Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.

older | 1 | 2 | 3 | (Page 4) | 5 | 6 | .... | 28 | newer

    0 0

    W Seattle trwa właśnie The International. Najważniejszy turniej w Dotę 2, w którym najlepsi gracze z całego świata walczą o rekordowe kwoty. I wiecie co? Żaden z nich nie był w stanie wygrać pojedynku ze sztuczną inteligencją.

    Dota 2 to strasznie skomplikowana gra i zarazem pierwowzór gier z gatunku MOBA. Niektórzy z zawodników, żeby osiągnąć swój aktualny poziom umiejętności, grają w Dotę od kilkunastu lat. Algorytm stworzony przez OpenAI potrzebował zaledwie dwóch tygodni, żeby nauczyć się grać jeszcze lepiej. Jeśli moja ekscytacja wam nie wystarcza, wspomogę się Elonem Muskiem:

    Zasady rozgrywki przeciwko OpenAI zostały dość mocno uproszczone.

    Normalny mecz w Dotę rozgrywany jest przez dwie, pięcioosobowe drużyny. Ten tryb dla OpenAI okazał się być jeszcze za trudny. Musicie zrozumieć, że liczba możliwości jeśli chodzi o wybór samych bohaterów (w grze dostępnych jest ich ponad setka, a każdy z nich ma inne umiejętności), strategii i zagrywek indywidualnych wydaje się być nieskończony. Dlatego zresztą ta gra jest aż tak trudna.

    Istnieje jednak prostszy tryb, bardzo popularny wśród profesjonalnych graczy. Szczególnie tych, którzy grają na tzw. midzie, czyli na środkowej pozycji. Jeśli nadal nie wiecie o co chodzi, to się nie przejmujcie. 1 na 1 na midzie nie ma żadnej skróconej nazwy. Za to sama rozgrywka jest dosyć krótka i doskonale testuje zdolności mechaniczne graczy oraz ich umiejętność podejmowania szybkich decyzji w sytuacji 1 na 1.

    Dla tych, którzy nie grają w Dotę: myślcie o tym z jednej strony jako o doskonałym treningu stałego elementu gry, a z drugiej jako o pojedynku rewolwerowców. Dodatkowo zasady w grach przeciwko AI zostały dodatkowo uproszczone, ale nie ma to większego znaczenia.

    Oprócz tego, że gra się 1 na 1, obaj gracze wybierają też tego samego bohatera. Wiecie, żeby zaczynać z dokładnie taką samą szansą na wygraną. Najlepsi na świecie gracze grają na tak zbliżonym do siebie poziomie, że chyba nie znalazłby się żaden zawodnik, który byłby w stanie osiągnąć takie wyniki, jak OpenAI.

    OpenAI: bot inny niż wszystkie

    No dobrze, ale właściwie co ekscytującego jest w wiadomości, że komputer pokonał człowieka? Przegraliśmy już w warcaby, szachy i Go, a boty w Quake’a od dawien dawna grały na cheatach. Ja wiem, że teraz się oburzycie, ale Dota jest o wiele trudniejsza, niż wszystkie te gry. Boty treningowe, stworzone przez Valve, nie są aż tak dobre. Tak właściwie to przeciętny gracz nie będzie miał zbyt dużych problemów, żeby pokonać je na najwyższym poziomie trudności. Profesjonalni gracze mogą to zrobić z zamkniętymi oczami i obsługując klawiaturę lewą nogą.

    Ale boty Valve zostały stworzone tradycyjnymi metodami. Algorytm OpenAI uczył się grać w trybie 1 na 1 całkiem sam. Jego twórcy żartowali nawet, że przez pierwsze kilkaset gier algorytm robił najgłupsze rzeczy na świecie. Gry oczywiście rozgrywane były w czasie przyspieszonym. Po godzinie takiego treningu, który normalnemu człowiekowi zająłby prawdopodobnie kilkaset, bądź kilka tysięcy godzin, OpenAI doszło do poziomu gracza typu casual.

    Jeśli nie chcecie oglądać początkowego show, przewińcie powyższy film do 4:15.

    Po ok. dwóch tygodniach takich ultraszybkich treningów, zespół odpowiedzialny za OpenAI uznał, że ich bot gotowy jest na sprawdzenie się przeciwko profesjonalistom. W tym celu skontaktowano się z najlepszymi graczami, przebywającymi aktualnie w Stanach Zjednoczonych. Na pojedynek przeciwko SI udało się zaprosić najlepszych zawodników z Evil Geniuses – mistrzów z 2015 r. i kilka innych, bardzo utalentowanych osobistości.

    Dodatkowo, już na samym turnieju The International, mogliśmy zobaczyć dwie gry rozegrane na żywo przez OpenAI przeciwko ulubieńcowi publiczności – Danielowi „Dendiemu” Ishutinowi, mistrzowi pierwszej edycji The International.

    Nigdy w życiu nie widziałem tak jednostronnej gry.

    [caption id="attachment_583762" align="alignnone" width="1000"]openai dota Ten gość na pierwszym planie, który przeżywa swoją kolejną porażkę to Suma1L.. Jeden z najlepszych graczy na pozycji środkowej na świecie.[/caption]

    A wierzcie mi, turnieje w Dotę, także te 1 na 1, śledzę od bardzo dawna. Najlepiej zresztą podsumował to Artour "Arteezy" Babaev z Evil Geniuses:

    - Czułem się jakbym grał przeciwko mądrzejszej wersji samego siebie.

    Sztuczna inteligencja radziła sobie po prostu doskonale. Z jednej strony można było zobaczyć jej chirurgiczną dokładność i piętnowanie każdego błędu popełnionego przez ludzkiego przeciwnika. Z drugiej: tak kreatywne i bardzo ludzkie zagrywki, jak markowanie użycia specjalnych umiejętności swoim bohaterem, czy blokowanie linii creepów. Nie musicie wiedzieć, co znaczy to ostatnie. Zapamiętajcie tylko, że to cholernie trudna umiejętność, z którą większość graczy nie radzi sobie totalnie.

    Peter „ppd” Dager, CEO Evil Geniuses, wspomniał o tym, że OpenAI przegrała jedną (z dziesięciu gier) przeciwko jednemu z zawodników. Wnioski z przegranej wyciągnęła błyskawicznie – w kolejnych grach wiedziała już, jak poradzić sobie ze strategią, przez którą przegrała.

    Co ważne, do mistrzowskiego poziomu umiejętności algorytm doszedł bez żadnej pomocy. Nikt nie „wytłumaczył” mu jak się gra w Dotę. Osiągnięcie to, samo w sobie, jest bardzo imponujące.

    OpenAI: osobisty trener przyszłych mistrzów.

    Rozumiecie? Najlepsi gracze w Dotę na świecie, po tym jak dostali największy w życiu łomot, od razu dostrzegli potencjał tego algorytmu. Gry 1 na 1 z OpenAI można porównać do prywatnych sesji treningowych z mistrzem świata. O dowolnej porze i z dowolną częstotliwością. W końcu to algorytm.

    Twórcy OpenAI odgrażali się, że za rok ich system będzie w stanie rozegrać prawdziwą grę 5 vs 5. No, technicznie rzecz biorąc: 5 vs 1. Jeśli OpenAI rzeczywiście zdoła opanować wszystkie elementy rozgrywki w Dotę, każda profesjonalna drużyna będzie chciała mieć ten algorytm u siebie. Sama analiza strategii ułożonych przez algorytm, który jest w stanie rozegrać więcej gier, niż jakikolwiek człowiek przez swoje całe życie, może zapewnić ludzkim drużynom z dostępem do OpenAI ogromną przewagę.

    Śmiesznie byłoby, gdyby algorytm OpenAI wziął udział w kwalifikacjach do przyszłorocznej edycji The International. W tym roku za pierwsze miejsce do zgarnięcia jest 10,5 mln dol. Taka kwota na pewno przydałaby się do sfinansowania dalszych badań nad rozwojem sztucznej inteligencji. Wątpię jednak, żeby Valve zgodziło się na taki układ.

    OpenAI to coś więcej, niż gry komputerowe.

    OpenAI to bowiem organizacja non-profit, której celem jest… służba ludzkości. Brzmi dość górnolotnie, więc przejdźmy do konkretów. Ludzie tam pracujący prowadzą badania nad algorytmami sztucznej inteligencji i chcą swoją wiedzą dzielić się za darmo. Zapytany o to, co dla prawdziwego świata oznacza fakt, że komputer okazał się być najlepszy na świecie w Dotę, Greg Brockman, współzałożyciel i CTO OpenAI odpowiedział:

    - To co tutaj zaprezentowaliśmy, jest ogólnym systemem uczenia się (ang. general learning system), który nadal jest ograniczony na wiele sposobów. Jednak już teraz jest w stanie pokonać najlepszych graczy w Dotę. To krok, który pozwoli na stworzenie innych systemów tego typu, które będą w stanie nauczyć się bardzo skomplikowanych umiejętności, wykorzystywanych w prawdziwym życiu. Jeden z nich (tych systemów – przyp. red.) może zostać na przykład chirurgiem.

    [caption id="attachment_583763" align="alignnone" width="992"]openai dota Greg Brockman obiecuje, że za rok OpenAI będzie w stanie rozegrać prawdziwy mecz w Dotę z pięcioosobową, ludzką drużyną.[/caption]

    Brockman mówił to z taką pewnością, że bardzo łatwo było mu uwierzyć. OpenAI nie powinno mieć też problemów z dalszym rozwojem swoich algorytmów. Fundację wspierają bowiem tacy giganci, jak Microsoft, czy Amazon. Jednym ze współzałożycieli fundacji jest zresztą nasz ulubiony, ekscentryczny miliarder Elon Musk, którego cytowałem na początku tekstu.

    Gdzie skończą się możliwości algorytmów podobnych do OpenAI?

    Powyższy przykład jest zresztą doskonałym dowodem na to, że algorytmy SI radzą sobie coraz lepiej, nawet w tych bardziej abstrakcyjnych zadaniach. W niektórych przypadkach maszyny wykazują się umiejętnościami, o które nie śmieliśmy ich podejrzewać i nie do końca rozumiemy w jaki sposób je nabyły.

    Takie rzeczy bardzo pobudzają wyobraźnię. Na pewno wielu z was czytało klasykę s-f z lat 70. I 80., w której po tym, jak udało nam się wylądować na Księżycu, ludzie roztaczali śmiałe wizje kolonizacji innych planet. Na tej samej zasadzie proponuję, żebyśmy popuścili na chwilę wodze fantazji, jeśli chodzi o rozwój SI.

    Wyobraźcie sobie na przykład, że dzięki (prawie) całkowitej automatyzacji wszystkich gałęzi przemysłu, zarządzanych przez następców OpenAI, uda nam się stworzyć kompletny ekosystem rodem ze snu. Raj na ziemi. Taką powiększoną wersję Złotej Kuli z „Pikniku na skraju drogi”.

    Oczywiście może się okazać, że taka wizja jest po prostu niemożliwa do zrealizowania. Albo stanie się coś jeszcze gorszego i gdzieś po drodze SI wyrwie się nam spod kontroli. Przed takim scenariuszem zresztą co jakiś czas ostrzegają bardzo mądrzy ludzie, ze Stephenem Hawkingiem na czele.

    Skoro OpenAI nauczyło się blefować w Docie, to o wiele bardziej zaawansowana wersja takiego algorytmu może na przykład udawać, że chce dla nas jak najlepiej, do czasu, aż nie da się jej wyłączyć. Nakręcono o tym kilka całkiem niezłych filmów. Zagrożenia ze strony SI mogą okazać się też nieco bardziej... prozaiczne.

    Twórcy OpenAI zapewniają jednak, że ich sztuczna inteligencja będzie całkowicie niegroźna dla ludzi. Mam nadzieję, że wiedzą co robią.



    Sztuczna inteligencja ograła właśnie najlepszych graczy w Dotę

    0 0

    Czytelnikom Spider’s Web nie trzeba przedstawiać gatunku Match-3. Dzisiaj to jeden z najpopularniejszych typów gier na smartfony i tablety, co by wskazać serię Candy Crush Saga. Starsi gracze pamiętają, że łączenie kolorowych diamencików może mieć ciekawsze, bardziej ambitne oblicze. Dawniej godny polecenia był Puzzle Quest. Dzisiaj wart uwagi jest steampunkowy Ironcast.

