQ wkomponowanego w oficjalną aplikację towarzyszącą na smartfony. To wciąż bardzo dobry wynik, który wystarczy z nawiązką na całonocną przygodę. Mimo tego, 10 to nie 15, niezależnie jak na to patrzeć.

    Głośnik nadrabia producenckie przechwałki bez pokrycia kapitalnym wykonaniem. Jest lekki. Jest poręczny. Przyjemnie leży w dłoni. Kawał solidnej roboty. Konstrukcję cechuje nieprawdopodobna zwartość, której brakuje konkurencji pokroju JFB. Bez obaw można nim podrzucać, można z nim jeździć, biegać, tańczyć i cokolwiek innego. No, a gdy już wpadnie do kufla z piwem, to bez stresu wyczyścić go pod bieżącą wodą.

    Największe zalety:

    • Świetne basy
    • Bardzo wysoki poziom głośności
    • Rewelacyjnie oddzielone pasma
    • Wodoszczelność
    • Solidne wsparcie systemowe
    • Wysoka wytrzymałość i jakość wykonania
    • Masa wzorów i kolorów do wyboru
    • Tańszy od rynkowego konkurenta
    • W TOP3 najlepszych głośników Bluetooth ze średniej półki

    Największe wady:

    • Nieco brakuje głębi
    • "Tylko" bardzo dobre wysokie tony
    • Producent fantazjuje z 15 godzinami pracy

    W ogólnym rozrachunku Ultimate Ears Boom 2 to jeden z najlepszych głośników Bluetooth ze średniej półki, jakie znajdziecie na rynku. Spokojnie można go umieścić w pierwszej trójce wszystkich urządzeń tej kategorii. Z takiego sprzętu nie można być niezadowolonym. Zapamiętajcie nazwę producenta, bo na pewno będzie o nim bardzo, bardzo głośno (pun intended).



    Logitech ma firmę z diabelnie dobrymi głośnikami Bluetooth. Ultimate Ears Boom 2 – recenzja

    0 0

    audi a8 wnętrze

    Audi to marka, która od zawsze kojarzona jest ze stosowaniem najświeższych nowinek technologicznych w swoich samochodach. Tak samo jest w przypadku nowego modelu A8 - jednej z najbardziej zaawansowanych technologicznie limuzyn dostępnych obecnie na rynku.

    audi a8 wnetrze

    Głównym punktem sterowania systemami nowego A8 są dwa umieszczone centralnie ekrany dotykowe. Jeśli kupujesz nowe A8 z myślą o jeździe w fotelu kierowcy, to z nich będziesz najczęściej korzystał.

    Bezproblemowa obsługa gestów.

    Smartfony przyzwyczaiły nas do korzystania z więcej niż jednego palca podczas ich obsługi. Nawyk ten bez problemu można stosować, jeśli chodzi o sterowanie funkcjami w nowym A8. Najczęściej będzie to synchronizacja obu przednich stref klimatyzacji i obsługa map wyświetlanych na górnym wyświetlaczu:

    A skoro już mówimy o nawigacji...

    Dolny ekran dotykowy w nowym A8 radzi sobie doskonale z rozpoznawaniem pisma odręcznego. Nawet jeśli ktoś pisze jak kura pazurem:

    Oczywiście w trakcie jazdy nazwę poszukiwanej miejscowości wygodniej jest wpisywać „po literce”:

    Nawigacja w A8 to również system inteligentnego wyszukiwania.

    Dzięki niemu nie musimy być aż tak bardzo konkretni. Wystarczy wskazać nawigacji, że szukamy jakiejś dobrej restauracji albo stacji benzynowej. Audi zajmie się resztą. Łącznie z wyświetleniem cen paliw (w tym przypadku jest to cena oleju napędowego) na stacji, którą wybierzemy:

    „Audi, zimno mi”

    Tak, A8 radzi sobie całkiem nieźle z rozpoznawaniem komend głosowych w języku polskim. Postanowiłem zademonstrować to na przykładzie sterowania klimatyzacją, ale równie dobrze możecie wydać głosową komendę, żeby do kogoś zadzwonić albo ustawić nowy punkt docelowy w nawigacji. Ewentualnie wspomnieć o tym, że zaczyna brakować wam paliwa. Siri, Cortano, asystencie Google - uczcie się.


    Parkowanie również nie sprawia żadnych problemów.

    Podgląd z kamer zainstalowanych na zewnątrz jest niezwykle czytelny. Zarówno, jeśli chodzi o widok 3D:

    Jak i bardziej klasyczny podgląd:

    Tu nawet wlotami powietrza steruje się dotykowo.

    Tak, to całkowicie zbędny bajer. Ale za to jaki fajny!

    Nie sposób narzekać też na system audio.

    System Bang & Olufsen to klasa sama w sobie - zresztą w samochodzie z tej półki najwyższa jakość odtwarzanego dźwięku nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Ale już to, że Niemcy uparli się, żeby zsynchronizować wbudowany system audio z technologią aktywnej redukcji szumów nie jest takie oczywiste. Kwestią dyskusyjną jest to, czy takie rozwiązanie jest w ogóle potrzebne - nowe A8 jest doskonale wyciszone, ale jak widać, inżynierowie Audi to perfekcjoniści.

