Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.
    0 0

    Gmail będzie mądrzejszy i ładniejszy. Google chyba sobie przypomniał, że istnieją komputery

    W sierpniu odważyłem się napisać, że Google Calendar jest jednym z najbrzydszych miejsc w sieci, a w komentarzach usłyszałem, że wygaduję głupoty, że Microsoft mnie przekupił, a w ogóle najlepiej byłoby, gdybym się zabił. 

    Warto żyć, a najlepiej dowodzi tego zapowiedź nowego Gmaila, który też już nieco trąci myszką. W ogóle - Gmail to jest miejsce, w którym spędzam przynajmniej z półtorej godziny w trakcie dnia. Miejsce organizacyjne mojej pracy. I nawet ostatnio poświęcałem mu kilka godzin, żeby go jeszcze lepiej dopracować. Robiłem porządek w etykietach, kasowałem maile z 2010 roku, uczyłem filtry nowych sztuczek. I tak zastanawiałem się, czy mimo moich wysiłków Gmail jest już paskudny, czy jeszcze nie.

    Aktualnie wygląda to u mnie jakoś tak, jak na zdjęciu poniżej (może tylko treść maili jest nieco wyraźniejsza). Jest w porządku, ale mniej więcej od 2010 czy 2011 roku usługa pocztowa nie zaserwowała żadnej poważniejszej zmiany poza opcją wgrywania własnych zdjęć i koloru motywu.

    Moja przygoda z Gmailem zaczęła się w 2010 roku. Wybrałem go, ponieważ skrzynka e-mail w prywatnej domenie gubiła pocztę. Potem doceniłem dobry filtr antyspamowy, a z czasem - funkcję etykiet, bez której nie wyobrażam sobie dzisiaj życia. Od początku doskwierała mi szata graficzna usługi, ale po kilkunastu miesiącach została podrasowana. Obecny Gmail mi nie przeszkadza, ale też nie będę nikogo oszukiwał - piękny to on nie jest, a internet poszedł przez lata do przodu.

    Ostatnio trochę zresztą myślę o usługach Google i jedną z takich refleksji było zaskoczenie, że internetowy hegemon ma śliczne, kompletne wizualnie aplikacje, a zarazem tak paskudnie zaniedbuje komputerowe wersje swoich usług. Wygląda jednak na to, że wraz z Calendarem i Gmailem, szykuje nam się nieco szerszy lifting.

    Google zapowiedział, że pracuje nad liftingiem Gmaila. Będzie więc nieco odświeżony wizualnie, wzbogacony o najnowsze trendy i dorobek material design. Ponadto nowa wersja usługi ma być też mądrzejsza podłapując pewne patenty od Inboxa. W nowym Gmailu znajdziemy opcję szybkiej odpowiedzi z gotowca, wysłania wiadomości na "drzemkę" (by powróciła po jakimś czasie) oraz mądrzejsze grupowanie wiadomości. To ostatnie mnie szczególnie cieszy, bo chciałem wysłać do osobnej kategorii informacje prasowe i generalnie jakoś sobie radzę, ale nie mogę na przykład zmienić nazwy standardowej zakładki. I tak oto cały spam  bardzo pouczająca lektura od rzeczników prasowych trafia do kategorii "fora".

    Czekamy!



    Nowy Gmail będzie mądrzejszy i ładniejszy

    0 0
  • 09/26/17--11:34: Nadchodzi Office 2019
  • Office 2019

    Choć Office stopniowo acz sukcesywnie przeobraża się w usługę, nadal nie wszystkie firmy są gotowe na tę transformację i preferują sztywne licencje. Te podmioty, jeśli zechcą, będą mogły za jakiś czas skorzystać z niektórych benefitów dostępnych na razie tylko na wyłączność dla abonentów Office 365.

    Jedną z zalet Office’a 365 jest traktowanie wszystkich jego elementów składowych jako usługi. A więc takiego Excela jako klienta usługi do przetwarzania arkuszy kalkulacyjnych. W efekcie aplikacje klienckie Office nie czekają na jakieś Wielkie Premiery Nowych Wersji tylko – z miesiąca na miesiąc – stają się coraz bardziej funkcjonalne. Microsoftowi bezbłędnie przy tym udaje się zachować porządek w interfejsie nie mieszając w nim prawie wcale.

    Takich nowości posiadacze Office 2016 nie otrzymują. Ich pakiety biurowe są serwisowane i otrzymują aktualizacje związane ze stabilnością i bezpieczeństwem, jednak nowe funkcje zarezerwowane są wyłącznie dla abonentów Office 365. Zdaniem niektórych to dodatkowy i niepotrzebny bat by skłonić użytkowników Office’a do przesiadki na Office 365. Częściową odpowiedzią na tę krytykę jest Office 2019.