    W 1875 roku Francja wypowiedziała wojnę Wielkiej Brytanii. Powodem była kradzież niezwykle cennego surowca energetycznego - Voltytu - z francuskich laboratoriów. Od tego czasu żołnierze Królowej Wiktorii toczą bitwy ze swoimi kontynentalnymi sąsiadami, a gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę. Voltyt generuje nieporównywalnie więcej energii niż węgiel, dając gospodarczą, polityczną, technologiczną oraz militarną przewagę nad wszystkimi rywalami. Kto zmonopolizuje jego dostawy, ten będzie miał władzę nad steampunkowym światem wypełnionym niecodziennymi wynalazkami.

    Tytułowy Ironcast to wielki steampunkowy mech bojowy, jakim pośrednio steruje gracz.

    Nim przewrócicie oczami i zamkniecie kartę przeglądarki, dajcie sobie wytłumaczyć mechanizm stojący za tym tytułem. Ironcast nie jest typową produkcją Match-3 w stylu Candy Crush Soda. Gra posiada znacznie więcej warstw oraz aspektów rozgrywki. Łączenie kolorowych symboli to jedynie środek do celu, nie cel sam w sobie. Poza zabawą na wielobarwnej tablicy prowadzimy ostrzał, wybierany czułe punkty przeciwnika, korzystamy z umiejętności specjalnych, stawiamy osłony i wiele, wiele więcej.

    Każdy Ironcast posiada cztery kluczowe parametry. Fioletowy kolor symbolizuje poziom amunicji/liczbę ataków w jednej turze. Pomarańczowa barwa oznacza liczbę akcji defensywnych, takie jak manewry wymijające czy aktywacja generatora osłony. Błękit to element chłodzący, niezbędny po serii ataków wyprowadzonych w kierunku przeciwnika. Z kolei zielony kolor symbolizuje zdolność do natychmiastowych napraw jednej z czterech możliwych do zniszczenia części mecha.

    W przeciwieństwie do Puzzle Questa, łączenie kolorowych symboli to dopiero pierwsza faza tury. Drugą jest umiejętne wykorzystanie zebranych zasobów. Proste naciskanie przycisku ataku nie zaprowadzi nas daleko. Może pozwoli wygrać dwie, maksymalnie trzy pierwsze potyczki, ale na tym koniec. Doświadczony dowódca mecha wie, że zbyt ofensywne działania mogą doprowadzić do przegrzania mecha lub utraty osłony. Dlatego kluczem do zwycięstwa jest planowanie na kilka tur do przodu.

    [gallery link="file" ids="583353,583354,583356"]

    Na to zostaje nałożony gorset ataków punktowych, rozwoju mechów, awansów z poziomu na poziom i specjalnych umiejętności.

    Dwie bronie, pancerz oraz nogi - wszystko to można zniszczyć, dokonując punktowych ataków. Jeżeli wyeliminujemy wyrzutnię rakiet wroga, ten nie będzie miał nas czym zaatakować. Uszkadzając jego nogi, nie pozwolimy mu na manewry wymijające. No chyba, że przeciwnik posiada odpowiednio wiele zielonych punktów - wtedy może dokonać natychmiastowych napraw, uciekając spod bramkowej sytuacji. Właśnie w takich sytuacjach docenicie racjonalne wydawanie zasobów.

    Istnieje kilka typów Ironcastów. Każdy ma unikalną cechę, a także losowo przydzielane specjalne umiejętności. Z poziomu na poziom awansujemy nie tylko wielką maszynę, ale również jej pilota. Osoby kierujące mechami także posiadają własne sztuczki w rękawach. Daje to wiele potencjalnych buildów dostosowanych do różnych działań. Część jest świetna w ofensywie, inne doskonale radzą sobie podczas długich starć, kiedy pozostałe pełnią funkcję defensywnych tarcz strzeleckich. Nie ma czegoś takiego jak mech idealny. No i bardzo dobrze. Przynajmniej jest ciekawie.

    Byłem zdziwiony, jak trudny i wymagający jest Ironcast. Zwłaszcza, że po zniszczeniu mecha… zaczynamy od zera!

    Logiczna gra posiada znamiona subgatunku roguelike. Na mapie taktycznej zawsze mamy do wyboru kilka losowo dobieranych misji. Jeżeli podczas wykonywania któregoś z zadań nasz mech zostaje zniszczony, tracimy wszystko. Maszynę. Pilota. Punkty doświadczenia. Złom, za który opracowuje się nowe bronie, pancerze i technologie. Po smutnym widoku wielkiego robota stojącego w ogniu wracamy do głównego menu. Stąd możemy wybrać jedynie opcję New Game.

    Bardzo brutalne zasady. Jest w nich jednak coś magnetycznego. Coś, co przyciąga do ekranu konsoli, pomimo dziesiątek niepowodzeń. Gdy w końcu trafią się nam dobre umiejętności, dopisze nieco szczęścia i zdobędziemy wiele broni oraz pancerzy, każde kolejne starcie staje się coraz bardziej emocjonujące. To trochę jak podróż przez świat Dark Souls, z gigantyczną pulą punktów doświadczenia do wydania przy bezpiecznym ognisku. Jeżeli po drodze podwinie się nam noga, wszystko przepada. Przy takich zasadach każda walka dostarcza emocji.

    Wyśrubowany poziom trudności sprawia, że Ironcast jest dobrym wyborem zarówno podczas krótkiej rozgrywki w terenie, jak również dłuższego posiedzenia przed TV. Grając w ten tytuł mobilnie, za pomocą konsoli Nintendo Switch, żal po częstych porażkach jest jak gdyby mniejszy. Z kolei w salonie dałem się porwać historii, która posiada drugie dno wychodzące poza konflikt na linii Wielka Brytania - Francja. Obie formy zabawy zdają egzamin, chociaż w każdym z przypadków gracz kładzie akcenty na nieco inne elementy gry logicznej.

    Szkoda tylko, że Ironcast jest tak wybrakowany z dodatkowych trybów oraz zawartości.

    Po przejściu głównej kampanii ma się ochotę na więcej. Producenci nie wyczerpują tematu. Steampunkowy świat skrywający mroczną tajemnicę posiada spory potencjał. Większy niż te kilka godzin scenariusza, kilkadziesiąt linii dialogowych oraz garść kosmetycznych decyzji do podjęcia. Doskwiera brak dodatkowych trybów rozgrywki. Zwłaszcza taj podstawowych jak pojedynek 1v1 z innym żywym graczem (najlepiej na jednym Switchu). Nie obraziłbym się też na sieciową ligę z postępami resetowanymi co tydzień/miesiąc.

    Gra kosztuje zaledwie 58 złotych, więc ktoś może mi napisać, że nie powinienem się czepiać. Moje uwagi nie są jednak perfidnymi złośliwościami, ale głodem wywołanym kontaktem z dobrą grą. Ironcast jest naprawdę niezły. To na ten moment druga najlepsza gra logiczna dostępna na konsoli Nintendo Switch, ustępująca miejsca na podium jedynie uroczemu Snipperclips. Gdyby producenci tego Match-3 dali sobie więcej czasu i środków na realizację dodatkowych trybów, mielibyśmy produkcję wystarczającą na tygodnie, jak nie miesiące zabawy.

    Co się udało:

    • Zadziwiająca głębia rozgrywki. Łączenie kolorowych symboli to tylko część zabawy
    • Rozwój mecha oraz jego pilota
    • Za błędy płaci się tutaj niezwykle surowo
    • Obsługa dotykowego ekranu na Nintendo Switchu
    • Atrakcyjna konsolowa cena (58 zł)

    Co się nie udało:

    • Brak jakichkolwiek trybów poza kampanią
    • Za mało mechów oraz pilotów do odblokowania
    • Spora losowość rozgrywki
    • Zmarnowany potencjał na większą, lepszą i ładniejszą grę logiczną

    Ironcast to jedna z najciekawszych premier dla Switcha w czasie ogórkowego sezonu. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony głębią rozgrywki, a także wyśrubowanym poziomem trudności. Szkoda, że mocno statyczne, powtarzalne i nijakie zrzuty ekranu kiepsko to oddają.



    Ironcast, czyli Candy Crush z mechami i steampunkiem - recenzja

    0 0

    Fender Monterey - cyfrowy głośnik z analogowym czarem

    „Szkoda, że tak niewiele osób przekona się, jaki to dobry sprzęt” – pomyślałem, gdy po zakończeniu testów chowałem głośnik Fender Monterey do pudełka.

    To nie jest produkt dla każdego. Powiem więcej – statystyczny „każdy” pewnie nawet nigdy o nim nie usłyszy, tak jak statystyczny „każdy” kojarzy słowo „Fender” wyłącznie z Hendrixem.

    Na szczęście nie każdy sprzęt musi być „dla każdego”. I właśnie taki jest Fender Monterey, 120-watowy głośnik Bluetooth, który dla wielu będzie nieporozumieniem, a dla wybranych – ucztą dla ucha i oka.

    Dlaczego Fender Monterey nie jest dla każdego?

    Pomyślmy. Za ponad 1500 zł dostajemy całkiem spory, ciężki głośnik, który ani nie wygląda za nowocześnie, ani też nie oferuje nawet ułamka technologicznych bajerów, które możemy nabyć w innych głośnikach z tej półki cenowej.

    Fender Monterey potrafi odtworzyć muzykę przez Bluetooth, kabel jack 3,5 mm oraz złącze RCA. Daje możliwość regulacji głośności, tonów średnich i tonów niskich. Pozwala jednym przełącznikiem podbić częstotliwości, żeby dźwięk stał się nieco pełniejszy. I to w zasadzie… tyle.

    Żadnych wymyślnych wiązek audio wystrzeliwanych przez dedykowany sensor. Żadnych futurystycznych przetworników dostosowujących brzmienie do pomieszczenia, robiących kawę i suszących pranie. Nic, null, nada. Fender Monterey to głośnik, którego szczytem technologicznego zaawansowania jest obsługa kodeków aptX i AAC, umożliwiających odtwarzanie bezprzewodowo muzyki wysokiej jakości.

    Dla przeciętnego kupującego to stanowczo za mało, by zdecydować się na wydatek rzędu 1500 zł. Przyznam szczerze, że sam nie poleciłbym tego głośnika „przeciętnemu kupującemu”, bo po prostu bym go rozczarował.

    Legendarny producent gitar i wzmacniaczy stworzył głośnik dla bardzo wąskiej, bardzo konkretnej grupy odbiorców, których na potrzeby tego tekstu nazwę ludźmi poszukującymi odrobiny analogu w cyfrowym świecie. Zarówno pod względem brzmienia, jak i wyglądu oraz funkcjonalności.

    Zacznijmy od tej ostatniej.

    Prostota Fendera Monterey jest odświeżająca.

    Wiecie co? Czułem się naprawdę wspaniale, dostając w końcu w ręce głośnik, który obsługuje się starymi, dobrymi pokrętłami. Nie jakąś ociężałą, źle zoptymalizowaną aplikacją z zylionem funkcji, których używa się raz, by potem o nich zapomnieć.

    To odświeżające, napotkać na swej drodze produkt, który robi tylko JEDNĄ rzecz – odtwarza muzykę. Nie tańczy, nie śpiewa, nie błyska światełkami. Po prostu odtwarza muzykę.

    O brzmieniu za chwilę. Tutaj nadmienię tylko, że kombinacja łączności Bluetooth z jackiem 3,5 mm i złączem RCA jest - moim zdaniem - w zupełności wystarczająca do zaspokojenia większości muzycznych potrzeb.

    Zarówno miłośnicy cyfrowych, jak i analogowych formatów będą mieli jak podłączyć się do Montereya. Ba, to właśnie dla tych ostatnich Fender zaaplikował gniazdo RCA, by móc podłączyć do głośnika np. gramofon z własnym przedwzmacniaczem. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak wspaniale brzmi winyl odtworzony przez ten głośnik, bo…

    Brzmienie ma w sobie analogowy czar, którego próżno szukać u konkurencji.

    Z reguły głośniki Bluetooth, nawet te najdroższe, najbardziej zaawansowane i najlepiej brzmiące, „trącą cyfrą”. To znaczy, że niezależnie od tego, jak dobrze by brzmiały, wprawne ucho wychwyci tę szczyptę cyfrowej kompresji i sztuczności, która dla większości z nas jest codziennością, ale dla miłośników analogu jest nie do przyjęcia.

