Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.

older | 1 | 2 | (Page 3) | 4 | 5 | 6 | newer

    0 0

    iPhone - wybrałam i nie żałuję

    Nowe informacje na temat iPhone'a 8 pojawiają się niemal codziennie. Nadal trwają też analizy oprogramowania głośnika HomePod. Równolegle przez media przetaczają się kolejne przecieki, domysły i prognozy.

    Kto by pomyślał, że oprogramowanie głośnika HomePod stanie się kopalnią informacji na temat nowego iPhone'a 8? Śledztwo w tej sprawie trwa. Pojawiają się nowe wątki, a wcześniejsze zostają rozwinięte.

    Pod koniec lipca jeden z deweloperów opisał na Twitterze swoje odkrycia dotyczące iPhone'a 8. Na podstawie szkiców zaszytych w oprogramowaniu, potwierdził wcześniejsze przecieki dotyczące wyglądu smartfonu, przede wszystkim te o prawie bezramkowej konstrukcji przedniego panelu. Dziś już nikt w branży chyba nie wątpi, że iPhone 8 będzie wyglądał mniej więcej tak, jak model w środku na poniższym obrazku.

    Jak będzie działał przycisk Home w iPhonie 8?

    Grafiki wymuszają dyskusję nad tym, jaki będzie nowy przycisk Home, gdzie (i czy w ogóle) umieszczony będzie czytnik linii papilarnych Touch ID. Oprogramowanie HomePoda, pośrednio na niektóre z tych pytań odpowiada.

    Steve Troughton Smith już kilkanaście dni temu zauważył, że nowy Home występuje w oprogramowaniu pod nazwą home indicator i wysnuł hipotezę, że może być on obszarem roboczym na ekranie, działającym w różnych kontekstach.

    Co to znaczy? Deweloper twierdzi, że nowy Home może mieć różne rozmiary, ale też zostać ukryty. Być może autoukrywanie będzie działać podobnie, jak teraz dzieje się to w Safari, gdy dolna belka z przyciskami udostępniania, zakładek czy zmiany karty ukrywa się, gdy przesuwamy stronę. Inną analogią może być ukrywane elementy sterowania podczas oglądania wideo.

    iPhone 8 będzie miał funkcję rozpoznawania twarzy.

    To również wiemy już z wcześniejszej analizy oprogramowania HomePoda, dokonanej przez deweloperów. Teraz jeden z nich odkrył, że funkcja rozpoznawania twarzy posłuży do uwierzytelniania płatności przez Apple Pay. Wiele  wskazuje na to, że do zatwierdzanie transakcji będziemy mogli użyć, zabrzmi to bardzo dziwnie, wielu twarzy.

    To nie koniec. Rozpoznawania twarzy ma działać również wtedy, gdy telefon leży na stole. Nie trzeba go będzie podnosić do góry, by ekran się odblokował. To logiczne i potrzebne. Każdorazowe unoszenie telefonu na wysokość głowy stawiałoby wygodę korzystania tej funkcji pod znakiem zapytania.

    iPhone 8 będzie najlepszym iPhone'em w historii.

    Wiele na to wskazuje, choć można zakpić, że każdy nowy iPhone jest najlepszym smartfonem Apple w historii, bo niesie kolejne udogodnienia. Zmiany i nowości będą mniejsze i większe. Jedną z interesujących drobnostek ma być natywne skalowanie interfejsu @3x.

    Apple wchodzi też na poważnie w świat rozszerzonej rzeczywistości. W tym kontekście nie dziwi informacja o tym, że firma zamówiła w firmie Lumentum diody laserowe o wartości 200 mln dolarów. Chodzi o półprzewodnikowe diody vertical cavity surface emitting laser (w skrócie VCSEL). Technologia stosowana jest między innymi w myszkach komputerowych i drukarkach. Prawdopodobnie zostanie też zastosowana w nowym iPhonie i ma to związek z AR.

    Według prognoz Loup Ventures, Apple może sprzedać jeszcze w tym roku 55 mln iPhone'ów wyposażonych w lasery VCSEL i 160 mln w roku następnym. Interesujący w tej prognozie jest podział, zgodnie z którym firma z Cupertino wypuści na rynek w przyszłym roku łącznie 239 milionów iPhone'ów, a 67 proc. będą stanowić smartfony z laserami VCSEL. Koszt jednej diody laserowej firma szacuje na 6 - 7 dolarów.

    To nie koniec informacji o iPhonie 8. Czekamy na kolejne odkrycia na podstawie wypuszczonego przez firmę oprogramowania. Niewątpliwie wkrótce pojawią się też kolejne przecieki. iPhone 8 to najbardziej oczekiwane w tym roku urządzenie na rynku elektroniki konsumenckiej. Dlatego będziemy informować o kolejnych nowościach z nim związanych.



    Bez dwóch zdań. iPhone 8 będzie najlepszym iPhone’em w historii

    0 0

    tesla autopilot

    Wszystkie Tesle wyprodukowane od końcówki zeszłego roku miały zostać wyposażone w osprzęt, pozwalający im docelowo na w pełni autonomiczne poruszanie się po drogach. Amerykańska firma po cichu jednak wprowadziła małą, ale istotną zmianę. 