    Office 2019 będzie zawierał wszystkie nowości wydane do tej pory dla Office’a 365.

    Należy do nich, między innymi, pełna obsługa rysika wraz z wieloma asystującymi modułami, nowe formuły i tabele w Excelu, nowy silnik animacji dla PowerPointa i wszelkie wydane do tej pory usprawnienia dla serwerowych elementów Office’a, takich jak Exchange czy SharePoint.

    Aktualizacja będzie oczywiście płatna dla większości użytkowników Office’a 2016 i wcześniejszych wersji. Dokładne ceny nie zostały podane – podobnie zresztą, jak dokładna lista zmian – należy się jednak spodziewać, że Office 2019 będzie oferowany na identycznych zasadach co Office 2016.

    Jeżeli chodzi o liczbę zainstalowanych i aktywnych aplikacji klienckich, to klasyczny Office nadal dominuje nad Office 365. Większość nowych licencji jest już sprzedawana na zasadach subskrypcji. Co ciekawe, trend ten utrzymuje się nie tylko w przypadku klientów firmowych – których działy księgowości zdecydowanie preferują usługę nad towarem – ale również i w przypadku użytkowników indywidualnych, przecząc przewidywaniom analityków.

    Tego ostatniego zjawiska nie jestem w stanie wytłumaczyć.

    Jest bardzo możliwe, że nie doceniam wiedzy o oprogramowaniu przeciętnego użytkownika, wydaje mi się jednak – i nie mam na to żadnych danych poza intuicją – że mało który domowy użytkownik wykorzystuje w pełni nawet możliwości Office’a 2013. Office – w szczególności Word i Excel – są moimi narzędziami codziennej pracy, niektóre z nowości wprowadzonych przez Office 365 bardzo ułatwiają życie, nie jestem jednak pewien czy zwykły użytkownik jest w ogóle świadom tych korzyści.

    Możliwe odpowiedzi są dwie. Albo nie doceniam komunikacji Microsoftu z konsumentami i ci dostrzegają, że benefity warte są większego całkowitego kosztu. Albo też ludzie pokochali Office’a na raty. Choć sumarycznie koszt wychodzi większy od jednorazowej opłaty taki Office 365 dla użytkowników domowych (5 stanowisk, a więc przeważnie dla całej rodziny z naddatkiem) z terabajtową chmurą OneDrive dla każdego i darmowymi minutami na telefony komórkowe i stacjonarne na Skype to koszt około 30 zł miesięcznie.



    Nadchodzi Office 2019

    0 0

    Gajeś i Gates. Skoro oni odeszli od mobilnego Windowsa, to odeszli już chyba wszyscy. Proszę zgasić światło. 

    Naprawdę lubiłem system Windows Phone. Tak jakoś szczęśliwie trafiłem na średniopółkową Nokię 1320, która przypadła mi do gustu bardziej, niż flagowe Lumie kolegów i spędziliśmy razem wspaniałe półtora roku. Telefon jak telefon, ale bardzo polubiłem dostarczony z nią system operacyjny. Windows Phone pomimo swojego "ubóstwa" urzekał przywiązaniem do detali, konwencją stylistyczną czy oryginalnym pomysłem na kafelki, który odróżniał go od ikon konkurencji.

    Wyglądało to u mnie tak, nawet dzisiaj się w mojej ocenie broni:

    Oficjalne pożegnanie systemowi zgotowałem już prawie rok temu.

    W grudniu 2016 roku napisałem, że nie widzę już absolutnie żadnych szans żeby Windows cokolwiek osiągnął na smartfonach. I nie napisałem też niczego odkrywczego, to nie była prognoza, a stwierdzenie faktu.

    Choć z gadżeciarskiej ciekawości zamierzam kupić iPhone'a X, parę miesięcy temu - cały czas jeszcze w ramach prognozy - uznałem, że Android wygrał. Że może iOS nie jest w złej sytuacji i jego losy na pewno potoczą się mniej tragicznie, niż w przypadku mobilnego Windowsa, ale moim zdaniem Android został globalnym hegemonem i swoją przewagę będzie wyłącznie powiększał. Z tego też powodu uważam za dość zrozumiałą i logiczną decyzję, by samemu trwale wiązać się z tym ekosystemem i w niego "inwestować". Taki też mam plan, a wyjaśniam, bo i paru czytelników pytało - kupuję iPhone'a z ciekawości, ale nadal mam zamiar kompletować urządzenia wyposażone w Androida i na pewno nie opuszczam tego systemu.