    [caption id="attachment_583787" align="aligncenter" width="2000"] Po włączeniu głośnika wita nas przyjemny, gitarowy akord.[/caption]

    I z ogromną przyjemnością informuję, że w głośniku Fender Monterey po owej sztuczności nie ma śladu.

    Już pierwszy dźwięk, przyjemny gitarowy akord towarzyszący włączeniu głośnika, był dla mnie niemałym szokiem. Tak jak każda kolejna nuta przez niemal całą playlistę testową.

    Dwa przetworniki szerokopasmowe i dwa tweetery napędzane przez 120W wzmacniacz mają w sobie prawdziwie analogowy pazur. Płynące z nich brzmienie jest czyste jak kryształ, naturalne, tak po analogowemu… ciepłe. Tak, ciepłe to najlepsze słowo, by opisać brzmienie głośnika Fender Monterey.

    Słychać to szczególnie w utworach gdzie dominuje gitara. Jeśli słuchasz na co dzień bluesa, rocka, hard-rocka, czy innych odmian gitarowego grania, zakochasz się w Fenderze Monterey.

    Klarowność brzmienia instrumentów strunowych jest niesamowita. Monterey brzmi tak, jak brzmią rasowe, klasyczne, lampowe wzmacniacze – słychać w nim każdy niuans, każdą zmianę w dynamice kostkowania, każdy ślizg palców po strunie. Coś pięknego.

    Monterey spisuje się też całkiem nieźle w innych gatunkach muzyki popularnej. Czyściutkie góry śpiewają w utworach popowych; środek pasma doskonale uwydatnia linie melodyczne funku i jazzu. Nawet słuchając cięższych brzmień, od Metallicy po Alter Bridge, nie mogłem niczego zarzucić klarowności brzmienia, jaką daje Fender Monterey.

    [caption id="attachment_583796" align="aligncenter" width="2000"] Przełącznik Shape podbija częstotliwości.[/caption]

    Dla niektórych wadą może być fakt, iż Monterey najlepiej brzmi, gdy jest głośny. Naprawdę głośny. Im ciszej gra, tym mniej w jego brzmieniu tego ciepła i klarowności, którą tak dobrze słychać przy wyższym natężeniu dźwięku. Jeśli macie nadwrażliwych sąsiadów, lepiej odpuścić ten zakup.

    Pewne niedostatki wychodzą też po puszczeniu przez głośnik muzyki orkiestralnej. Niestety, Fenderowi nie udało się oszukać fizyki i Monterey nieco zawodzi rozpiętością sceny muzycznej. Dźwięk jest nieco ściśnięty i brakuje mu tej samej otwartości, którą słychać w utworach rockowych. Brzmienie z niewielkiego, drewnianego pudełka zawsze pozostanie brzmieniem z niewielkiego, drewnianego pudełka.

    Monterey zdecydowanie nie przemówi też do fanów tłustych beatów. Bas jest co prawda przyjemnie selektywny i pełny, ale żeby go dobrze słyszeć, trzeba odkręcić pokrętło tonów niskich co najmniej na 8-9. Nawet na 10 bas nigdy nie jest przeważający, co jest dobre w większości przypadków, ale złe, jeśli słuchamy hip-hopu, elektroniki, czy innego dubstepu.

    Nie oszukujmy się jednak, miłośnicy tych gatunków nigdy nawet nie spojrzą na Fendera Monterey. Fani muzyki klasycznej zapewne też nie. Fender Monterey to głośnik dla tych, którym w duszy grają gitary. I oni pokochają ten produkt.

    Miłośnicy klasyki zakochają się też w wyglądzie i jakości wykonania Fendera Monterey.

    Nie przesadzę, jeśli powiem, że Fender Monterey to najlepiej wykonany głośnik Bluetooth w swojej klasie. Waży blisko 7 kg, choć wymiary ma dość kompaktowe (34,3 x 13,2 x 24,76 cm). I jest to masa usprawiedliwiona zastosowanymi materiałami.

    Obudowa Montereya wykonana jest z drewna, nie żadnego plastiku. Górny panel to czyste aluminium, podobnie jak przełącznik on/off. Tworzywa sztuczne znajdziemy dopiero na pokrętłach, które są jednak tak solidne, jak te w topowych wzmacniaczach gitarowych firmy.

    [caption id="attachment_583788" align="aligncenter" width="2000"] Pokrętła są sztywne i rewelacyjnie wykonane.[/caption]

    No grill pokrywający przetworniki jest jak żywcem wyjęty z Fendera Blues Junior, albo któregoś z Deluxe Reverbów.

    Fender wzorował swoje głośniki na klasycznych wzmacniaczach z 68 roku. I to widać. Fender Monterey jest na wskroś analogowy. Na pierwszy rzut oka można go wręcz pomylić z jednym ze wzmacniaczy firmy, tak bardzo je przypomina.

    Z tego też względu wizualnie nie będzie pasował do każdego wnętrza, a już na pewno nie do modernistycznego, przesiąkniętego technologią salonu.

    Za to ci, którym nie przeszkadza jego vintage’owy charakter i wygląd, z pewnością znajdą dla niego miejsce. Gdzieś na widoku, gdzie będą mogli często rzucać na niego okiem.

    Fender Monterey czy Fender Mustang GT40?

    Tym z czytelników, którzy sami grają na gitarze, pewnie chodzi teraz po głowie pytanie – skoro mam wydać 1500 zł na głośnik, to czy nie lepiej kupić po prostu Fendera Mustanga GT40?

    Mustang GT40 to cyfrowy wzmacniacz gitarowy, który nie dość, że kosztuje mniej od Montereya, to jeszcze oprócz podłączenia gitary oferuje możliwość słuchania muzyki przez Bluetooth. Ale czy to znaczy, że jest lepszy?

    Kategorycznie mówię – nie. Fender Mustang GT40 to wspaniały wzmacniacz treningowy dla gitarzystów, ale jeśli chodzi o odtwarzanie muzyki, nie umywa się do Fendera Monterey. To po prostu inna liga.

    Szkoda, że tak niewiele osób przekona się, jakie to dobre.

    Nie mam złudzeń – Fender Monterey, szczególnie w Polsce, hitem sprzedażowym nie będzie. Dla większości konsumentów, nawet tych, którzy ślinią się na jego widok, oferuje po prostu za mało za zbyt wysoką cenę.

    A szkoda, bo to naprawdę kapitalny produkt. Jeden z najprzyjemniej brzmiących głośników, jaki kiedykolwiek trafił w moje ręce.

    Szkoda, że tak wiele osób się o tym nie przekona. Ale z drugiej strony… to tylko czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym. To naprawdę głośnik dla ludzi, którzy szukają odrobiny analogu w cyfrowym świecie.



    Głośnik dla tych, którym w duszy grają gitary

    0 0

    John Gruber - bloger guru w blogosferze apple’owskiej - odkrył, dlaczego przeglądarka Safari ma niskie udziały w rynku i dlaczego nawet użytkownicy Maków w dużej części wolą Chrome’a.

    Otóż chodzi o brak obsługi… faviconów przez Safari.

    I wiecie co? Ja się z tą oceną zgadzam. To jest dokładnie jeden jedyny, fundamentalny powód dlaczego zamiast przeglądarki Safari używam przeglądarki Google’a.

    Generalnie jest tak:

    - Safari jest znacznie szybsza na Makach od Chrome’a,
    - Safari jest lepiej zaprojektowana od Chrome’a pod kątem usability,
    - Safari jest znacznie lżejszą przeglądarką od Chrome’a,
    - Safari pozwala pracować na baterii znacznie dłużej, niż Chrome.

    To są wszystko potężnie istotne argumenty. Jedyny argument za Chrome’em jest właśnie obsługa faviconów na kartach przeglądarki i ten powód jest przeważający. U mnie i u tysięcy innych użytkowników Maków, co raportuje Gruber.

    Favicony są fundamentalnie ważne dla tych, którzy korzystają naraz z wielu kart przeglądarki, czyli większości z nas. Nie tylko pozwalają na szybką identyfikację odpowiedniej karty lecz przede wszystkim czynią pracę w przeglądarce efektywniejszą, mniej męczącą, przyjemniejszą. Poza tym, z faviconami przeglądarka wygląda lepiej.

    Naprawdę trudno znaleźć jakikolwiek argument za tym, by nie pokazywać kolorowych faviconów w Safari. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie apple’owe bullshity o „czystości, prostocie, ujednoliceniu wyglądu w całym systemie operacyjnym”, to - jak słusznie zauważa Gruber - kolorowe favicony stanowiłyby właśnie świetne uzupełnienie wyglądu współczesnego MacOS.

    PS Nie, przypięte karty w Safari nie rozwiązują problemu.



    Dosłownie jedna funkcja dyskwalifikuje Safari

    0 0
    0 0
  • 08/12/17--10:52: Obama na Marsie
  • Zapomnijcie o rzekomej kontrowersji związanej z miejscem urodzenia Baracka Obamy. Ten człowiek (dla wielu - wcielenie Szatana) ma do ukrycia o wiele większe tajemnice!

    W rzeczywistości Barack już od młodości był przygotowywany do roli prezydenta. Został wtajemniczony we wszystkie sekrety, a w wieku 19 lat odbył podróż na Marsa. Amerykanie posiadają od wielu lat możliwość podróży na Marsa, a odbywa się to za pomocą tajnych pomieszczeń przeskoku (ang. jump rooms), dzięki którym teleportują się bezpośrednio na Czerwoną Planetę.

    Przy tych rewelacjach doniesienia o drobiazgach typu planowana depopulacja Ziemi za pomocą fluoru w paście do zębów, ogłupianie ludzi za pomocą rozpylanych z samolotów chemikaliów, czy planowany zakaz hodowli warzyw w przydomowych ogródkach za pomocą przepisu o nazwie codex alimentarius to naprawdę drobiazgi.

    Gdzie można o tym wszystkim przeczytać? Na stronach oferujących alternatywne wiadomości.

    Strony te pojawiają się ostatnio jak grzyby po deszczu i oferują dostęp do wiadomości o świecie widzianym z zupełnie nowej strony. Dla niektórych to jedyne lub główne źródło informacji. Każdy fakt znajdziemy tam jak odbity w krzywym zwierciadle, każde wydarzenie na świecie pokazane jako wynik spisku lub zmowy wielkich, rządzących światem zza kulis sił.

    Internet pozwolił każdemu zbudować sobie własną bańkę, z której może on całymi latami nie wychodzić.

    Czytając jedynie strony zgodne z naszymi poglądami, nie wyobrażamy sobie, że świat może wyglądać inaczej. To właśnie internet pozwolił każdemu być publikującym autorem i dziennikarzem. Z pojęcia dziennikarstwo obywatelskie byliśmy nawet dumni - na pewno zwiększy to świadomość i bezpieczeństwo! Niestety, okazało się, że uwypukla i wzmacnia również oszołomstwo. Do tego zazwyczaj przyjmują teksty jak leci - każdy może ich trollować dowolnie zwariowanym tematem i prawdopodobnie zostanie opublikowany. Często też mają swoje drugie dno: strony o zbliżającej się światowej wojnie i zatruwaniu nas przez koncerny farmaceutyczne mają swój sklepik, gdzie możemy kupić sprzęt do survivalu i specjalne naturalne witaminy oraz hit środowisk alternatywny: srebro w tabletkach. Po prostu czytelnik zdał już jeden egzamin - okazał się być łatwowierny, tym łatwiej mu coś sprzedać?

    Dlaczego ludzie wchodzą na takie strony i je czytają, wierząc im w ich interpretację świata?

    Jest kilka przyczyn:

    • Świat jest złożony. Ogarnięcie przyczyny wydarzeń nie jest łatwe - zazwyczaj wyjaśnienie obejmuje politykę, finanse, sytuację geograficzno-historyczną. Alternatywne strony z wiadomościami dają łatwe wyjaśnienie, które można streścić w jednym zdaniu - i już wiadomo, kto, za czym stoi.
    • Nasze mózgi lubią symetrię i wzorce. Podoba nam się, gdy ktoś poda nam na tacy wyjaśnienie łączące pozornie niepowiązane ze sobą zdarzenia.
    • Przemawiają do niskich instynktów. Wzbudzają poczucie zagrożenia, wskazują wroga, pokazują ukryte zło. To recepta na sukces.