    Autopilot 2.0 - tak opisany zestaw czujników, kamer i sprzętu przetwarzającego dane - po odpowiedniej aktualizacji oprogramowania miał wystarczyć do spełnienia marzeń wielu kierowców. Jak jednak poinformował Electrec, 2.0 właśnie stało się odrobinę przestarzałą generacją - w nowszych pojazdach zastępuje je wersja 2.5.

    Tuning samochodu przez podniesienie... mocy obliczeniowej.

    Zmiany nie są drastyczne. Według przedstawicieli Tesli, którzy potwierdzili zmiany w osprzęcie Autopilota - nowa wersja powinna się raczej nazywać "2.1". Zestaw czujników i kamer został bowiem praktycznie niezmieniony. Nowości dotyczą głównie komputera pokładowego, który w HW2.5 powinien oferować większą wydajność i niezawodność.

    Przedstawiciele amerykańskiej firmy zapewniają, że w tym momencie wszystkie nowe egzemplarze Modelu X, S oraz 3 zjeżdżają z taśm produkcyjnych z nową generacją Autopilota.

    Wcześniejsze obietnice pozostają w mocy.

    I tutaj pojawia się kluczowe pytanie. Skoro Tesla obiecała, że auta produkowane od końca zeszłego roku mają absolutnie wszystko (poza oprogramowaniem), co będzie potrzebne do całkowicie autonomicznej jazdy, to jak ma się do tego dzisiejsza informacja o usprawnieniu komputera pokładowego?

    Odpowiedzi na to pytanie są dwie, obie naprawdę dobre. Tesla w dalszym ciagu bowiem zakłada, że osprzęt Autopilota w wersji 2.0 powinien wystarczyć do tego, żeby samochód był w stanie samodzielnie poruszać się po drogach "dwukrotnie lepiej, niż robi to przeciętny ludzki kierowca". Jeśli więc ktoś niedawno kupił Teslę z nadzieją na to, że bez zmiany samochodu będzie mógł korzystać z tej funkcji, nie powinien czuć się oszukany.

    Drugi scenariusz jest - z perspektywy całej branży motoryzacyjnej - jeszcze ciekawszy. Przedstawiciele Tesli zostawiają sobie bowiem furtkę, na wypadek, gdyby jednak HW2.0 nie było w stanie obsłużyć w pełni autonomicznej jazdy ze względu na zbyt niską moc obliczeniową. Gdyby tak faktycznie się stało, Tesla ma... bezpłatnie wymienić komputery pokładowe we wszystkich egzemplarzach wyposażonych w HW2.0.

    A jak to jest u tradycyjnych producentów samochodów? Jeśli kupiliśmy np. Mercedesa klasy S przed liftingiem, a chcemy skorzystać chociażby z funkcji zautomatyzowanej zmiany pasa ruchu, musimy... tak, kupić nowy samochód. A kiedy pojawi się funkcja w pełni autonomicznej jazdy... tak, będziemy musieli kupić kolejny samochód.

    Jeśli więc ktoś kupuje już dziś samochód, żeby kiedyś w przyszłości cieszyć się z autonomicznej jazdy, to chyba wyraźnie widać, który producent ma do tej sprawy najlepsze podejście.

    Tylko... co dalej?

    Pod koniec 2016 pojawił się osprzęt Autopilota w wersji 2.0. Teraz pojawia się 2.5 (lub "2.1"). Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że za rok, dwa czy pięć pojawią się i kolejne wersje. W którymś momencie 2.0 przestanie być w stanie obsługiwać wszystkie funkcje, które będą potrafiły obsłużyć kolejne generacje. Albo po prostu nowsze samochody będą w stanie lepiej radzić sobie ze wszystkimi sytuacjami na drodze i szybciej podejmować decyzje. To samo zresztą tyczyć się będzie wszystkich samochodów na drogach.

    Może więc czas, żeby wszyscy producenci podeszli do komputerów pokładowych w taki sposób, jak Tesla w tym przypadku - jak do elementów, które w pewnym momencie można wymienić. Tylko komu by się to opłacało...



    Tesla wprowadza małą, ale istotną zmianę

    0 0

    Kaspersky Labs vs Microsoft

    Szykowała się wielka afera z udziałem Kaspersky’ego i Microsoftu. Miłośnicy długich, widowiskowych, pełnych zwrotów akcji rozpraw sądowych będą jednak rozczarowani: obie strony doszły do porozumienia i żadnego konfliktu nie będzie.

    Windows 10 bardzo agresywnie dba o nasze bezpieczeństwo. Ciut zbyt agresywnie, biorąc pod uwagę fakt, że technologia ochronna Microsoftu – tak jak każda jedna dowolnego autorstwa – nie jest doskonała. Firma podejmuje bardzo często decyzje za użytkownika „dla jego dobra”, stosuje też bardzo ostrą politykę ograniczonego zaufania dla rozwiązań firm trzecich.