    Czy Bill Gates myśli podobnie?

    Tego nie wiem, należy pamiętać, że legendarny szef Microsoftu ma przecież "swoją historię" z Apple. Ale w wieściach CNBC dość znamienne jest, że w Microsofcie już nikt nawet nie próbuje udawać, że przed mobilnym Windowsem jest jakakolwiek przyszłość.

    Gates nadmienił, że korzysta Androida, ale również z bardzo dużej liczby aplikacji Microsoftu. Zapytany przez dziennikarza o smartfon konkurencyjnej firmy, stanowczo odpowiedział "Nie, z iPhone'a nie".

    *Grafika tytułowa: Bill Gates w serialu South Park



    Już nawet Bill Gates porzucił mobilnego Windowsa. Ale nadal nie chce iPhone’a

    0 0

    Mój pierwszy Internet nieodłącznie kojarzy mi się z przedziwnymi odgłosami wydawanymi przez modem, ale dla większości Polaków synonimem początków z siecią jest mistyczne słowo: Neostrada. Dziś ojcowie dawnego pokolenia Neo (które często samo ma już dzieci) chcą wprowadzić Polaków w XXI wiek. Ponownie. 

    Wtedy jeszcze jako Telekomunikacja Polska, dzisiaj już pod marką – Orange Polska. Ambicją znanej firmy jest zbudowanie sieci światłowodów w naszym kraju. Może niektórym wydaje się, że to brzmi jak futurystyczny luksus, ale kiedy przyjrzymy się rynkowi usług internetowych, to super szybki Internet wcale nie wydaje się już abstrakcją. Sieć rośnie, a także tyje. Pamiętam, kiedy na YouTube odpaliłem swój pierwszy film w jakości 720p – wydawało mi się, że lepiej już nie będzie, bo i nie ma zresztą takiej potrzeby. Dziś do naszych drzwi puka technologia 4K, goni ją już w oddali 8K, a te wszystkie pliki powoli zaczynają osiągać monstrualne rozmiary. Co gorsza, o genialnych technikach kompresji nie czytamy nawet na Kickstarterze, co najwyżej oglądamy w serialach HBO (a i tam nie idzie im zbyt dobrze).

    Mój super szybki, ale jednak wciąż tradycyjny Internet, wydaje się na co dzień rakietą, ale nie kiedy PlayStation domaga się ode mnie aktualizacji gier lub kiedy dużą grę, taką z 2017 roku, pobieram ze Steam'a. O nie, czasami przypomina to nawet archaiczne – wydawałoby się – czasy, kiedy odpalało się „ściąganie” i… szło spać. Boże, jaki ja byłem szczęśliwy, jak kiedyś przed cały weekend (z powodzeniem!) ściągał mi się trwający mniej więcej dziesięć minut skecz „W chińskiej restauracji” kabaretu Ani Mru Mru.

    Skoro więc Internet coraz więcej waży, potrzebujemy lepszych technologii dostępu do niego.

    To jest cały czas wyścig zbrojeń, ciągły rozwój, a jeśli jesteśmy spragnieni przede wszystkim multimediów, nie powinniśmy na zbyt długo spoczywać w strefie komfortu w postaci 60 megabitów na sekundę.

    Jak widać myśli o tym Orange, gigant telekomunikacyjny działający od lat na kilku kontynentach, który przeżył już kilka takich rewolucji i prawdopodobnie wiedzą tam najlepiej, że wyścig technologii nigdy się nie zatrzyma. Z tego też względu firma już od kilku lat bardzo mocno inwestuje w technologię światłowodową w Polsce. I to ogromne pieniądze. Od 2016 do 2020 r. w ramach swojej nowej strategii Orange Polska wyda na budowę światłowodów 4,2 miliardów złotych. Już dziś telekom podłączył do światłowodu ponad 2,1 mln gospodarstw domowych a za trochę ponad 2 lata chce docierać do 5 milionów gospodarstw domowych, czyli mniej więcej 1/3 mieszkań w Polsce. To już imponująca liczba, która sugeruje wprost wyjście poza Warszawę czy nawet największe miasta i dotarcie do mieszkańców mniejszych miasteczek i wsi.

    W komunikatach sieci czytamy, że w światłowodzie widzą przyszłość – Internetu, ale i gospodarstw domowych w ogóle, dlatego bardzo zależy im na tym, by mieć infrastrukturę do uwiedzenia swoją ofertą największej liczby klientów. W Orange wierzą, że światłowód będzie kolejnym „gamechangerem” na rynku telekomunikacyjnym i już teraz szykują się do walki o nowe dusze zadowolonych użytkowników.