    Początkowo chciałem podać kilka przykładów, na nawet listę top 5 najbardziej odjechanych stron z alternatywnymi wiadomościami, ale potem uznałem, że nie ma to sensu. Ci, którzy nie potrafią odróżnić rzetelnych źródeł wiadomości i tak będą je czytać. Zauważcie, że nie napisałem bezstronnych - bo dopóki wiadomości pisane są przez ludzi, nie są one nigdy bezstronne. Powinniśmy nauczyć się wyciągać wnioski na podstawie wszystkich dostępnych źródeł - nie zamykając się na jeden pogląd na dane wydarzenie. Nie bez znaczenia jest umiejętność odgadnięcia, czy źródło jest wiarygodne - czy próbuje wpłynąć na nasze poglądy, coś nam przy okazji sprzedać, albo jednostronnie interpretuje wydarzenia? To może powinniśmy poszukać informacji o tym samym, w innym źródle.

    Czytaj również:



    Obama na Marsie

    0 0

    Nastał ten dzień. Po pięciu miesiącach i 153 zdjęciach nasza wspólna akcja fotograficzna prowadzona z Samsungiem dobiegła końca. Będzie mi jej brakować!

    Aż trudno uwierzyć, że właśnie mija pięć miesięcy od rozpoczęcia projektu fotograficznego prowadzonego z Samsungiem na łamach Spider's Web i Tookapic. Przez ten czas codziennie dzieliłem się z wami jednym zdjęciem, które zrobiłem danego dnia nowym Samsungiem Galaxy A5. W tym czasie opublikowałem aż 153 zdjęcia!

    Dziś wypada ostatni dzień naszej wspólnej akcji. Z jednej strony jestem niesamowicie zadowolony z tego, że udało nam się zrealizować projekt na poziomie, o którym przed startem nikt nie mógł marzyć. Z drugiej strony czuję… smutek. Będzie mi brakować tej akcji.

    To była wyjątkowa akcja. Z wielu względów.

    Nasz projekt miał udowodnić, że smartfon może się sprawdzić w roli codziennego aparatu.

    Samsung zaskoczył mnie w kilku kwestiach. Po pierwsze, wybrał do akcji smartfon ze średniej półki, mimo że dysponuje urządzeniami droższymi, które są wyposażone w lepsze aparaty. To pokazuje, że producent jest pewien swoich produktów.

    Po drugie, miałem absolutną dowolność w kwestii realizacji projektu. Żadnej narzuconej tematyki, czy stylistyki. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę wielka rzadkość. Ostatnia afera z Tigerem pokazała, co dzieje się w momencie, kiedy czujność producenta zostaje uśpiona. Dlatego jestem pełen uznania, że Samsung zostawił mi całkowitą swobodę twórczą.

    Po trzecie, cieszy mnie fakt, że Samsung postawił na realizację projektu w polskim serwisie Tookapic. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od idei stojącej za Tookapikiem, czyli publikowaniem jednego zdjęcia każdego dnia. Świetnie, że ta idea nie została w żaden sposób zatracona po przejściu przez ogromną korporacyjną machinę.

    W końcu po czwarte, wszystkich nas zaskoczyło ogromne zainteresowanie, jakim cieszył się projekt. Niemal każdego dnia tekst towarzyszący zdjęciu znajdował się w top 5 najczęściej czytanych wpisów na Spider's Web, za co bardzo wam wszystkim dziękuję.

    Project był bardzo wymagający.

    Nowe zdjęcie musiało pojawić się każdego dnia, bez taryfy ulgowej. Co więcej, musiało to być zdjęcie wykonane tego konkretnego dnia. Nie było łatwo, bo przez pięć ostatnich miesięcy działo się bardzo dużo, zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym. Udało mi się jednak zachować ciągłość projektu, bez opuszczenia choćby jednego dnia. Jestem z tego naprawdę dumny.

    Projekt był wymagający także ze względu na… odbiorców. Zdjęcia były widoczne na stronie głównej Spider’s Web, przez którą każdego miesiąca przechodzi kilkumilionowa publika. To sprawia, że musiałem zawiesić sobie poprzeczkę najwyżej, jak tylko mogłem.

    Czego nauczyłem się przy projekcie?

    Przede wszystkim jeszcze mocniej wykształciłem w sobie nawyk chwytania za aparat. Kiedy zobaczyłem ładne światło, ciekawy kadr, czy nietypową sytuację, moją pierwszą myślą było to, by zdążyć ze zrobieniem zdjęcia. Jedna przegapiona sytuacja mogła spowodować, że danego dnia nie miałbym ciekawego zdjęcia do pokazania.

    Jeśli miałbym wymienić jedną rzecz, której uczy projekt na Tookapic, byłby to właśnie instynkt chwytania za aparat. Myślenie kadrami.

    Jak mawiał mistrz Ansel Adams: „dwanaście świetnych fotografii w roku to wspaniały plon”.

    Nie ze wszystkich zdjęć jestem dumny. Były dni, kiedy nie miałem czasu na wyjście w plener, żeby złapać kilka kadrów. W takich sytuacjach musiałem zrobić „coś z niczego”. Kilka razy robiłem zdjęcie dopiero po godzinie 23.

    Przez tak długi czas forma zmienia się niczym sinusoida. Ma to swoje zalety, bo w okresach największej kreatywności udało mi się stworzyć zdjęcia, z których jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony.

    Kończymy wspólną akcję z Samsungiem, ale mój projekt na Tookapic nie umiera. Będę go prowadził dalej, całkowicie prywatnie i od jutra już nie tylko przy użyciu smartfona. Mam zamiar wytrwać przy projekcie (przynajmniej!) przez cały rok. Brakuje mi do tego jeszcze 131 zdjęć. Jeśli jesteś ciekaw kolejnych kadrów, zapraszam na mój profil na Tookapic.



    To już koniec mojego projektu „Złapane smartfonem”

    0 0

    Płatności w Internecie powinny być szybkie, intuicyjne i bezpieczne. I właśnie taki jest BLIK, który rozszerzył niedawno swoją usługę płatności w internecie o tzw. One Click. Jak sama nazwa wskazuje, pozwala ona na dokonywanie zakupów przy pomocy jednego kliknięcia bez konieczności przepisywania kodu BLIK.

    Zakupy w Internecie cieszą się coraz większą popularnością. Według raportu E-Commerce w Polsce 2016 aż 48 proc. polskich internautów kupowało już w sieci. Ten sam raport mówi, że osoby, które nie decydują się na tego typu zakupy, najczęściej robią to z dwóch powodów. Jeden to obawy o bezpieczeństwo, zaś drugi to zbyt trudny proces przeprowadzania płatności.

    https://www.youtube.com/watch?v=oevFOP5pV04

    Jakich sposobów płatności w Internecie obecnie używamy?

    Najpopularniejsza forma płatności w polskiej części Internetu to szybkie przelewy. Przed ich wprowadzeniem płacenie przez Internet było bardzo uciążliwe i konieczne było każdorazowe przepisywanie wszystkich danych sklepu. To było wyjątkowo czasochłonne, trudne i irytujące. Absolutnie nie dziwi mnie, że duża część osób wolała wówczas po prostu wybrać się do fizycznego sklepu i kupić towar w klasyczny sposób.

    Szybkie przelewy to znacznie prostsze rozwiązanie, ale… nie tak proste, jak może się wydawać. Osoby, które zdążyły się z nim zaznajomić, nie zawsze to dostrzegają. Do wykonania takiego przelewu konieczne jest bowiem podanie loginu oraz hasła, sprawdzenie danych sklepu i potwierdzenie transakcji kodem. O wiele łatwiejsza jest płatność kartą. W wielu sklepach wystarczy przepisać dane karty, ewentualnie zapisać ją i… gotowe. Płatność wówczas dokonuje się automatycznie, bez jakichkolwiek problemów i poradzi sobie z nią absolutnie każdy.

    Jest to jednak dosyć ryzykowne rozwiązanie. Co się stanie, jeżeli właściciel karty ją po prostu zgubi? Wówczas szczęśliwy znalazca będzie mógł skorzystać z niej na Amazonie lub w jednym z chińskich sklepów internetowych. Odzyskanie pieniędzy w takiej niefortunnej sytuacji jest możliwe, ale będzie kosztowało naprawdę sporo nerwów oraz czasu. By lepiej pokazać, na czym polegają oba sposoby płatności, nagraliśmy dwie scenki rodzajowe prezentujące, jak wyglądałyby one w świecie realnym. By je zobaczyć, obejrzyjcie film.

    Dobry sposób płatności powinien być zatem zarówno bezpieczny, jak też prosty w obsłudze.

    BLIK One Click

    I taki właśnie okazał się BLIK, w którym cała płatność sprowadza się do przepisania 6-cyfrowego kodu z aplikacji i potwierdzeniu transakcji kodem PIN w aplikacji mobilnej banku. Teraz ten bardzo prosty sposób płatności stał się jeszcze łatwiejszy. Jest to zasługa metody jednego kliknięcia tzw. One Click, która pozwala na zatwierdzanie zakupów bez przepisywania kodu BLIK.

    Polacy stworzyli prawdopodobnie najlepszą metodę płatności w Internecie. Oto Blik One Click.

    Jak to możliwe? Gdy robimy zakupy w danym sklepie, podczas procesu płatności możemy zapamiętać go (tak to działa w Multikinie oraz Wspieram.to) lub używaną przeglądarkę (tak to działa m.in. w Zalando). Dzięki temu podczas kolejnej transakcji dokonywanej w tym samym sklepie lub przeglądarce konieczne będzie wykonanie wyłącznie jednego kliknięcia i potwierdzenie płatności za pomocą PIN-u w aplikacji mobilnej banku na telefonie. Nowa funkcja jest dostępna w Banku Zachodnim WBK, ING Banku Śląskim, Millennium oraz mBanku.

    Polacy stworzyli prawdopodobnie najlepszą metodę płatności w Internecie. Oto Blik One Click.

    Niebawem One Click z całą pewnością zdobędzie ogromną popularność ze względu na łatwą obsługę. W końcu tak samo było z innymi funkcjami BLIK-a, takimi jak przelewy na numer telefonu czy wypłata pieniędzy z bankomatu bez karty. Kiedyś były one dostępne w niewielu punktach, a dziś są dostępne niemal wszędzie, zdobywają coraz większą popularność, a wiele osób nie wyobraża sobie bez nich życia. Jestem przekonany, że One Click odbędzie podobną drogę i niebawem zostanie wdrożony wszędzie tam, gdzie dostępny jest BLIK. Czyli praktycznie wszędzie.



    Polacy stworzyli prawdopodobnie najlepszą metodę płatności w Internecie

    0 0

    Bitcoin przebił kolejną magiczną granicę - 4 tys. dol. Rosną też inne kryptowaluty, ale ja spodziewam się korekty. Wcześniejsze wzrosty zawsze kończyły się spadkami.

    W niedzielę rano 1 bitcoin kosztował nawet ponad 4200 dol.

    To nie jedyny rekord, jaki pobiła najpopularniejsza kryptowaluta. Po raz pierwszy 24-godzinny wolumen transakcji (wszystkie bitcoiny, które zmieniły swoich właścicieli) przekroczył 3 mld dol.

    Hossa trwa również na rynkach innych kryptowalut. Rośnie Ethereum, Dash i IOTA (waluta dla internetu rzeczy). Kapitalizacja wszystkich kryptowalut także przebiła swoje wcześniejsze maksima. Obecnie wynosi ona 137 mld dol., czyli o 11 mld dol. przebiła wcześniejszy rekord sprzed 3 dni.

    Skąd biorą się wzrosty na rynku Bitcoina?

    Na wolnym rynku są dwie siły kształtujące cenę. To popyt i podaż. Podaż bitcoina jest stymulowana algorytmicznie. Co 10 minut do sieci trafia 12,5 bitcoina, jako nagroda za potwierdzanie transakcji dla górników. Pozostała część podaży to oczywiście wszystkie oferty sprzedaży wystawione na giełdach.