    Raczej w dobrej wierze. Dla Microsoftu malware to przeszkoda w zarabianiu dużych pieniędzy, a nie rynek z którego warto czerpać dodatkowe korzyści. Nie mam tu oczywiście na myśli jakichkolwiek złowrogich intencji, jednak firmy takie jak Symantec, Kaspersky Labs, Sophos czy inne istnieją wyłącznie z powodu istnienia złośliwego oprogramowania. Microsoft zaś istnieje pomimo zagrożenia ze strony malware’u. Warto o tym pamiętać by zrozumieć kontekst konfliktu pomiędzy Kaspersky Lab a Microsoftem i skąd ocena tej wspomnianej wyżej dobrej wiary.

    Kaspersky Lab postawił jednak firmie Microsoft zarzuty bardzo merytoryczne, co szerzej opisał Bezprawnik. Microsoft odniósł się do każdego z nich. I sprawił, że Kaspersky Labs w efekcie wycofał wszystkie swoje zarzuty z sądów i zapowiedział, że nie ma powodu by składać kolejne.

    Co się zmieni w zabezpieczeniach Windows 10 Fall Creators Update?

    • Wszyscy twórcy rozwiązań antywirusowych dla Windows dołączają do grupy uprzywilejowanych partnerów. To oznacza, że będą otrzymywać szybciej wczesne wersje aktualizacji serwisowych i rozwojowych dla Windows. To odpowiedź na skargę Kaspersky Labs zarzucającą Microsoftowi zapewnienie niedostatecznego czasu firmom antywirusowym na testowanie ich rozwiązań z nowymi wersjami Windows.
    • Aplikacje antywirusowe otrzymają pełen dostęp do Centrum akcji w Windows. To odpowiedź na skargę o braku możliwości skutecznego powiadomienia użytkownika, że licencja na rozwiązanie antywirusowe wkrótce wygasa.
    • Windows nadal będzie mógł sam wyłączać aplikacje antywirusowe. Będzie o tym jednak czytelnie informował. Kaspersky Lab skrytykował mechanizmy bezpieczeństwa Microsoftu, które same wyłączały rozwiązanie antywirusowe i włączało to wbudowane w Windows, jeżeli to od firmy trzeciej sprawiało problemy, ulegało awarii czy wyłączeniu na skutek wygaśnięcia licencji. Microsoft nie zamierza zmieniać tego postępowania. Wyświetlone jednak będzie permanentne powiadomienie o wykonanej zmianie które zniknie dopiero po ponownym dokonaniu wyboru rozwiązania antywirusowego przez użytkownika.

    Kto nie lubi historii z happy-endem? Kosztownej wojny Kaspersky Labs vs Microsoft nie będzie.

    Udało się zachować kompromis umożliwiający firmom z branży cyberbezpieczeństwa finansowanie dalszego rozwoju mechanizmów do zwalczania malware’u na niedyskryminujących zasadach. Microsoft zachował możliwość uruchomienia własnych rozwiązań, jeżeli rozwiązanie firmy trzeciej przestaje poprawnie funkcjonować. A w całym tym zamieszaniu nie zniknie użytkownik, który teraz będzie czytelnie informowany o tym, co się dzieje na jego komputerze zachowując nad nim pełną kontrolę.

    Wszyscy wygrywamy. No, może poza tymi co szykowali prażoną kukurydzę i liczyli na widowisko na sali sądowej. Przykro mi, musicie czekać na lepszą okazję.



    Microsoft spełnia wszystkie żądania Kaspersky'ego

    0 0

    Porozmawiajmy o automatycznym odnawianiu subskrypcji. 

    Subskrypcje, subskrypcje, subskrypcje wszędzie. Rozrywka, gry online i nawet profesjonalne oprogramowanie. Coraz więcej cyfrowych dóbr jest sprzedawanych w abonamencie.

    Bo po co posiadać, skoro można wypożyczać? Taka strategia sprawdza się w rozrywce (Spotify i Netflix), ale jest dość kontrowersyjna w kwestii oprogramowania (Photoshop i plan Adobe Creative Cloud).

    Dziś jednak porozmawiamy o czymś innym. O zmorze planów abonamentowych, czyli o automatycznym odnawianiu subskrypcji.

    Jeśli abonament jest pobierany raz na miesiąc, problemu nie ma. Gorzej, gdy płatność jest pobierana raz w roku.

    Spotify czy Netflix pobierają opłaty co miesiąc, dlatego łatwo jest kontrolować bieżące wydatki. Nawet jeśli planujemy anulować subskrypcję, ale zapomnimy tego zrobić, w najgorszym wypadku zapłacimy tylko za jeden kolejny miesiąc.

    Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu się to nie zdarzyło (hej, maniaku fizycznych płyt, odłóż ten kamień!).

    Abonament to łatwa kasa. „Dodajmy autoodnawianie. A nuż klient nie zauważy!”.

    Ostatnio bardzo rozczarowałem się płatnym planem w serwisie fotograficznym 500px. Nie spodziewałem się takiego poziomu cwaniactwa po galerii o takiej renomie. To w końcu najbardziej znany - poza Instagramem - serwis fotograficzny.