    Komfort życia powinien się podnieść zauważalnie, zarówno w odniesieniu do problemów, które znamy dzisiaj (na przykład spadek prędkości połączenia i lagi w grach, gdy domownik wysyła zdjęcia z wakacji, światłowód ma sprawić, że tego typu problemy staną się równie archaiczne i absurdalne, co zrywanie połączenia z siecią co kilkanaście minut w 2002 roku), jak i tych, które postawi przed nami rozwój technologii i usług z sektora Internetowego.

    Rewolucja obejmie nie tylko Internet, ale i telewizję, VOD czy wszystkie inne usługi, które coraz częściej dostarczają nam usługodawcy – dotąd – rdzennie telekomunikacyjni: inteligentne zarządzanie domem przez smartfon albo na przykład Internet rzeczy w postaci coraz mądrzejszych czujników prądu lub wody, które teraz same będą przesyłały dane o zużyciu do centrali. Internetu będzie coraz więcej, powoli trudno znaleźć urządzenie czy mebel, które są go pozbawione, a to z kolei też będzie zwiększało zapotrzebowanie na sieć.

    Światłowody mają rozwiązać te wszystkie problemy.

    Wychodzi na to, że światłowód to nie jest wcale jakaś tam technologia jutra, tylko wręcz potrzebujemy jej „na tempo” i już teraz. Cieszy, że w tak szybkim tempie się ona upowszechnia i niebawem spora część klientów Orange zostanie objęta jego zasięgiem.



    Światłowód potrzebny od zaraz

    0 0
  • 09/26/17--23:30: 280 znaków na Twitterze
  • Twitter zmienia to jak liczy liczbę znaków w odpowiedziach

    Twitter w końcu się złamał. Właśnie rozpoczęły się testy tweetów, które mogą mieć 280 znaków.

    Limit 140 znaków to zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny element Twittera. Dzięki takiemu ograniczeniu wypowiedzi są bardzo skondensowane, ponieważ nie ma miejsca na lanie wody.

    Być może dlatego Twitter stał się ulubionym miejscem polityków i dziennikarzy. Ci pierwsi mogą szybko podać ważną informację do wiadomości publicznej, a ci drudzy mogą ją szybko wyłuskać, bez przekopywania się przez informacje prasowe.

    Ten system sprawdza się w przypadku informacji, ale wypada gorzej w opiniach. Dyskusje na Twitterze często przechodzą do wątkowania wypowiedzi w kolejnych tweetach. Niektórzy posiłkują się zrzutami ekranu przedstawiającymi edytory tekstu, w których piszą dłuższe wypowiedzi. Oba rozwiązania nie należą do wygodnych, ani eleganckich.

    Trwają testy tweetów o długości 280 znaków. Twitter sprawdzi, czy warto przesunąć limit.

    Taką informacją pochwalił się Twitter na swoim blogu. Na razie testy są prowadzone na wąskiej grupie użytkowników, ale docelowo mają trafić do użytkowników na całym świecie, z pominięciem Japonii, Korei i Chin. Te kraje posługują się pismem logograficznym, w którym można przekazać dużo więcej treści w mniejszej liczbie znaków.

    twitter 280 znaków w tweecie

    W języku angielskim 9 proc. tweetów osiąga limit 140 znaków. W języku japońskim jest to tylko 0,4 proc. Najwięcej tweetów w języku japońskim ma 15 znaków, a w języku angielskim - 34 znaki.

    Podczas testów Twitter zamierza sprawdzić, jak zmieni się liczba tweetów, w których autorzy dochodzą do górnego limitu znaków.

    Jeśli mniej tweetów będzie osiągać limit, prawdopodobnie wszyscy użytkownicy będą mogli rozpisywać się na 280 znaków.

    Z kolei jeśli podniesienie limitu sprowokuje użytkowników do pisania dłuższych wiadomości, Twitter porzuci pomysł zmian. Słusznie, ponieważ oznaczałoby to, że użytkownicy odchodzą od założenia serwisu, czyli przekazywania myśli w jak najbardziej skondensowany sposób. Niepotrzebny nam drugi Facebook.

    Nie jest to pierwszy przypadek, kiedy Twitter zwiększa liczbę znaków.

    W marcu zmieniła się zasada odpowiadania na tweety. Od tego czasu nazwy użytkowników, którym odpowiadamy, nie są wliczane do treści tweeta.