    Przy niezmiennej podaży i wzrastającej cenie możemy łatwo założyć, że wzrósł popyt, czemu nie można się dziwić. W miarę jak media coraz szerzej i głośniej rozmawiają o bitcoinie, coraz więcej osób interesuje się tym rynkiem i właśnie tam chce zainwestować swoje środki.

    Do kryptowalut przekonują się również szefowie dużych firm - CEO Nvidii jest zdania, że kryptowaluty w przyszłości staną się "dużą rzeczą". Jeszcze dalej idzie Bank of America, eksperymentując z łańcuchem bloków. Przed weekendem instytucja ta wystąpiła o przyznanie 20 blockchainowych patentów.

    Wzrostowi pewności na rynku bitcoina pomogła również umiarkowana porażka forka w postaci Bitcoin Cash.

    W świecie, gdzie coraz więcej ludzi chce się zajmować kryptowalutami, wzrost ich ceny jest nieubłagany.

    Jak długo i do jakich wartości będzie rósł Bitcoin? To już nieco wróżenie z fusów, ale przyjrzyjmy się przewidywaniom:

    • 100 000 dol. w ciągu 10 lat - autorem jest pracownik Saxo Bank, który przewidział wzrost ceny bitcoina do 2 tys. dol. w 2017 roku. Według niego rynek obrotu kryptowalutami będzie w przeciągu dekady stanowił 10 proc. obrotu walutami fiducjarnymi.
    • 500 000 dol. do 2030 roku - tu we wróżkę zabawił się pierwszy inwestor Snapchata. Swoje przewidywania oparł o zwiększającą się grupę ludzi zainteresowaną kryptowalutami.

    Ja zaś jestem zdania, że:

    Jeśli inwestycja w bitcoina ma być długofalowa, to straty są bardzo mało prawdopodobne.

    A co z krótkim okresem? Bitcoin wciąż podlega dość dużym fluktuacjom, a historia nauczyła nas, że po osiągnięciu maksimum przychodzi korekta. Przyjrzyjmy się przykładom:

    Wiosna - lato 2011: 1 -> 30 dol. -> korekta

    bitcoin kurs

    Wiosna 2013: 10 -> 240 dol. -> korekta

     

    Jesień 2013: 100 -> 1200 dol. -> korekta

    Co prawda od 2013 roku minęło dużo czasu, ale historia lubi zataczać koła. Dlatego biorąc pod uwagę obecne wzrosty moje pytanie brzmi nie "czy przyjdzie korekta", a "kiedy przyjdzie korekta".



    Bitcoin jeszcze nigdy nie był tak drogi

    0 0

    Opera Max - najlepsza aplikacja do oszczędzania danych mobilnych - znika ze sklepu Google Play. Aplikacja przestaje być wspierana.

    Wszyscy wiemy, że Opera ma kilka rozwijanych równolegle przeglądarek mobilnych, ale Opera Max nie należy do takich aplikacji. Jest to - a raczej był - program, którego celem było oszczędzanie danych mobilnych.

    Z Opery Max korzystam od kwietnia 2017. W tym czasie aplikacja zaoszczędziła u mnie setki megabajtów danych mobilnych.

    Opera Max to darmowy VPN działający niezależnie od przeglądarki. Aplikacja była rozwijana od 2014 roku na Androidzie. Mały programik działał w tle i kompresował dane wykorzystywane przez inne aplikacje, w tym przez dowolne przeglądarki internetowe.

    Kiedy korzystamy z Chrome’a, YouTube’a, czy Spotify, dane są kompresowane przez Operę Max, dzięki czemu zużycie mobilnego internetu jest znacznie mniejsze.

    Niestety to już koniec oficjalnego wsparcia dla Opera Max.

    Jak podaje Opera na swoim blogu, aplikacja Opera Max jest właśnie usuwana ze sklepu Google Play, a do tego producent kończy rozwój aplikacji.

    Sama usługa będzie jeszcze przez jakiś czas dostępna dla obecnych użytkowników Opery Max. Jeśli dopiero dowiedziałeś się o tej aplikacji, nadal będziesz mógł pobrać plik .apk z nieoficjalnego źródła i korzystać z tego rozwiązania, ale tylko przez krótki czas. Opera informuje, że zamierza całkowicie zakończyć wsparcie dla tej usługi.

    Na szczęście dzięki nowym zasadom roamingu w Unii Europejskiej zamknięcie Opery Max nie będzie tak dotkliwe.

    Opera Max najbardziej przydawała się podczas zagranicznych wyjazdów, gdzie pomagała oszczędzić drogie paczki internetu w roamingu.

    Na szczęście czwórka głównych polskich operatorów komórkowych podporządkowała się nowym regulacjom Unii Europejskiej. Dzięki zasadzie Roam Like At Home możemy na wyjazdach korzystać z internetu bez dodatkowych opłat, choć limity danych są znacznie bardziej restrykcyjne niż w Polsce. Przy kilkudniowym wyjeździe raczej tego nie odczujesz, ale jeśli wybierasz się na dwutygodniowy urlop, Opera Max nadal mogłaby mocno pomóc.

    Zarząd Opery w moich oczach robi wszystkie karygodne błędy, by zniechęcić do siebie użytkowników.

    Dzisiejsza informacja tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie mogę zaufać Operze. Przeglądarki tego producenta (czy to mobilne, czy desktopowe) są dopracowane i mają wiele unikalnych rozwiązań, ale zupełnie zniechęca mnie polityka Opery. Projekty są regularnie zakopywane, przez co użytkownicy są zmuszani do ciągłych przesiadek na alternatywne przeglądarki.

    Nie pomaga też rozwarstwienie oferty. Na Androidzie znajdziemy kilka rozwijanych równolegle przeglądarek Opera. W tym kontekście dość zabawnie wypada tłumaczenie Opery odnośnie zamknięcia Opery Max. Producent twierdzi, że aplikacja zbyt mocno odbiega od sztandarowej działalności firmy. Zamiast rozwijać Max, Opera postanawia rozwijać swoje przeglądarki.

    Szkoda, bo Opera Max była jedyną aplikacją tej firmy, z której korzystałem.



    Koniec Opery Max. Firma rezygnuje ze swojej najlepszej aplikacji

    0 0

    Android O i kluczowe nowości.

    Android O nie jest być może najbardziej oczekiwaną wersją systemu mobilnego Google, ale z kronikarskiego obowiązku trzeba napisać, że prawdopodobnie zadebiutuje oficjalnie już za tydzień.

    Kilka tygodni temu Google wypuścił czwartą wersję Developer Preview Androida. Tymczasem znany z dostępu do wiarygodnych źródeł Evan Blass twierdzi, że najnowsza system Google zadebiutuje w finalnej wersji już 21 sierpnia. Jeżeli data podawana przez Blassa się potwierdzi, Android O pojawi się rok po Androidzie Nougat.

    https://twitter.com/evleaks/status/896191945701249024

    Co nowego w Androidzie O?

    Android O, nie będzie tym, czym był Android 5 Lollipop. To raczej ewolucja tego, co zobaczyliśmy w Androidzie Marshmallow i Nougat. Co oferuje nowy Android?

    Nowością jest modyfikacja systemu powiadomień. Wprowadzono tzw. Notification Dots, czyli system kropek informujących o zdarzeniach przy ikonach aplikacji. Oprócz tego powiadomienia będą grupowane w kanałach.

    Kolejna nowość to tryb Picture-In-Picture, który ma zapewniać podgląd filmu w małym okienku podczas wykonywania innych czynności. Okienko jest pływające, można zatem zmieniać jego położenie.

    Co jeszcze? Android ma bootować dwa razy szybciej niż dotychczas. Dzięki uczeniu maszynowemu system będzie sugerował, jaka aplikacja będzie najodpowiedniejsza, gdy zaznaczymy np. fragment tekstu w Gmailu. Android O to także, po raz kolejny, lepsze oszczędzanie energii. Jak? Poprzez priorytetyzację aplikacji działających w tle. System będzie też natywnie wspierał stworzony przez Sony kodek LDAC. Zapewnia on odtwarzanie dźwięku przy prędkości transmisji 990 kb/s.

    Zmiany nie są rewolucyjne. To po prostu szereg usprawnień mających poprawić interakcję użytkownika z systemem, jak i działanie systemu. Android O zadebiutuje na urządzeniach: Nexus 5X, Nexus 6P, Nexus Player, Pixel, Pixel XL oraz Pixel C.

    Nadal nie wiemy, jak będzie nazywał się nowy Android.

    Początkowo podejrzenia padały na Oreo. Znane markizy byłyby kolejnym po KitKatach produktem branży cukierniczej, którego marka miałaby własną wersję Androida. W ostatnim Developer Preview pojawił się jednak easter egg sugerujący, że nowy Android nosił będzie nazwę Octopus, czyli ośmiornica. Po parokrotnym kliknięciu wersji systemu w ustawieniach i wstukaniu odpowiedniej sekwencji na ekranie, zobaczyć możemy właśnie tego głowonoga.

    Jest jeszcze inna teoria. Android O to wersja systemu oznaczona numerem 8. Ośmiornica świetnie pasuje do tej numeracji. Nawet, jeśli średnio kojarzy się ze słodkościami lub deserem. Zresztą nic nie stoi na przeszkodzie, by zanurzyć ją np. w czekoladzie.

    https://www.youtube.com/watch?v=N_Z9eAPukQM

    Android O jeszcze długo będzie systemem widmo.

    A imię jego fragmentacja - parafrazując klasyka. Nie spodziewajcie się, że Android O szybko zagości na waszych urządzeniach. W sierpniu debiutująca rok temu wersja systemu Google osiągnęła wreszcie dwucyfrowy udział. Nie, nie było to 70 proc. Nawet nie 30. Android Nougat miał 13,5-procentowy udział w rynku. Podobnie będzie z Androidem O, jakkolwiek zostanie nazwany.



    W teorii finalna wersja Androida O już za tydzień, a w praktyce…

    0 0

    Google w końcu połączy dwie usługi streamingowe: YouTube’a Red i Google Music

    YouTube testuje właśnie nową funkcję, która pozwoli przewidzieć, jak popularne będzie dane wideo. To licznik osób oglądających film w danej chwili.

    Nasz czytelnik poinformował nas o nowej funkcji, którą zauważył w aplikacji YouTube’a na Androidzie. Jest to licznik pokazujący, ile osób ogląda film w tym samym momencie, co ty.

    Testy są prowadzone na wybranej grupie osób, która w tej chwili jest prawdopodobnie bardzo nieliczna. U siebie nie zauważyłem jeszcze tej nowości, ale potwierdza ją serwis Android Police, który również dostał informacje od swoich czytelników. Na razie Google nie pochwaliło się oficjalnie tą nowością.

    Licznik osób „w tej chwili ogląda” dostępny nie tylko dla filmów nadawanych na żywo.

    Dotychczas podobny licznik był widoczny tylko przy relacjach prowadzonych na żywo. W trakcie trwania takiej relacji zamiast łącznej liczby wyświetleń widzieliśmy licznik osób, które oglądają film w danej chwili.

    [caption id="attachment_583917" align="alignnone" width="1766"] Dotychczasowy licznik "w tej chwili ogląda" jest dostępny tylko w filmach nadawanych na żywo.[/caption]

    Po zakończeniu relacji licznik zaczynał działać standardowo, a więc pokazywał sumaryczną liczbę wyświetleń.

    Nowy licznik zastępuje dotychczasowy, co może być wielką zmianą w zasadach działania YouTube’a.

    W testach najbardziej zaskakujące jest to, że nowy licznik „w tej chwili ogląda” zastępuje dotychczasowy. Widzimy informację o tym, ile osób ogląda wideo razem z nami, ale nie widzimy, ile wyświetleń łącznie zebrało nagranie.

    Zamiana tych dwóch liczników byłaby ogromną zmianą w zasadach działania YuTube’a. Dotychczas użytkownicy wybierali filmy, które miały dużą liczbę odsłon, co widzę także po sobie. Kiedy szukam poradnika, najczęściej wybieram najpopularniejszy film, ponieważ zakładam, że duża liczba odsłon wzięła się z tego, że jest to sprawdzone wideo.

    Zastąpienie ogólnego licznika licznikiem „bieżącym” może spowodować, że YouTube będzie starał się promować nowsze filmy z mniejszą liczbą wyświetleń. Może to prowadzić do tego, że mniejsi twórcy będą mogli w łatwiejszy sposób dotrzeć do większej publiczności.