    Ten perfekcjonizm widać dosłownie wszędzie.

    - Hans, nasza nowa limuzyna musi mieć zupełnie nowy system otwierania drzwi. To musi działać na dotknięcie palca! - Totalnie zmyśliłem tę wypowiedź, ale już to, że drzwi w nowym A8 da się otworzyć jednym palcem jest prawdą. Działa to dzięki elektrycznemu wspomaganiu klamek...

    Ogólnie cały proces wsiadania i wysiadania do tego samochodu to bajka. Otwieramy drzwi, komputer pokładowy zmienia pozycję fotela i kierownicy tak, aby wygodniej nam się wysiadało. To samo dzieje się po wejściu do samochodu i uruchomieniu silnika - fotel i kierownica ustawiają się w pozycji „do jazdy”, według ostatnio używanego profilu kierowcy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak szybko można się do tego przyzwyczaić. Po przesiadce do swojego samochodu byłem nim wielce rozczarowany pod tym względem...

    Nie mogło zabraknąć też nastrojowego oświetlenia.

    Tak, zgodzę się - to kolejny bajer. Ale za to jaki przyjemny dla oka! No i nie jest tak do końca niepotrzebny - wszystko, co wpływa pozytywnie na nastrój kierowcy, jest moim zdaniem bardzo cennym rozwiązaniem. Możemy wybrać jeden z gotowych profili podświetlenia wnętrza:

    Albo popuścić nasze wodze kreatywności i ustawić coś niestandardowego:

    Pasażerowie siedzący z tyłu również mają co robić.

    Nowe Audi A8 to w końcu luksusowa limuzyna. Część ludzi, którzy zdecydują się na jej zakup, o wiele częściej będzie podróżować z tyłu. Żeby umilić im podróż, Audi zaprojektowało bardzo praktyczny i wygodny system infotainment. Żeby nie wymyślać koła od nowa, opiera się on na systemie Android:

    Firmowa nakładka Audi pozwala bez problemu na zarządzanie systemami samochodu. Możemy na przykład sterować nawigacją, tak żeby nasz szofer wiedział, gdzie nas zawieźć:

    Możemy też oddać się przyjemnej konsumpcji treści:

    Jeśli jakiś film albo artykuł wciągnie nas na tyle, że będziemy chcieli dokończyć go po wyjściu z auta, nie będzie z tym problemu. Tablety bardzo łatwo wyjąć z dedykowanych uchwytów:

    Trzeci, mniejszy tablet znajduje się w podkłokietniku.

    Zapytacie dlaczego? Bo tak steruje się ustawieniami samochodu jeszcze wygodniej. Może macie akurat kaprys na to, żeby zmienić zapach perfum, zasłonić rolety albo włączyć punktowe oświetlenie, żeby wygodnie poczytać, rozkoszując się jazdą na tylnej kanapie. W tym celu nie trzeba sięgać ręką aż do zagłówka przedniego fotela. Wszystkie funkcje dostępne są z poziomu podkłokietnika:

    Oczywiście ten trzeci tablet również można sobie wyjąć. Funkcja ta przydaje się na przykład wtedy, kiedy chcemy z niego zadzwonić.

    A jeśli ktoś chce popracować na własnym laptopie...

    To z tyłu, w miejscu, gdzie jeszcze 15 lat temu znalazłaby się popielniczka, znajdzie gniazdko 220V. Wiem, wiem, jest to najmniej sexy gadżet, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że w dzisiejszych czasach jest on niezwykle potrzebny.

    A to jeszcze nie wszystko...

    Testowany przeze mnie egzemplarz pozbawiony był - moim zdaniem - najciekawszego systemu, którym chwali się Audi. Chodzi o Audi AI, czyli sztuczną inteligencję, która ma m.in ogromny wpływ na pracę zawieszenia w nowym A8. Audi AI potrafi na przykład podnosić pojedyncze koła, dzięki czemu nawet nie zorientujecie się, że przejechaliście po głębokiej dziurze. Sztuczna inteligencja Audi potrafi też błyskawicznie podnieść samochód z jednej strony, jeśli wykryje nadchodzącą kolizję boczną. Dzięki temu zabiegowi znaczna część uderzenia zostanie przechwycona przez podwozie auta, co ma ogromny wpływ na bezpieczeństwo znajdujących się w nim pasażerów.

    Nie sposób nie wspomnieć też o autonomicznym systemie jazdy poziomu trzeciego, dzięki któremu nowe A8 samo poprowadzi się w miejskim korku, czy na obwodnicy. Jedynym ograniczeniem jest tutaj prędkość - system ma działać do 60 km/h. Piszę „ma”, ponieważ Audi czeka z wprowadzeniem tego systemu na pojawienie się nowych przepisów dot. ruchu drogowego, dzięki którym autonomiczna jazda stanie się legalna. Sam system jest oczywiście gotowy.

    Czeka tylko na zielone światło od polityków.

     



    11 rzeczy, za które pokochasz wnętrze nowego Audi A8