    Rozszerzenie limitu do 280 znaków byłoby jednak znacznie ważniejszą nowością. Byłaby to największa zmiana od początku istnienia serwisu.



    280 znaków na Twitterze

    0 0

    syntetyczne miesnie

    Inteligentni asystenci głosowi, autonomiczne systemy jazdy - z rozwojem "myślenia" u maszyn radzimy sobie coraz lepiej. Nasze humanoidalne konstrukcje nadal jednak mają problem z poruszaniem się. Ten wynalazek ma to zmienić.

    Postępy w tworzeniu algorytmów sztucznej inteligencji dają nam nadzieję, że kiedyś uda nam się budować androidy podobne do tych z Blade Runnera. Zanim to jednak nastąpi, potrzebny nam jakiś sprytny sposób na to, żeby inteligentne maszyny poruszały się w podobny do ludzi sposób.

    Syntetyczne mięśnie to kolejny krok do stworzenia prawdziwego androida.

    Naukowcy z Uniersytetu Columbia twierdzą, że ich odkrycie zmieni oblicze dzisiejszej robotyki. Stworzyli oni bowiem syntetyczną tkankę, która swoim działaniem bardzo przypomina organiczne mięśnie. Jej wysoka elastyczność oraz wytrzymałość może zrewolucjonizować obecne metody konstrukcji robotów. Zamiast projektować ich układy ruchowe na nowo, moglibyśmy skorzystać ze ściągawki w postaci atlasu budowy ludzkiego ciała.

    — Dokonaliśmy ogromnych postępów w projektowaniu umysłów robotów, jednak ich ciała są nadal bardzo prymitywne. (Syntetyczne mięśnie - przyp. red.) to kolejny element tej układanki, która, ułożona w całości, pozwoli nam na tworzenie maszyn przypominających żywe organizmy - mówi Hod Lipson, jeden z naukowców odpowiedzialnych za stworzenie syntetycznych mięśnie.

    Syntetyczna tkanka, opracowana na Uniwersytecie Columbia to oczywiście prototyp. Zanim ktokolwiek pomyśli o jej zastosowaniu komercyjnym i masowej produkcji robotów z syntetycznymi muskułami, projekt trzeba trochę poprawić.

    Jak działają syntetyczne mięśnie?

    Bardzo prosto. Syntetyczna tkanka, której konstrukcja opiera się na gumie silikonowej i mikro-pęcherzykach wydzielających etanol, reaguje na ciepło. Wystarczy przez taki sztuczny mięsień przeciągnąć cienki przewód, który nagrzewałby się (np. za sprawą przewodzenia przezeń prądu) do ok. 80 st. C. W tej temperaturze bowiem tkanka stworzona przez naukowców z Columbii potrafi zwiększyć swoją objętość dziewięciokrotnie. Jest też całkiem wytrzymała - potrafi znieść 1000-krotnie większe obciążenie od swojej wagi. Trzy razy więcej, niż mięśnie ludzkich kulturystów.

    Aktualnie największym problemem jest czas jej reakcji, co możecie zresztą zobaczyć sami na powyższym materiale filmowym. Zespół Lipsona jest jednak przekonany, że to tylko chwilowy problem, który da się rozwiązać znajdując szybsze sposoby na zmianę jej temperatury. Nie wiadomo jednak, czy zastosowanie jakiegokolwiek z obecnie dostępnych materiałów pozwoli na osiągnięcie wyników porównywalnych z szybkością ludzkich mięśni.

    Miękkie roboty - czy zastąpią ludzi?

    Ludzka tkanka mięśniowa zdolna jest do czasów reakcji mierzonych w setnych częściach sekundy. Nawet jeśli osiągnięcie podobnego wyniku okaże się niemożliwe, nowy materiał może znaleźć wiele zastosowań. I tak, roboty wykorzystujące ten typ mięśni mogą okazać się trochę powolne, nie oznacza to jednak, że będą bezużyteczne.

    Zwróćcie też uwagę na samą metodę produkcji tej syntetycznej tkanki. Poszczególne "mięśnie" można bez przeszkód drukować na drukarce 3D. Oznacza to, że w przyszłości tworzenie części zamiennych do tzw. miękkich robotów nie będzie wymagało zbyt zaawansowanych konstrukcji. Części zamienne dla syntetycznych nurków pracujących na platformach wiertniczych? Proszę bardzo, żaden problem.

    Coś mi mówi, że pomysłem tym zainteresuje się też wojsko. Oni lubią takie zabawki.



    Naukowcy opracowali syntetyczne mięśnie

    0 0

    Smartfony i tablety są w stanie zastąpić komputery i za parę, parenaście lat, tradycyjne komputery będą trochę jak kasy fiskalne - w biurach i w domach największych freaków. 