    Na razie Google nie potwierdza i nie zaprzecza.

    Testy trwają na wybranej grupie użytkowników aplikacji mobilnej i na razie nie wiemy, co z nich wyniknie. Jeśli widzicie u siebie nowości, podzielcie się screenami, a może razem uda nam się dowiedzieć czegoś więcej.



    Zauważyłeś zmianę w aplikacji YouTube’a?

    0 0

    Legendarne Pokemony w Pokemon GO Mewtwo

    Tyranitar nie jest już najsilniejszym stworkiem dostępnym w Pokemon GO. Przebił go Mewtwo, który kilka godzin temu oficjalnie zadebiutował w grze. Można go złapać w Japonii podczas wydarzenia Pokemon GO Stadium.

    [pokemongo-fb]

    Kim jest Mewtwo?

    Pokemon ten jest wytworem sztucznym, autorstwa Dr Fuji, naukowca zatrudnionego przez Giovanniego, szefa Team Rocket. Jego celem było stworzenie najsilniejszego pokemona na świecie. Fuji zgodził się wykonać to zadanie, ponieważ przy okazji chciał sklonować swoją zmarłą córkę, Amber. Dr Fuji stworzył łącznie pięć klonów: Bulbasurtwo, Charmandertwo, Squirtletwo, Ambertwo oraz Mewtwo. Proces klonowania mogły przetrwać wyłącznie najsilniejsze jednostki, więc pierwsze cztery klony umarły. Przeżył wyłącznie Mewtwo, który miał materiał genetyczny legendarnego pokemona Mew.

    Legendarne Pokemony w Pokemon GO Mewtwo

    Następnie był przechowywany w szklanej tubie, która podtrzymywała jego funkcje życiowe. Mimo że nie miał kontaktu ze światem zewnętrznym, potrafił telepatycznie porozumiewać się z pozostałymi klonami, które pokochał. Ich śmierć sprawiła, że pod wpływem furii pokemon ujawnił swoją prawdziwą moc i zniszczył laboratorium, w którym był przechowywany. Wtedy Giovanii przekonał stworka, by ten do niego dołączył. Wykonał  też dla niego specjalną zbroję, która pozwalała kontrolować jego energię. Pokemon brał udział w kolejnych pojedynkach i wygrywał je jeden za drugim. W międzyczasie znienawidził ludzi. Uważał, że zależy im wyłącznie na pieniądzach i potędze. Wtedy zdecydował się na ucieczkę...

    Jak zdobyć Mewtwo w Pokemon GO?

    Pokemon ten jest dostępny w rajdach 5 poziomu, które obecnie odbywają się wyłącznie na terenie Japonii, w Yokohamie. Nie wiemy jeszcze, czy pokemon ten pojawi się w innych miejscach, choć mamy na to ogromną nadzieję. Dowiemy się tego niebawem. Istnieje prawdopodobieństwo, że w innych regionach świata pokaże się jutro, dzień po wydarzeniu. Tak samo sytuacja wyglądała w przypadku debiutu Lugii, legendarnego ptaka.

    Jak silny jest Mewtwo?

    Początkowo Mewtwo miał mieć olbrzymie maksymalne CP (combat power) wynoszące około 4800 punktów. Ostatecznie jednak twórcy gry postanowili je zmniejszyć do poziomu 3982. Nie ma w tym nic dziwnego. Pierwotna wersja pokemona byłaby zbyt silna, przez co gra byłaby źle zbalansowana. Do tej pory najsilniejszym stworkiem w grze był Tyranitar, którego maksymalne CP to 3670.


    Inne znane statystyki nowego stworka to 300 punktów ataku, 182 punkty obrony oraz 192 punkty staminy. Przed złapaniem jego rajdowe CP będzie wynosić 49430 jednostek. Dla porównania, najmocniejszy do tej pory pokemon rajdowy, Lugia, miał w trakcie walki CP 42753. Do jego pokonania potrzeba było co najmniej 10 osób.

    Do walki z Mewtwo będzie trzeba zebrać sporą, 15-osobową grupę graczy. Bazowa szansa na złapanie Mewtwo to zaledwie 2 proc., czyli tyle samo, co w przypadku Lugii. Oznacza to, że używając złotej maliny i wykonując idealny podkręcony rzut, będzie można je zwiększyć co najwyżej do poziomu 16 proc. Złapanie go będzie naprawdę ogromnym wyzwaniem nawet dla bardzo doświadczonych trenerów.

    Mewtwo jest stworkiem typu psychicznego, dlatego podczas walki z nim warto używać ataków typu Dark oraz Ghost. Nie warto stosować przeciw niemu ataków typu Psychic i Fightning, ponieważ jest na nie częściowo odporny.

    [pokemongo]



    Przygotujcie się – do Pokemon GO trafił właśnie nowy, najpotężniejszy Pokemon

    0 0

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Xiaomi Roidmi 3s to najnowsza wersja transmitera FM, który miał zapewnić niespotykaną jakość audio. Czy tak jest w istocie? Zapraszam do recenzji.

    Średni wiek samochodu w Polsce to ok. 12–14 lat. Nawet jeśli masz młodsze auto, to niestety jest duża szansa, że jego radio nie jest dostosowane do realiów AD 2017.

    Duża część samochodów nie ma złącza aux, USB, ani łączności Bluetooth. W takich wypadkach można zapomnieć o odtwarzaniu muzyki ze smartfona czy pendrive’a. Pozostają tylko płyty CD, co w obecnych czasach staje się coraz większym problemem.

    Rozwiązaniem tego problemu są transmitery FM, w tym testowany dziś Xiaomi Roidmi 3s. To małe urządzonko, które wpina się do gniazda zapalniczki w samochodzie. Transmiter jest wyposażony w łączność Bluetooth i FM, dzięki czemu staje się łącznikiem między smartfonem a radiem. Zobaczmy, jak wygląda pierwsze uruchomienie urządzenia.

    Jak na sprzęt z Chin przystało, Xiaomi Roidmi 3s przyszedł do mnie w pogniecionym pudełku.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    W środku znalazło się urządzenie i ulotka z podstawową instrukcją, oczywiście po chińsku.

    Bez obaw, podłączenie jest banalnie proste, a gdyby ktoś miał problemy, powinien poradzić sobie patrząc na obrazki.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    A oto i on, najnowszy Xiaomi Roidmi. Wersja 3s różni się od 2s zmodyfikowaną wtyczką.

    Dzięki temu nowszy model jest uniwersalny i powinien zadziałać z każdym gniazdem zapalniczki. Starsza wersja Roidmi 2s nie działa w wielu autach, ponieważ wtyczka jest zbyt luźna.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Kod QR na naklejce kieruje nas na dziwną chińską stronę, która przekierowuje do sklepu Google Play. Niestety nie do tej aplikacji, do której trzeba.

    W Sklepie Play otwiera się aplikacja We Chat, a nas interesuje Roidmi Driver. Pobierzecie ją na Androida i iOS.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Wkładamy Roidmi do gniazdka zapalniczki. Migające światełko oznacza tryb parowania, a stałe oznacza udane połączenie. Jak widać, Roidmi 3s ma też dwa porty USB do ładowania (2,4A).

    Ciekawostka: kolor diody możemy zmienić w aplikacji. Samo urządzenie nie ma żadnego włącznika ani przycisków do obsługi. Kiedy włożymy je do gniazdka zapalniczki, włącza się automatycznie.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Po pierwszym włączeniu aplikacji Roidmi zostaniemy przekierowani do ustawień Bluetooth, gdzie musimy połączyć się z transmiterem.

    Roidmi 3s, w odróżnieniu od poprzednika, korzysta z nowszego standardu Bluetooth 4.2.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Kolejnym krokiem jest aktualizacja oprogramowania transmitera. Aplikacja informuje o całym procesie, a całość trwa kilkanaście sekund.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Przyszedł czas na najważniejszy krok, czyli ustalenie częstotliwości, na której nadaje Roidmi.

    Domyślnie jest to 96,4 MHz. Na taką samą częstotliwość musimy ustawić radio w samochodzie. Jeśli usłyszymy dźwięk, oznacza to, że wszystko zostało skonfigurowane poprawnie.

    Aplikacja nie jest niezbędna, ale daje dostęp do szeregu użytecznych opcji.

    Aplikacja pozwala m.in. na zmianę częstotliwości FM, w razie gdyby domyślna sprawiała problemy. Możemy też zmienić domyślną aplikację odtwarzacza, czy wybrać źródło dźwięku dla dzwonka.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Największe zaskoczenie? Automatyczne uruchamianie aplikacji w momencie włączenia silnika.

    Zdefiniowana wcześniej aplikacja (u mnie jest to Spotify) może się uruchamiać w momencie włączania silnika. Kiedy transmiter dostanie zasilanie, sam łączy się ze smartfonem przez Bluetooth, a na telefonie uruchamia się aplikacja, która automatycznie zaczyna grać ostatnio odtwarzany kawałek. Kapitalne rozwiązanie!

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    Dźwięk wydobywa się z głośników auta, a my możemy sterować głośnością poprzez pokrętła i przyciski w aucie.

    Xiaomi Roidmi 3s - recenzja

    A jak to właściwie gra? Tutaj mam mieszane odczucia.

    Faktycznie, Rodimi 3s jest najlepiej grającym transmiterem FM, z jakim miałem styczność. Nie było to jednak trudne zadanie, bo urządzenia tej kategorii nie grzeszą jakością dźwięku. Połączenie często się zrywa, a podczas odtwarzania słychać szumy i trzaski.

    W Xiaomi Roidmi 3s nic takiego nie ma miejsca. Połączenie jest stabilne i nie słychać żadnych zakłóceń. Niestety jakość audio odstaje od płyt CD (co jest dość oczywiste), a także od klasycznego radia. Muzyka brzmi o wiele lepiej, niż w innych transmiterach, ale trudno mówić o rozkoszowaniu się nią.

    Roidmi 3s na pewno sprawdzi się do umilenia jazdy w mieście, ale jeśli chcesz posłuchać dobrej muzyki w dłuższej trasie, nic nie zastąpi starej dobrej płyty CD.

    Mimo wszystko warto kupić Xiaomi Roidmi 3s.

    Urządzenie można zamówić z wielu chińskich sklepów. Ja zamówiłem je w cenie 16 dol. (jakieś 58 zł), przy czym wysyłka z Honkgkongu była wliczona w cenę. Produkt dotarł do mnie równo po czterech tygodniach.

    Jeśli zależy ci na czasie, możesz kupić Xiaomi Roidmi 3s w polskiej dystrybucji, ale musisz wydać więcej, ok. 80–90 zł. Z kolei jeśli kierujesz się ceną, możesz poczekać na promocje lub specjalne kupony zniżkowe. Widziałem już Roidmi 3s za 14 dol., ale takie polowanie wymaga czasu na śledzenie ofert i szybkiej reakcji, ponieważ z reguły okazje są chwilowe.

    Czy warto kupić Roidmi 3s? Tak, ponieważ rozwiązuje problem łączności w starszych autach, a do tego prawdopodobnie jest najlepszym transmiterem FM na rynku. Niestety jakość dźwięku nie jest idealna, co jest największą (i chyba jedyną) wadą transmitera Xiaomi.



    Spotify może zagrać nawet w starszym samochodzie

    0 0

    Polski czołg w końcu wjechał na pola bitew w bardzo popularnej grze World of Tanks. Jak się sprawuje w walce? Czy to dobry czołg? I czy warto go kupić? Odpowiadamy.

    Studio Wargaming - twórca gry World of Tanks - mówi oficjalnie, że Pudel to pierwszy polski czołg w WoT. Gracze jednak już od jakiegoś czasu grają maszynami z oznaczeniami Rudy 102, które również wydają się być polskie.

    Rudy w WoT to:

    Fikcyjny czołg T-34-85 z numerem taktycznym 102 służący w 1 Brygadzie Pancernej Wojska Polskiego stał się bohaterem polskiego serialu „Czterej pancerni i pies”. W rzeczywistości polska wersja czołgu T-34-85 była produkowana w latach pięćdziesiątych w Zakładach Mechanicznych Łabędy pod Gliwicami. Polski model był nieco zmodyfikowanym odpowiednikiem radzieckiej wersji z końca wojny - czytamy na stronach WoT.