    Rok temu kupiłem plan "Awesome" i po jakimś czasie zupełnie o nim zapomniałem. Od około miesiąca serwis usilnie przypominał mi o tym, by przedłużyć członkostwo. Dostałem sporo maili z przypomnieniem, że zbliża się koniec płatnego planu.

    Każdy mail wyglądał następująco:

    „Twoja subskrypcja wygaśnie za około miesiąc. Nie przegap kolejnego roku z planem Awesome! Uaktualnij plan teraz.”

    A niżej był duży niebieski przycisk z napisem „odnów teraz!”.

    Nie chciałem odnawiać członkostwa, więc z premedytacją nie klikałem w przycisk i archiwizowałem maile.

    Przekaz był jednoznaczny: jeśli nie podejmę akcji, płatny plan się nie odnowi. Tyle teorii. W praktyce serwis pobrał pieniądze z konta i przedłużył członkostwo.

    Z dużym zaskoczeniem i irytacją skierowałem się do FAQ, w którym znalazłem informację o tym, że autoodnawianie planu jest domyślnie włączone. Szkoda tylko, że 500px nie raczył poinformować mnie o tym w mailu. Wystarczyło napisać: „hej, za miesiąc pobierzemy z twojego konta opłatę za odnowienie członkostwa. Dzięki, że jesteś z nami, a gdybyś chciał zrezygnować, kliknij tutaj.”

    Tak, ostatecznie to moja wina, bo mogłem wcześniej sprawdzić, jak wygląda procedura opłat. Założyłem jednak, że serwis postępuje z użytkownikami uczciwie. Jak widać, przeliczyłem się.

    Zainspirowało mnie to do napisania krótkiego poradnika, który pokaże, jak odzyskać pieniądze w takiej sytuacji.

    Jak wyłączyć automatyczne odnawianie subskrypcji w popularnych usługach?

    Przede wszystkim, po zakupie każdej subskrypcji powinieneś sprawdzić, czy ma ona włączone automatyczne odnawianie. Z reguły ta opcja jest domyślnie włączona.

    Dotarcie do odpowiedniej opcji w ustawieniach może byś skomplikowane, dlatego zebrałem zbiór linków kierujących bezpośrednio do strony, na której można wyłączyć autoodnawianie subskrypcji. Oto lista dla popularnych usług:

    • Spotify - wystarczy przejść do szczegółów konta i wybrać „Anuluj Premium”,
    • Netflix - po wejściu na tę stronę wystarczy kliknąć „Potwierdź anluowanie”,
    • PlayStation Plus - na stronie konta w zakładce „Gry” należy odszukać PlayStation Plus i anulować autoodnawianie,
    • Xbox Live Gold ustawienia zmienimy na stronie Konta Microsoft,
    • Office 365 - sytuacja wygląda identycznie jak wyżej. Autoodnawianie wyłączymy na stronie Konta Microsoft,
    • Adobe Creative Cloud - po przejściu do zakładki Plany i Produkty możemy anulować członkostwo.

    Powyższe linki zadziałają tylko w momencie, gdy będziecie zalogowani do konkretnych usług.

    Jak odzyskać pieniądze za automatycznie przedłużony abonament?

    Większość usług pozwala odzyskać pieniądze, jeśli abonament został przedłużony automatycznie. Tak też było w moim przypadku z serwisem 500px.

    Zapłaciłem poprzez platformę PayPal, która na szczęście pozwala w bardzo prosty sposób anulować nieautoryzowane zakupy. Aby anulować subskrypcję należy zalogować się na swoje konto PayPal i wybrać w górnym menu zakładkę „Działania”. Zobaczymy wtedy całą listę płatności.

    Wystarczy wybrać nieautoryzowaną płatność i kliknąć „zarządzaj płatnościami użytkownika”. Na kolejnej stronie można anulować autoodnawianie i odzyskać pieniądze klikając w pole „zgłoś problem”.

     

    Następnie wystarczyło zaznaczyć pole „Nieautoryzowana płatność” i potwierdzić wybór.

    W moim przypadku PayPal załatwił wszystkie formalności. Jeszcze tego samego dnia dostałem maila od 500px z informacją o zwrocie płatności. Pieniądze po trzech dniach wróciły na moje konto. Co ważne, wróciły bezpośrednio na rachunek bankowy, skąd PayPal pobrał opłatę. Kwota została zwrócona co do grosza.

    Kolejną sprawdzoną metodą jest skorzystanie z mechanizmu chargeback.

    Z mechanizmu chargeback (płatności zwrotnych) można skorzystać tylko wtedy, gdy w internecie zapłaciliśmy kartą, przepisując jej dane. Chargeback nie zadziała przy zwykłym przelewie. Wynika to z faktu, że procedurą zarządza bezpośrednio Mastercard lub Visa, a nie operator płatności (bank lub system pokroju PayU).

    W redakcji Spider’s Web Dawid Kosiński korzystał z tej procedury i może ją polecić. Jak pisze Dawid:

    Miałem okazję korzystać z procedury chargeback, gdy zamawiałem towar z Chin, który ostatecznie do mnie nie dotarł. Po kilku miesiącach oczekiwania zdecydowałem się zgłosić reklamację. Przez formularz znajdujący się na stronie banku opisałem całą sytuację: wskazałem felerną transakcję, opisałem wcześniejszą próbę porozumienia się ze sprzedawcą i poprosiłem o uruchomienie procedury chargeback. Po kilku dniach pieniądze wróciły na moje konto.