    Długo nie chciałem się pogodzić z takim kreśleniem przyszłości przez wizjonerów, kontestowałem przemkopająkowe post-pc na każdym kroku, ale to, co dzieje się z rynkiem, nieuchronną przyszłość zaczyna pokazywać jak na dłoni. Wiele osób nie potrzebowało komputerów, wymyślono coś lepszego, prostszego, bardziej multimedialnego. Jak dobry narkotyk, bo kiedy rozejrzymy się po ludziach z naszego otoczenia, to wiele z nich wsiąknęło w smartfony tak, jak my nigdy nie wsiąkliśmy w komputery. A podobno byliśmy uzależnieni.

    I choć mechanizm wyparcia już dawno przestał działać - zrozumiałem, że nie każdy potrzebuje do szczęścia laptopa - to jednak cały czas nie jest dla mnie zrozumiałe jak spora część społeczeństwa definitywnie zdecyduje się porzucić komputer na rzecz smartfona.

    Porozmawiajmy o prozaicznej czynności, typowej dla obu urządzeń - przeglądanie internetu.

    Mobilne wersje stron, jakkolwiek poczyniły w ostatnich latach bardzo duży postęp, to wciąż wyraz kompromisu wynikającego z ograniczonej powierzchni. Tylko przeglądając wersję zaprojektowaną dla komputerów mam pewność, że widzę wszystko to, co chciał pokazać mi twórca. Prócz tekstu - polecane przez niego treści, odpowiednio ulokowane kreacje reklamowe, wyróżnienie dodatkowych funkcji i możliwości.

    Nawet jeśli ta gwarantowana przez responsywną mobilność "przejrzystość" ma swoich koneserów, to wciąż jeszcze strony internetowe na telefonach komórkowych mają potężny defekt - ograniczoną funkcjonalność. Kilka dni temu próbowałem przenieść numer telefonu komórkowego do Nju Mobile. Pod ręką - trzy smartfony z Androidem, żadnego laptopa.

    I wiecie co? Nie dało się, za nic w świecie.

    Strona internetowa dużego operatora (Nju Mobile to przecież ukryta opcja francuska z Orange), niby dostosowana do elementów mobilnych, a jednak po prostu nie działała jak trzeba. Kombinowałem z telefonami, z mobilnymi przeglądarkami, przełączaniem w tryb widoku komputerowego - nic nie pomogło. Dopiero kolega mój ceniony Dawid Kosiński, przeniósł mi ten numer nawigowany przeze mnie zdalnie, gdy bardzo go o to poprosiłem w telefonicznej rozmowie.

    Formularze, pola tekstowe, generalnie nie są to najlepsi przyjaciele mobilnego przeglądania internetu. Różnie też bywa z odtwarzaniem plików multimedialnych. Czasem lepiej, niż na komputerach. Czasem gorzej.

    Komputery mają jednak tę jedną przewagę nad smartfonami, że na nich ostatecznie wszystko działa. Nie pojawiają się problemy, które nie powinny mieć miejsca. I to niestety nie są jednostkowe przypadki, a w miarę powszechna praktyka mojego korzystania z internetu w telefonie. Ilekroć chodzi o coś poważniejszego, niż przelecenie strony głównej Spider's Weba - nerwowo zaczynam szukać czegoś z dużym ekranem, myszką, klawiaturą i oprogramowaniem, które nie stwarza kłopotów.

    Smartfony kontra komputery to miejsce całej debaty na temat wygody korzystania, możliwości technicznych, sprawności działania określonych rozwiązań, a nawet bezpieczeństwa - wszak smartfon bywa też często zarazem naszym tokenem.

    Gdybym miał sobie teraz wyobrazić taki świat za 10 lat, w którym komputery zostały już tylko dziwakom, to nie wiem, jak ci biedni ludzie przenosiliby numer do innej sieci. A perspektywa takiego właśnie jakby upośledzonego internetu trochę się przed nami, za sprawą urządzeń mobilnych, rysuje.



    Ja jednak nie wyobrażam sobie życia bez komputera, smartfon nie jest w stanie go zastąpić

    0 0

    Nowe drony wojskowe TIKAD

    Drony wojskowe kojarzą się nam z ogromnymi konstrukcjami, unoszącymi się gdzieś wysoko nad polem bitwy. A co by było, gdyby nieco je zmniejszyć, obniżyć im pułap lotu i zamontować na nich pojedynczy karabin maszynowy?