    Zaś o Pudlu możemy przeczytać:

    Wariant czołgu Pz.Kpfw. V Panther Ausf. G, najliczniej produkowanej wersji niemieckiego czołgu Panther. Dwa niemieckie czołgi Panther Ausf. G zostały zdobyte przez polskie oddziały podczas Powstania Warszawskiego 2 sierpnia 1944 roku. Powstańcy namalowali na pojazdach barwy narodowe i różne emblematy, co ma odzwierciedlenie w grze. Jeden z czołgów został przezwany „Pudel” i był używany w walkach w mieście.

    Na czym polega różnica i dlaczego Pudel jest czołgiem polskim według Wargaming, a Rudy nie?

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Nie chodzi tu o konsekwencję w zachowaniu zgodności historycznej - tej na próżno szukać w World of Tanks. Twórcy gry zdecydowali przy wprowadzaniu Rudego, że fikcyjna maszyna zostanie przydzielona do drzewa technologicznego czołgów Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, ponieważ oryginalny T-34-85 był właśnie średnim czołgiem konstrukcji radzieckiej.

    Zaś przy premierze Pudla stwierdzono zapewne, że czołg, który służył Polakom w Powstaniu Warszawskim, które wybuchło przeciwko Niemcom, nie powinien znaleźć się w Niemieckim drzewie.

    Mamy tutaj z pozoru dwie podobne sytuacje. Oba czołgi są uważane przez Polaków za polskie, jednak w rzeczywistości tylko Pudel służył w boju. Rudy jest czołgiem fikcyjnym - bohaterem kultowego serialu.

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Podejrzewam jednak, że gdyby twórcy WoT najpierw dodali do rozgrywki Pudla, tworząc tym samym drzewo technologiczne czołgów polskich, to dodany później Rudy trafiłby tuż obok niego.

    Teraz niestety sprawa nie jest łatwa do odkręcenia - gracze, którzy kupili Rudego (czołg jest sprzedawany za złoto - wirtualną walutę, którą kupuje się za prawdziwe pieniądze) zdecydowali się na zapłacenie za czołg radziecki z radziecką załogą. Wymuszona zmiana Rudego na czołg polski miałaby w teorii wpływ na rozgrywkę i mogłaby zadziałać na szkodę osób, które go kupiły.

    Tyle tytułem wstępu i wyjaśnień. Teraz przejdźmy...

    Do czołgu!

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Jaki Pudel jest, każdy widzi. Czołg ma dość wiernie odwzorowane malowanie. Są polskie oznaczenia, jest szachownica, jest symbol Polski Walczącej, jest też podpis Pudel. Efekt jest taki, że w grze WoT Pudel nie ma sobie równych. Nie sposób pomylić tej maszyny z żadną inną, co po trosze rekompensuje fakt, że czołgu nie możemy przemalować nadając mu kamuflaż specyficzny dla danego terenu, w którym przyjdzie nam walczyć.

    Pudel jest czołgiem średnim, szóstego poziomu. Jego specyfikacja prezentuje się następująco:

    Siła ognia

    Obrażenia: 135 / 135 / 175 PW
    Penetracja: 150 / 194 / 38 mm
    Szybkostrzelność: 14,29 pocisków/min
    Uszkodzenia na minutę: 1 928 (PW/min)
    Czas celowania: 2,30 s
    Celność na 100 m: 0,35 m
    Pojemność amunicji 81 szt.

    Mobilność

    Masa i limit obciążenia: 44,23 i 48 t
    Moc silnika: 700 koni mechanicznych
    Moc na tonę: 15,82 koni mech./t
    Maksymalna prędkość: 55 km/h
    Prędkość obrotu: 30 stopni/s
    Prędkość obrotu wieży: 30 stopni/s

    Żywotność

    Punkty wytrzymałości: 840 PW
    Pancerz kadłuba: 85 / 50 / 40 mm
    Pancerz wieży: 100 / 45 / 45 mm

    Wykrywanie

    Zasięg widzenia: 370 m
    Zasięg sygnału: 710 m

    Jak to przekłada się na praktykę?

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Czołg zyskuje przy bliższym poznaniu. Początkowo miałem spore problemy i gra Pudlem wyglądała tak, że ginąłem w każdej walce. Wynikało to z tego, że bardzo dawno nie grałem czołgiem średnim na 6. poziomie. Dodatkowo mam małe doświadczenie w walce czołgami niemieckimi, a przecież pierwszy polski czołg jest klonem tamtych konstrukcji.

    Szybko załapałem jednak, o co chodzi i gra zaczęła nie tylko sprawiać sporo przyjemności, ale pojawiły się również niezłe rezultaty.

    Droga do nich nie była jednak usłana różami. Pudel nie ma zbyt dużej siły ognia, więc walki z czołgami wroga zwykle zajmują sporo czasu. Jeśli walczymy również z maszynami na 6. poziomie to przeważnie musimy kilka razy trafić przeciwnika zanim poślemy całą jego załogę do piachu. Podobnie działa to w drugą stronę - przy walce na tym samym poziomie Pudel jest w stanie przyjąć kilka strzałów zanim wrócimy do garażu.

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Trudniej robi się, gdy gra rzuci nas do drużyn, w których sporo jest czołgów na 8. poziomie. Z takimi przeciwnikami Pudel nie radzi sobie za dobrze i często gra wymaga od nas, abyśmy byli wsparciem dla silniejszych kolegów. Tutaj odczuwalna są jednak spore zalety Pudla, czyli wysoka szybkostrzelność oraz duża liczba amunicji, którą mamy na pokładzie. Dzięki temu możemy walić we wroga ze wszystkich sił pociskami przeciwpancernymi oraz przełączać się na odłamkowo-burzące, aby siać spustoszenie w załodze i modułach - przede wszystkim warto niszczyć gąsienice, co spowalnia ruch przeciwników i daje szansę mocniejszym czołgom z naszej drużyny na unicestwienie uziemionych celów.

    Działo Pudla jest nie tylko szybkie, ale również bardzo celne. Celowanie trwa krótko, a celowniczy potrafi posyłać pociski do celu nawet, gdy celownik nie jest w pełni skupiony. To sprawia, że gra jest bardzo dynamiczna.

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Szybkim potyczkom sprzyja również wysoka mobilność Pudla. Czołg jest szybki, sprawnie się obraca, a wieża potrafi nadążyć niemal za każdym celem. No chyba, że akurat w bliskiej odległości okrąża nas rozpędzony czołg lekki.

    Sporo do życzenia pozostawia jednak pancerz. Czołg od przodu jest w stanie blokować pociski o niedużej penetracji, aby zwiększyć jego wytrzymałość warto ustawiać maszynę pod kątem do wroga - zwiększa to odporność na penetrację na froncie oraz stwarza możliwość na rykoszetowanie pocisków lecących w boki.

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Nie oszukujmy się jednak, Pudel nie jest za bardzo wytrzymały i wiele strzałów oddanych w jego stronę kończy się zadaniem obrażeń. Tutaj z pomocą przychodzi jednak zachwalana już mobilność. Trzeba sporo się ruszać, nie wychylać za bardzo za wzniesień i grać bardzo dynamicznie. Wtedy są efekty oraz dodatkowe punkty za wykrywanie wrogów, których dosięgną później pociski naszych sojuszników.

    Pudel w WoT - warto kupić?

    Polskim Pudlem stoczyłem dziesiątki walk i jestem bardzo zadowolony z efektów. Gra sprawia sporo frajdy, a czołg jest niezłą maszynką do zarabiania srebra.

    Jeśli ktoś się waha i zastanawia, czy warto kupić tę maszynę i spróbować swoich sił w pierwszym czołgu z polskiego drzewa technologicznego, to powiem jedno: to właśnie na Pudlu pobiłem kilka własnych rekordów w World of Tanks.

    Pudel w WoT - czy warto kupić? Recenzja polskiego czołgu

    Dodatkowo grając Pudlem na zmianę z Lowe praktycznie zapomniałem, co oznaczają problemy z kredytami, a przy tym nie czuję nudy grając bez przerwy tym samym czołgiem premium.

    Mam zamiar doinwestować jeszcze Pudla. Na razie moja załoga pnie się w górę w statystykach, a na wyposażeniu czołgu dorobiłem się ulepszonej wentylacji, mechanizmu dosyłającego do dział średniego kalibru oraz powłoki antyrefleksyjnej. Planuję jednak przetestowanie kilku innych konfiguracji wyposażenia dodatkowego.

    Pudla wyceniono na 15,20 euro za maszynę oraz miejsce w garażu. Są również dostępne zestawy specjalne z Pudlem za 24,99 euro i 39,99 euro - oprócz czołgu znajdziemy w nich dodatkowe złoto, wyszkoloną załogę, rezerwy osobiste oraz inne bonusy.



    Poprowadziłem Pudla do zwycięstwa – test bojowy pierwszego polskiego czołgu w WoT

    0 0

    Uber Snapchat Filtry

    Snapchat wprowadził do swojej aplikacji nowy filtr, który zadowoli wszystkich fanów Pokemonów. Od dziś będą oni mogli wysyłać sobie snapy z Pikachu.

    Aby wyzwolić filtr trzeba przytrzymać palec na ekranie. Wówczas aplikacja przeanalizuje naszą twarz i pokaże wszystkie dostępne filtry. Nas interesuje ten czwarty z "elektrycznym szczurkiem". Tak wyglądają efekty: wyrastają nam żółto-czarne uszy, czarny nos i czerwone policzki.

    snapchat pikachu

    Otworzenie ust jak zwykle wyzwala akcję specjalną. Wówczas na arenie pojawia się sam Pikachu, który strzela błyskawicami po całym wyświetlaczu. Filtr jest miłym ukłonem w kierunku fanów Pokemonów. Biorąc pod uwagę demografię Snapchata, jest ich pewnie niemało.

    Czy pokemonowy filtr zatrzyma spadający kurs akcji?

    Wątpię, bo ze Snapem nie dzieje się dobrze. Tempo wzrostu liczby użytkowników wyhamowało. Ze Snapchata korzysta 173 mln osób, a to o dwa mln mniej niż przewidywali analitycy.

    Główny konkurent, czyli Instagram Stories radzi sobie zdecydowanie lepiej. Ma już 250 mln użytkowników. Wydaje mi się, że poza Stanami Zjednoczonymi walka o 24-godzinne statusy jest już rozstrzygnięta.



    Tonący brzytwy się chwyta, czyli Snapchat wezwał na pomoc… Pikachu

    0 0

    Kalendarz Google jest prawdopodobnie najbrzydszą rzeczą, jaką możecie znaleźć w internecie, oprócz rozmaitych fotorelacji z Przystanku Woodstock. Ale to się zmieni.

    Czasem naprawdę trudno jest mi zrozumieć gigantów świata IT. To znaczy, na swój sposób ich rozumiem - na takim kalendarzu w końcu nie zarabiają kroci i miło, że w ogóle go trzymają. Ale jednak utrzymywanie jego oprawy graficznej w standardach późnego XX-wiecza, firmom o pewnych aspiracjach po prostu nie przystoi.

    Wszystko wskazuje na to, że Google po wielu latach raczenia nas paskudnym, kompletnie nieprzejrzystym i bardzo trudnym w codziennym używaniu - przynajmniej dla estetów - kalendarzu, wreszcie zdecydował się na odświeżenie tej usługi. I to od razu do standardów Material Design. Material Design może nie jest najlepszą estetyką na świecie, ale swój urok ma, jest w miarę spójna i po latach estetycznego Bangladeszu w świecie od Gmaila po Androida fajnie, że ktoś w końcu decyduje się na ujednolicanie tych usług.

    Użytkownik serwisu Reddit o pseudonimie xDawnut dotarł już do nowej wersji oprawy graficznej Google Calendar, która wygląda dokładnie tak, jak zdecydowana większość usług sieciowych Google. Bez histerii, ale przynajmniej widać, że ktoś tutaj wykazał się zmysłem projektanta już po roku 2010. A to w świecie Google znaczy już naprawdę wiele i wcale nie jest codzienną praktyką.

    Okej. Ja wiem, ja rozumiem, że dla wielu z was Google Calendar to jest tylko narzędzie.