    Podsumowując, przy zakupie subskrypcji pamiętaj o dwóch ważnych krokach.

    Po pierwsze, skorzystaj ze sposobu płatności, który w przypadku problemów pozwoli na zwrot pieniędzy. Sprawdzone przez nas rozwiązania to PayPal i płatność kartą.

    Po drugie, pamiętaj o tym, że większość usług abonamentowych ma włączone automatyczne odnawianie subskrypcji. Dobrym nawykiem jest wyłączenie tego mechanizmu od razu po dokonaniu płatności. Pod koniec okresu abonamentu serwis i tak przypomni o tym, że niedługo subskrypcja dobiega końca. Sam wtedy zdecydujesz, czy chcesz ją przedłużyć.

    Te dwie proste rady pozwolą uniknąć przykrych niespodzianek w przyszłości.



    Naciąłem się na autoodnawianie subskrypcji

    0 0

    Essential Phone

    Pamiętacie Essential Phone? To niedawno zaprezentowany projekt smartfonu idealnego firmowany przez Andy'ego Rubina. Mimo poślizgów smartfon trafi wreszcie na rynek. Nadal nie wiemy jednak kiedy.

    Essential Phone to projekt, jakich wiele i zarazem projekt wyjątkowy. Na czym polega ten paradoks? O jego wyjątkowości świadczy nazwisko twórcy. Jest nim nie kto inny, tylko Andy Rubin, ojciec Androida.

    Gdy smartfon ujrzał w maju światło dzienne, w branży rozległo się wiele zachwytów. Wśród przymiotników mających opisać telefon pojawiały się wyrażające ogromny entuzjazm: oszałamiającypiękny. Zapewne wiele w tym przesady, podobnie, jak w porównywaniu EP do iPhone'a czy nazywaniu go antyiPhone'em.

    Essential Phone to smartfon, który przyciąga uwagę prawie bezramkowym przednim panelem. Gdy poczytamy o przeciekach dotyczących iPhone'a 8, czy zobaczymy wizualizacje tego ostatniego widok może wydać się znajomy. iPhone zresztą nie jest (a przynajmniej nie powinien być) żadnym probierzem, z prostego powodu, jeszcze nie został zaprezentowany. Skojarzeń trudno uniknąć.

    Essential Phone został wyposażony w topowe podzespoły: procesor Qualcomm Snapdragon 835, 4 GB RAM i 128 GB pamięci.  Ekran telefonu ma rozdzielczość 2560 na 1312 pikseli i przekątną 5,7-cala.

    O wyjątkowości produktu oprócz bezramkowego wyświetlacza (pamiętajmy, że nadal nie jest to standard na rynku), świadczy autorskie złącze, znajdujące się z tyłu urządzenia i umożliwiające instalowanie peryferiów, wśród nich, jak chwali się Essential, jest najmniejsza na świecie kamera 360.

    Co jeszcze? Smartfon ma być wytrzymały. Zapewnić ma to m.in. tytanowa ramka. Firma twierdzi, że narożniki urządzenia lepiej znoszą upadek niż inne telefony na rynku. Smartfon oferowany jest w czterech kolorach i kosztuje sporo, bo 699 dol.

    Essential Phone to ciekawy pomysł. Gorzej z realizacją.

    Dziś po kliknięciu w link prowadzący do przedsprzedaży wita nas taki obrazek:

    essential phone

    Firmie nie udało się dotrzymać słowa odnośnie terminu dostarczenia Essential Phone'ów. Początkowo wyznaczono go na 30 czerwca. Dziś nadal nie wiemy, kiedy EP trafi na rynek. Data bowiem... ma zostać ujawniona w przyszłym tygodniu.

    Andy Rubin postanowił uspokoić entuzjastów smartfonu. Opublikował zdjęcia z fabryki mające udowodnić, że praca nad produktem wre, a osoby, które nabyły urządzenie w przedsprzedaży, wkrótce je otrzymają.

    https://twitter.com/Arubin/status/895357116277342208

    Czy Essential Phone odniesie sukces?

    Chciałbym, ale wątpię. Konkurencja na rynku jest ogromna, a EP nie oferuje innowacyjnych rozwiązań, które miałyby uzasadnić zaufanie nieznanej marce, nawet jeśli sygnuje ją ktoś taki, jak Rubin. To raczej smartfon dla tych, którzy nie pożałują prawie 700 dol., by wyróżnić się produktem dobrze zaprojektowanym, może nawet pięknym, świetnie wykonanym, ale też (a może przede wszystkim) niszowym.



    Essential Phone żyje. Idealny smartfon trafi do klientów z dużym opóźnieniem

    0 0
  • 08/11/17--02:52: Microsoft odbija piłeczkę
  • Consumer Reports, bardzo poważana organizacja, spuścił prawdziwą bombę na markę Surface, odradzając zakup tych sprzętów. Microsoft reaguje i broni swojego sztandarowego sprzętu. Będzie miał jednak problem z wiarygodnością.