    Duke Robotics to startup założony przez weterana izraelskiej armii, Raziela "Raziego" Atuara. Były żołnierz uważa, że światu potrzebny jest nowy typ dronów wojskowych. Znacznie mniejszy i lżejszy od obecnie używanych Ravenów, Waspów, Reaperów, czy Global Hawków, używanych przez amerykańskie wojsko.

    Dron TIKAD to w zasadzie konstrukcja przypominająca do złudzenia drony filmowe, z tą różnicą, że zamiast stabilizowanej kamery został wyposażony w stabilizowany karabin maszynowy. Albo granatnik. To już zależy od klienta.

    Nowe drony wojskowe kupił już Izrael.


    Drony Duke Robotics otrzymały już certyfikat od izraelskiego departamentu obrony i wkrótce trafią na wyposażenie izraelskiej armii. Atuar stara się aktualnie sprzedać swoje konstrukcje amerykańskim wojskowym.

    — Jestem byłym dowódcą batalionu. Pomysł na Duke Robotics powstał dzięki mojemu doświadczeniu, nabytemu podczas operacji wojskowych. Wojna wciąż ewoluuje - czasy w których jedna armia walczyła przeciwko drugiej już minęły. Pole bitwy jest dziś asymetryczne - mówi Atuar.

    Nawet jeśli nie interesujecie się za bardzo militariami, trudno nie zgodzić się z założycielem Duke Robotics. Armie dysponujące odpowiednio zaawansowanym sprzętem, jeśli decydują się na wysłanie jakichkolwiek ludzi na pole bitwy, wysyłają małe, dobrze wyposażone i wyszkolone oddziały piechoty. Zapewniając im przy tym odpowiednie wsparcie.

    Drony TIKAD to latające karabiny maszynowe.


    Drony TIKAD powstały właśnie z myślą o zapewnieniu takiego wsparcia. Są na tyle lekkie (50 kg), że żołnierze mogą spakować kilka takich jednostek do swojego pojazdu opancerzonego, lub w ekstremalnych przypadkach przyczepić sobie takie ustrojstwo na plecy. Przedstawiciele Duke Robotics zresztą twierdzą, że za kilka lat TIKAD-y będą w stanie wyręczyć ludzkich żołnierzy podczas większości misji bojowych.

    Najbardziej innowacyjną częścią dronów Duke Robotics jest ich system stabilizacji broni. Jak twierdzą przedstawiciele firmy, radzi on sobie doskonale z odrzutem karabinów maszynowych, dzięki czemu operator drona może za jego pomocą prowadzić precyzyjny ostrzał wybranego celu.

    Precyzyjność układu stabilizacji pozwala teoretycznie na wykorzystywanie TIKAD-ów, jako latającej ochrony granic, celów strategicznych narażonych na ataki terrorystyczne itd. Ich niewielki rozmiar i precyzja może zainteresować nie tylko wojsko. Konstrukcje Duke Robotics otrzymały niedawno nagrodę w kategorii "innowacje w dziedzinie bezpieczeństwa" od amerykańskiego Departamentu Obrony. Bardzo możliwe więc, że już wkrótce pojawią się na wyposażeniu policyjnych jednostek antyterrorystycznych.

    Broń wciąż ewoluuje.

    Nowy typ uzbrojonych dronów ma więcej wspólnego z cywilnymi zabawkami, niż z dotychczasowymi konstrukcjami wykorzystywanymi przez wojsko. Duke Robotics niestety nie podaje nigdzie informacji o pojemności ich akumulatorów, zakładam więc, że tak jak w przypadku dronów cywilnych, TIKAD-y mogą unosić się w powietrzu dość krótko.

    Pomyślcie sobie jednak, że prędzej czy później stworzymy akumulatory, dzięki którym konstrukcje tego typu będą mogły latać przez kilka lub kilkanaście godzin. W połączeniu z jakimś wojskowym układem SI, takie drony rzeczywiście będą mogły zastąpić ludzkich żołnierzy w większości przypadków.



    A gdyby tak zamiast kamery, wyposażyć drona w karabin?

    0 0

    konkurs dzialajacy jetpack

    Wiesz jak zrobić plecak odrzutowy? Nie, nie jest to pytanie retoryczne. Boeing płaci 1 mln dolarów za najlepszą konstrukcję jetpacka.

    No dobra, nie jetpack (wybaczcie, ale wydaje mi się, że to słowo ma lepszą rozpoznawalność, niż plecak odrzutowy), a "osobiste urządzenia latające". I nie tylko Boeing, bo to wspólna inicjatywa Boeinga, agencji DARPA i kilku innych dużych podmiotów, które przy współpracy z organizacją GoFly ogłosiły konkurs na stworzenie takich konstrukcji.