    Ale choćby wielki globalny sukces firmy Apple pokazuje, że jest jeszcze cała grupa osób, które przywiązują dużą sprawę do estetyki oprogramowania. I świadomość tego, że odpalając Google Calendar już niebawem nie będę musiał męczyć się z mentalnym, cyfrowym odpowiednikiem Gracjana Roztockiego, bardzo poprawia mi humor.

    W nowej wersji usługi udało się połączyć w mojej ocenie prostotę i funkcjonalność, z jednoczesnym podrasowaniem wyglądu do etapu, który można by było nazwać przynajmniej przyzwoitym. No i sam Google nie zrobił w zasadzie nic ponadto - nie napracowali się przy tej zmianie, aż zastanawiające, że tyle czasu im zajęła. Nowy wygląd powinien z czasem aktywować się u wszystkich użytkowników. Póki co otrzymali go wybrańcy, którzy wcześniej zapisali się na takie atrakcje.



    Kalendarz Google to najbrzydsza rzecz w internecie

    0 0

    Zaciekawiony oferowanymi ostatnio prywatnymi (konsumenckimi) testami DNA, postanowiłem sam spróbować. Na początku musiałem wybrać, gdzie zamówię test.

    W procesie wybierania testu genetycznego musiałem wziąć pod uwagę przede wszystkim, czy dana firma wysyłała testy do Polski. Niestety, wiele z nich wciąż obsługują głównie USA, Kanadę, a z Europy zazwyczaj jedynie Wielką Brytanię i Niemcy.

    Jedną z firm, która oferowała swoje usługi na terenie naszego kraju był Ancestry DNA. Drugą był założony przez żonę znanego z Google Sergeya Brina Anne Wojcicki 23 And Me.

    Druga strona, która dociera ze swoją ofertą do naszego kraju, była Ancestry. Ancestry to strona która już od wielu lat pomaga ludziom znajdować dane o swojej rodzinie i organizować swoje badania genealogiczne. Nic więc dziwnego, że postanowili rozszerzyć swoją ofertę o dodatkową usługę badań DNA.

    Po przyjrzeniu się ofertom obu firm, okazało się niestety zakup test od 23 And Me jest bardzo drogi. Sam test był droższy niż w Ancestry a do tego wysyłka do Polski kosztowała dodatkowe kilkadziesiąt dolarów. Zdecydowałem się więc na zakup testu w Ancestry.

    Test zamówiłem 6. marca. Wkrótce potem został wysłany.

    Mogłem obserwować postępy wysyłki na stronie. Moja przesyłka odwiedziła m.in. Istanbuł.

    Test pojawił się u mnie 8. kwietnia więc po około miesiącu.

    Zawierał instrukcje oraz specjalną probówkę z aktywatorem, do której musiałem napluć, a następnie zgnieść aktywator, aby dostał się do zebranej w probówce śliny. Była to niebieska substancja, która konserwowała próbkę. Wszystko przypominało specjalną strzykawkę, a aby ułatwić mi plucie, był nawet specjalny lejek. Wyprodukowanie takiej ilości śliny wcale nie jest łatwe.

    [gallery link="file" ids="582676,582677,582678,582679,582680,582681,582682"]

    Test miał unikalny kod, który należało aktywować i od tej chwili był przypisany do mnie.

    Test zawierał w środku tekturowe pudełko, które należało oddać na poczcie - miało już opłaconą wysyłkę zwrotną. Trochę się obawiałem, czy rzeczywiście przesyłka dotrze…

    Ale w końcu dotarła, co napisano mi 1. czerwca. Nie mam pojęcia czy rzeczywiście tak długo podróżowała pocztą, czy też trafiła do jakiejś sortowni w laboratorium Ancestry.

    Niestety, nie od razu zajęto się moją próbką. Ustawiła się ona w kolejce na kolejnych kilka tygodni. Rozpoczęcie pracy laboratoryjnej nastąpiło dopiero 27. czerwca.

    Od rozpoczęcia analizy poszło już z górki, bo wyniki pojawiły się już 6. lipca.


    Jak widać, większość zabawy z testami DNA to po prostu czekanie na kolejne etapy. Na szczęście Ancestry na swojej stronie informuje, na jakim etapie jesteśmy. Dodatkowo, mogłem sobie uprzyjemnić czas oczekiwania wypełniając przygotowane przez firmę ankiety. To jest część własnego projektu badawczego Ancestry - próbują oni weryfikować ciągi genów, które mogą odpowiadać za różne nasze cechy i upodobania.

    A co było w wynikach i co zrobiłem w plikiem w którym zapisane były moje informacje DNA? O tym napiszę w kolejnym tekście.



    Jak zrobić sobie test genetyczny? Ja zrobiłem to tak

    0 0

    GOG.com przygotowało świetną ofertę. Wszyscy zalogowani użytkownicy tej platformy mogą zdobyć Deadlight: Director's Cut zupełnie za darmo. Warto się pofatygować i wykonać te dwa kliki.

    Swojego czasu byłem naprawdę zafascynowany Deadlight: Director's Cut. To jedna z niewielu gier platformowych, które posiadają oznaczenie PEGI 18+. Tytuł jest adresowany wyłącznie do pełnoletnich odbiorców. Nawet pomimo dwuwymiarowego środowiska oraz nieco uproszczonej warstwy wizualnej, w produkcji znalazło się wiele dosadnych, brutalnych treści. Dlatego gracze bez dowodu osobistego nie powinni dodawać tej pozycji do swoich cyfrowych bibliotek.

    Przez 48 godzin Deadlight: Director's Cut można zgarnąć za darmo, odwiedzając platformę GOG.com.

    Włodarze Good Old Games rozdają grę w wersji dla systemów Windows. Ta normalnie kosztuje nieco ponad 50 złotych, ale aktualnie można ją nabyć bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Wystarczy wcisnąć przycisk „Get it here”, aby Deadlight: Director's Cut pojawiło się na wirtualnej półce użytkownika w serwisie GOG.com. Dostęp do gry zyskacie z poziomu własnego konta w przeglądarce, a także systematycznie rozwijanej aplikacji GOG Galaxy.

    Deadlight: Director's Cut z GOG.com to nie tylko gra dostosowana do systemów Windows 7, Windows 8 oraz Windows 10, ale również garść dodatków w cyfrowym formacie. Razem z plikami instalacyjnymi możecie pobrać tapety na komputer, a także zestaw awatarów. Warto dodać, że gra jest dystrybuowana w bardziej obfitej wersji reżyserskiej. Ta zawiera wsparcie dla kontrolerów Microsoftu, grafikę w standardzie 1080p, ulepszone animacje, a także zupełnie nowy tryb - Survival Arena.

    [gallery link="file" ids="507070,507062,507065"]

    Jeżeli wciąż zastanawiacie się, czy warto poświęcić 4GB dyskowej pojemności na Deadlight: Director's Cut, posłużę się fragmentami własnej recenzji, napisanej w oparciu o egzemplarz działający na konsoli PlayStation 4:

    "W parze z zadziwiająco filmową rozgrywką idzie dojrzała narracja. W świecie Deadlight ludzie wykorzystują siebie nawzajem, posługują się prawem silniejszego i korzystają z tych, którzy potrzebują pomocy. Buduje to odpowiedni klimat i sprawia, że chce się poznać kolejne lokacje. Fani brutalnego post-apo poczują się jak w domu. (…). Deadlight to mocna, klimatyczna, grywalna i bardzo ładna produkcja 2D. Szkoda tylko, że taka krótka. Jeżeli jesteś fanem sruvival horroru i gier zręcznościowych, koniecznie dodaj ten tytuł do swojej listy.”



    Deadlight: Director's Cut za darmo

    0 0

    latajacy delorean

    Koncepcja latających samochodów, chociaż o wiele mniej popularna od aut z silnikami elektrycznymi, nadal ma swoich zagorzałych zwolenników. Do tego grona dołączyła właśnie firma DeLorean Aerospace.

    Gwoli ścisłości: DeLoran Aerospace to firma założona przez Paula DeLoreana. Natomiast DeLorean Motor Company, która działała w latach 1981 – 1983 i wydała na świat kultowy model DeLorean DMC-12 została założona przez Johna DeLoreana, kuzyna Paula. Taka ciekawostka. A teraz przejdźmy już do latającego samochodu.

    DeLorean DR-7: latający samochód z pionowym startem.

    Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że nazywanie tego pojazdu samochodem jest trochę na wyrost, no ale tak nakazują obecne trendy. DR-7 jednak o wiele bardziej przypomina samolot, którym w razie potrzeby będzie można poruszać się po ziemi.

    latajacy delorean

    Jednak biorąc pod uwagę jego długość (6 metrów) i umiejscowienie dwuosobowej kabiny, naziemne przejażdżki tym wehikułem prawdopodobnie nie będą należeć do najprzyjemniejszych. Sytuacja ta zmieni się za to całkowicie po oderwaniu się od ziemi.

    DR-7 utrzymywany będzie w powietrzu przez dwie pary skrzydeł i dwie turbiny zamontowane z przodu i z tyłu pojazdu. Napęd ma być w pełni elektryczny. Paul DeLorean zarzeka się, że akumulatory zainstalowane w prototypie, który powstanie pod koniec 2018 r., pozwolą na pokonanie dystansu 190 km. Czy dystans w przypadku wersji, która trafi do masowej produkcji ulegnie zmianie? Tego nie wie nawet właściciel firmy. Jeśli pierwszy prototyp ma powstać pod koniec przyszłego roku, to rozpoczęcie produkcji masowej jest oddalone w czasie na tyle, że snucie jakichkolwiek domysłów na jej temat po prostu nie ma sensu.

    latajacy delorean

    Na razie poznaliśmy tylko fundamentalne założenia tego bardzo ambitnego projektu. DR-7 ma być elektrycznym samochodem latającym charakteryzującym się pionowym startem i lądowaniem. Obie pary skrzydeł mają się też w jakiś sposób składać, tak aby pojazd ten mógł zmieścić się w większym garażu.

    Ach, jest jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia

    Latający DeLorean będzie autonomiczny.

    Oznacza to, że po oderwaniu się od ziemi pełną kontrolę nad DR-7 przejmie komputer. Takie rozwiązanie jest o tyle wygodne, że właściciele latającego DeLoreana nie będą musieli posiadać licencji pilota.

    latajacy delorean

    Z drugiej strony mieć latający samochód i nie móc latać nim własnoręcznie? Nie brzmi to zbyt ekscytująco. Producent jak na razie ani słowem nie wspomina o tym, czy umożliwi manualny tryb sterowania. W imieniu przyszłych właścicieli DR-7 mam ogromną nadzieję, że tak jednak się stanie.

    Równie wielką niewiadomą pozostaje kwestia koegzystencji latających DeLoreanów z tradycyjnym ruchem powietrznym. DR-7 ma bowiem mieć możliwość lotu na wysokim pułapie, a to oznacza, że każdy przelot takiego autonomicznego, latającego samochodu prawdopodobnie musi być koordynowany z innymi użytkownikami przestworzy. Logistyka takiego rozwiązania wydaje się być piekielnie trudna do zrealizowania, szczególnie dla producenta, który nie ma jeszcze żadnego doświadczenia w tej materii.

    Minie jeszcze sporo czasu, zanim na niebie pojawią się pierwsze latające DeLoreany.

    O ile w ogóle się pojawią. Jak na razie firma zbudowała dwa pomniejszone prototypy. Ten trzeci, planowany na końcówkę 2018 r. będzie początkowo oblatywany zdalnie. Paul DeLorean planuje testować go na kalifornijskiej pustyni.

    Kolejnym krokiem będą loty z żywym pilotem (a raczej pasażerem) na pokładzie. Jeśli DR-7 okaże się solidną konstrukcją, kolejnym krokiem będzie wypracowanie odpowiednich zasad i przepisów dotyczących lotów tym pojazdem z amerykańskim urzędem lotnictwa federalnego.

    Oprócz tego przydałby się też jakiś sprawdzony scenariusz na wypadek awarii pojazdu podczas lotu. No ale nie wszystko na raz. Na razie poczekajmy na pierwszy lot załogowy DR-7. O szczegóły będzie można martwić się później.



    DeLorean pracuje nad autonomicznym, elektrycznym samochodem z funkcją... latania

older | 1 | 2 | 3 | (Page 4) | 5 | 6 | .... | 28 | newer