    Jaki jest Surface? Jeżeli zapytamy o to non-profitową prokonsumencką organizację Consumer Reports, okaże się, że to awaryjne sprzęty, których nie warto kupować. Według jej raportu, co czwarty Surface ulega jakiejś awarii w średnio dwa lata po zakupie. To olbrzymi problem dla Microsoftu, bowiem CR jest organizacją szanowaną, a jej opinia może mieć bardzo negatywny wpływ na kondycję całej marki. Nic dziwnego, że firma błyskawicznie reaguje.

    Jak nietrudno się domyślić, Microsoft kwestionuje wiarygodność raportu Consumer Reports i „wyraża duże rozczarowanie” danymi i wnioskami z ich płynącymi. By nie być gołosłownym, firma zaprezentowała własne raporty na temat kondycji sprzętów Surface.

    Surface awaryjność

    Awaryjność Surface zdaniem Microsoftu.

    Według danych opublikowanych przez Microsoft, „znacznie mniej niż 25 proc. urządzeń Surface” psuje się w przeciągu 1-2 lat. Dodatkowo, jak twierdzi, mniej niż co setny sprzedany Surface jest zgłaszany do serwisu z uwagi na problemy, co Microsoft określa jako „rekordowo niski parametr”.

    Niestety, jest tu pewien problem. Microsoft jest stroną w tym sporze, to jemu zależy w oczywisty sposób na dobrej opinii o tych urządzeniach, by móc ich więcej sprzedać. Dlatego też dane od Consumer Reports z założenia powinny być traktowane jako te bezstronne. Microsoft ma jednak argument i na to.

    Cytuje kilka innych badań przeprowadzonych przez IPSOS, na terenie Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii. Niemiec, Francji, Chin, Japonii i Australii. Według tych badań, 98 proc. posiadaczy urządzeń Surface Pro 4 i Surface Book wyraża pełną satysfakcję z zakupionych przez nich produktów. Urządzenia te cieszą się też bardzo pozytywnymi opiniami w recenzjach użytkowników w takich sklepach, jak Amazon i im podobne. Gdyby faktycznie co czwarte urządzenie się psuło, opinie byłyby znacznie, znacznie gorsze.

    „Nie ma lepszego momentu na kupno urządzenia Surface”.

    Tak Microsoft kończy swoje oświadczenie. No i komu teraz wierzyć? Niestety, nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to pytanie bez przeprowadzenia podobnego badania. Co z oczywistych względów nie jest możliwe. Warto jednak pamiętać o dwóch sprawach.

    Po pierwsze, badanie CR obejmuje okres w latach 2014-2017. A więc te raportowane psujące się urządzenia to też nawet (a może przede wszystkim?) Surface 2 i Surface Pro 2, z którymi nigdy jako Spider’s Web nie mieliśmy do czynienia.

    Po drugie przez pierwsze 4-5 miesięcy od premiery Surface Pro 4 i Surface Book faktycznie działały wadliwie z uwagi na problemy układu Skylake. Dopiero seria aktualizacji oprogramowania układowego ostatecznie owe problemy wyeliminowała. A przynajmniej w Surface Pro 4, na którym powstaje czytany aktualnie przez was tekst. Bardzo prawdopodobne, że to one wpływają na końcową opinię CR.

    Microsoft jest stroną i powinniśmy stosować względem niego zasadę ograniczonego zaufania. Nie mamy takiego obowiązku względem Consumer Reports. Czy można się przyczepić do jej badania?

    Pierwszą rzeczą, jaka mi przyszła do głowy po przeczytaniu raportu Consumer Reports jest relatywnie świeża historia związana z nowym MacBookiem Pro. Consumer Reports również wystawiła komputerowi Apple’a ocenę negatywną, odradzając jego zakup. Po trzech tygodniach w wyniku agresywnego lobbowania ze strony zainteresowanych podmiotów, organizacja zmieniła swoja rekomendację na „kupować”. Wygląda więc na to, że nawet Consumer Reports zdarza się popełniać błędy.

    Metodologia badania Consumer Reports też nie jest do końca jasna. Organizacja w ogóle nie brała pod uwagę ilość zwrotów urządzeń Surface czy też ich reklamacji. Zamiast tego przeprowadziła ona ankietę na 90 741 posiadaczach komputerów PC, w tym Apple’a, Della, Asusa i HP. Nie jest jasna jaka część ankietowanych posiadała urządzenie Surface.

    Jakby tego było mało, określenie „co czwarty Surface” to dana szacunkowa. No i nie obejmuje ona urządzeń Surface Pro 4, nowego Surface Pro, Surface Laptop czy Surface Studio. Nie ma więc żadnego związku z urządzeniami dostępnymi aktualnie w sprzedaży.

    Nie będziemy bawić się jednak w adwokata diabła.

    Nawet najtańsze urządzenia Surface to wydatek kilku tysięcy złotych. Te najdroższe kilkunastu. Zespół Spider’s Web korzystał i korzysta z pierwszego Surface Pro, z dwóch Surface Pro 4, z jednego Surface Pro najnowszej generacji i z Surface Laptopa. Tylko w przypadku tego ostatniego mieliśmy problemy, na dodatek drobne i wynikające wyłącznie z niedojrzałości zainstalowanego na nim – i tylko na nim – Windows 10 S.