    Konkurs na działający jetpack: milion dolarów nagrody.

    Do konkursu może zgłosić się każdy, kto przedstawi w miarę sensowny plan takiej konstrukcji. Projekty, które spodobają się jurorom, otrzymają finansowanie, dzięki któremu ich twórcy będą mogli zbudować działające prototypy. Zasady są proste: taka konstrukcja musi pozwalać na pionowy lub prawie pionowy start i być w stanie przelecieć 32 km (20 mil) bez tankowania/ładowania. Do tego konstrukcje mają być jak najbardziej kompaktowe, bezpieczne, łatwe w użytkowaniu i nadające się do użycia na terenach miejskich.

    Jeśli chodzi o finansowanie, to mamy tu kilka kategorii. Autorzy "interesujących" projektów otrzymają po 20 tys. dol. nagrody. Twórcy czterech najlepszych prototypów otrzymają dodatkowo 50 tys. dol., a najlepsza konstrukcja, którą jury wyłoni podczas testów, zgarnie nagrodę główną, czyli okrągły milion zielonych. Przewidziano również dodatkowe nagrody od 100 do 250 tys. dol. przeznaczone dla najbardziej zaawansowanych, przełomowych lub najcichszych konstrukcji zgłoszonych do konkursu.

    Na zgłaszanie się jest jeszcze trochę czasu.

    Ostateczny termin zgłoszeń to 4 kwietnia 2018 r. Do tego czasu każdy zainteresowany konkursem może zarejestrować się na stronie GoFly. I nie musicie od razu projektować odrzutowego plecaka. Jednoosobowe latające drony i inne konstrukcje również wchodzą w grę.

    Po cichu liczę, że w konkursie GoFly weźmie udział chociaż jedna drużyna z Polski. Skoro polscy studenci całkiem nieźle radzą sobie z konstrukcją łazików marsjańskich i samochodów elektrycznych, czemu nie mieliby sobie poradzić i z tym zadaniem?



    Uwaga, konkurs! Boeing płaci milion dolarów za projekt plecaka odrzutowego

    0 0

    google doodle 2017 19 lat koło fortuny

    Na swoje 19. urodziny Google przygotowało dla użytkowników nowe Google Doodle. Na stronie głównej wyszukiwarki pojawiło się koło fortuny.

    Najczęściej przeszukuję sieć wpisując hasło prosto do paska adresu przeglądarki. Google znalazło jednak sposób, by zachęcić mnie do regularnego odwiedzania strony głównej swojej wyszukiwarki. Google Doodle, czyli okolicznościowe i zwykle interaktywne logo, to już tradycja wykreowana przez giganta z Mountain View.

    google doodle 2017 19 lat koło fortuny

    Specjalne Google Doodle na 19. urodziny firmy.

    Po kliknięciu w przycisk odtwarzania na dzisiejszym interaktywnym logo ładuje się animacja kręcenia klasycznym kołem fortuny podzielonym na 19 pól. Po losowani pojawia się jedna z ikon, a z rozpoznaniem większości z nich nie ma żadnego problemu

    Każda ikona, którą można wylosować, symbolizuje jedno z 19. wybranych interaktywnych logo Google’a. Zamiast przygotowywać zupełnie nową minigrę, pracownicy firmy postanowili przypomnieć 19 kultowych Google Doodle z ostatnich lat.

    google doodle 2017 19 lat koło fortuny

    Trafiłem już na pasjansa Solitaire i Pac-Mana w przeglądarce, ale już wyłączyłem stronę Google’a, żeby ten tekst mógł powstać.

    Kliknięcie w wynik koła fortuny otwiera nową kartę w przeglądarce. W przypadku niektórych minigier najpierw pojawia się strona wyników wyszukiwania z wpisaną frazą - wystarczy ją zapamiętać, by uruchomić w przyszłości pasjansa albo Pac-Mana ręcznie.

    Mogłem się dzięki przejściu stronie wyników dowiedzieć, że np. Pac-Man w logo Google’a pojawił się po raz pierwszy 21 maja 2010 roku. W przypadku innych Google Doodle, które np. upamiętniały Beethovena, specjalna okolicznościowa animacja jest otwierana bezpośrednio w nowej karcie.

    Cieszy też, że Google Doodle zoptymalizowane zostały pod kątem obsługi za pomocą dotyku i mogłem sobie pograć w pasjansa wygodnie na smartfonie.



    19 atrakcji na 19. urodziny. Google przygotował coś specjalnego dla użytkowników