    Szanujemy jednak wasze pieniądze i choć bazując na własnych doświadczeniach nadal byśmy rekomendowali zakup tych urządzeń, raport CR rodzi zbyt wiele obaw, byśmy nadal czując odpowiedzialność za podjęte przez was decyzje zakupowe mogli naszą rekomendację utrzymać.

    Poczekaj z zakupem Surface’a jeszcze trochę. Niewykluczone że – podobnie jak w przypadku nowego MacBooka Pro – Consumer Reports zrewiduje wyniki swoich badań. A jeżeli czekać nie możesz, to faktycznie rozważ komputery PC od innego producenta. Ryzyko jest niestety zbyt duże.



    Microsoft odbija piłeczkę

    0 0

    NASA TRAPPIST-1 Reddit AMA

    W oczekiwaniu na kolonizację układu TRAPPIST-1, w którym odkryto niedawno siedem planet podobnych do Ziemi, naukowcy stworzyli... coś w rodzaju instrumentu muzycznego.

    "Zostań astromuzykiem, grając muzykę układu planetarnego TRAPPIST-1" - czytamy na stronie projektu stworzonego przez naukowców z Uniwersytetu w Toronto. Pomysł w pierwszej chwili wydaje się szalony. Po wejściu, widzimy gwiazdę po środku i dwie kolumny po bokach. Gdy zaczniemy naciskać przyciski po lewej i prawej stronie usłyszymy muzykę. Jaki ma to związek z układem planetarnym TRAPPIST-1?

    Pomysł był prosty. Każdy z siedmiu przycisków odpowiada jednej z planet układu. Dokładniej rzecz ujmując jej okresowi orbitalnemu, czyli czasowi pełnego obiegu wokół macierzystej gwiazdy. Gdy naciśniemy zatem pierwszą literkę, b, której symbolem oznaczona została najbliższa gwiazdy planeta, usłyszymy dźwięk G grany w dość szybkim tempie. Podobnie rzecz wygląda z innymi przyciskami (planetami).

    Wartości nie są przypadkowe i - jak już wspomniałem - mają związek z czasem obiegu wokół gwiazdy. Planecie b zajmuje on 1,5 dnia, planecie c 2,4 dnia itd. Częstotliwości dźwięków związane są z faktycznymi częstotliwościami orbitalnymi, oczywiście po podbiciu ich, by były słyszalne przez ludzkie ucho.

    TRAPPIST-1

    To nie wszystko. Jest jeszcze druga kolumna, nazwana Beat. Tu znajdziemy już sześć par planet: bc, cd, de, ef, fg i gh. To również nie jest tylko ozdobnik. W tym przypadku usłyszymy dźwięk instrumentu perkusyjnego w każdym momencie, gdy planeta o szybszym obiegu wyprzedza wolniejszą.

    TRAPPIST-1 to najbardziej muzyczny układ planetarny

    Naukowcy używają takich porównań, bo zauważyli, że okresy orbitalne tego układu planetarnego tworzą względną harmonię. Wynika to relacji między okresami obiegów poszczególnych planet.

    Sercem układu TRAPPIST-1 jest chłodny karzeł o masie zaledwie 8 proc. naszego Słońca. System planetarny znajduje się w odległości 40 lat świetlnych od nas. Gdy w lutym tego roku ogłoszono odkrycie siedmiu planet, w mediach wybuchł entuzjazm, podgrzany informacją, że trzy z nich mogą znajdować się w ekosferze, czyli tzw. strefie zamieszkiwalnej.

    https://www.youtube.com/watch?v=bnKFaAS30X8

    Warto skorzystać z narzędzia przygotowanego przez kanadyjskich naukowców, choć na wspomnianą na początku tekstu kolonizację, możemy jeszcze poczekać. Lub, co jeszcze bardziej prawdopodobne, nie doczekać się jej nigdy.



    Grałeś kiedyś na... planecie?

    0 0

    Możecie o tym nie wiedzieć, ale jestem właśnie na etapie urządzania mieszkania. Chodzę po tych wszystkich Obi, Ikeach oraz innych Praktikerach wybierając kolejne elementy, które znajdą się w moim gniazdku.

    Czemu o tym w ogóle piszę? Bo niebawem, gdy będę na etapie wyboru toalety i już będę niemal wychodził ze sklepu z moim porcelanowym tronem, zatrzyma mnie jakiś fan chińskiej elektroniki, dajmy na to Maciek Szkudlarek, spojrzy na mnie z pogardą, po czym przez zaciśnięte zęby wydusi z siebie: “Xiaomi lepsze”.

    Dokładnie tak. Xiaomi dzisiaj pokazało kolejne produkty domowe, z których jednym jest… deska klozetowa.

    Oczywiście jak przystało na innowacyjną firmę, nakładka ma kilka ciekawych funkcji.  Jest wyposażona między innymi w filtr wody, ogrzewaną deską, oraz mechanizm samoczyszczenia korzystający ze światła UV. Nie zabrakło także bidetu z regulacją ciśnienia oraz temperatury wody, która podmyje was… tu i ówdzie. Całkiem niska jest cena nowego sprzętu od Xiaomi, która zaczyna się od 999 RMB, czyli około 600 zł. Nawet po dodaniu ewentualnych podatków koszt ten nie wydaje się przesadnie wysoki.

    Zasadniczo to wszystko, co wiemy na temat tego gadżetu. Nie spodziewajcie się jednak, że kiedykolwiek trafi on do Polski. Paczka zawierająca go w końcu może być nieco ciężka od pudełka smartfona, więc wysyłka takiego gadżetu na inny kontynent może okazać się nieopłacalna. Tym bardziej, że nakładka może nie mieć polskiego oprogramowania, nie obsłuży też pasma B20. A w przypadku tej kategorii urządzeń to może być problem nie do przeskoczenia dla wielu użytkowników.



    Nowy produkt w ofercie Xiaomi: to… kibelek

    0 0

    Kupiłem iPhone'a SE. Niech żyją małe telefony!

    iPhone 7s, 7s Plus i iPhone 8 - o tych modelach mówi się ostatnio najwięcej. Ale fani mniejszych smartfonów też mogą doczekać się czegoś dla siebie.

    Mowa oczywiście o iPhonie SE nowej generacji. Sprzęcie, którego pierwsza wersja udowodniła sporej liczbie osób, że telefony z małymi ekranami wciąż mają sens.

    iPhone SE - jak sytuacja wygląda obecnie?

    W tej chwili na rynku dostępna jest minimalnie odświeżona pierwsza generacja tego 4-calowego sprzętu, zaprezentowanego w marcu 2016 roku.

    Pod względem wyglądu i znakomitej większości podzespołów od premiery nie zmieniło się zupełnie nic. Nowości z marca tego roku dotyczą wyłącznie pamięci najtańszego telefonu Apple'a. Teoretycznie zniknęły dotychczas dostępne wersje 16 GB i 64 GB, a zamiast nich pojawiły się 32 GB i 128 GB. Przy czy na rynku cały czas dostępne są egzemplarze poprzedniej generacji, więc możemy wybierać pomiędzy 16, 32, 64 i 128 GB pamięci wewnętrznej.

    Ceny? Jak na smartfon od Apple - bardzo atrakcyjne. Bazową wersję 32 GB można kupić za około 1600 zł, natomiast za 128 GB zapłacimy około 2000 zł albo odrobinę mniej. W porównaniu do iPhone'a 6s (z którym SE dzieli sporą część kluczowym podzespołów), to ogromna różnica.

    iPhone SE - czy w ogóle powstanie następca?

    I to jest dobre pytanie. Nie znamy niestety dokładnych i oficjalnych wyników sprzedażowych, więc trudno stwierdzić, czy SE jest takim hitem, jak może się niektórym wydawać. Owszem, z różnych źródeł docierały raczej pozytywne informacje w tej kwesti, ale... kto wie.

    Inną sprawą jest to, że iPhone SE ma niewielką konkurencję na rynku. Mały telefon o naprawdę sensownych podzespołach, świetnie wykonany, z absurdalnie wręcz długim okresem i błyskawicznym tempem otrzymywania aktualizacji (na tle reszty rynku), do tego w przyzwoitej - nie tylko jak na Apple - cenie.

    Z drugiej strony wspomina się o tym, że SE2 miałby być smartfonem z jedną misją - podbicia rynków wschodzących, takich jak np. indyjskiego. Ostatnie plotki mówiły wręcz o tym, że to właśnie w Indiach początkowo zdebiutuje nowa odsłona nowego iPhone'a (choć tam popularniejsze są raczej większe smartfony).

    Istnienie takiego telefonu - a także jego kolejnej generacji - może więc mieć sens. Aczkolwiek nie powinno być zaskoczeniem, gdyby jednak następca nigdy się nie pojawił, a obecny SE był przeceniany, przeceniany, a na końcu wypadłby z oferty.

    Jeśli jednak nowy SE miałby powstać, to kiedy i jaki by był?

    iPhone SE2 - kiedy premiera?

    Jeśli Apple planuje stworzyć kolejnego SE na wzór pierwszej generacji, tegoroczna premiera SE2 jest mało prawdopodobna.

    iPhone SE zadebiutował w marcu 2016, wyposażony w podzespoły iPhone'a 6s, który z kolei został zaprezentowany we wrześniu 2015. SE2 przegapił więc swoją okazję w 2017 (wtedy miałby podzespoły 7-ki) i powinien trafić na rynek w 2018 roku z podzespołami iPhone'a 7s. Trudno oczekiwać po Apple, że prezentując 7s da klientom do wyboru od razu dużo tańszą alternatywę.

    Może się oczywiście zdarzyć, że amerykańska firma zdecyduje inaczej i SE2 zadebiutuje jeszcze w tym roku, oferując podzespoły z iPhone'a 7. Wtedy na wrześniowej konferencji Apple mógłby zaprezentować w sumie 4 telefony - iPhone'a 7s, 7s Plus, 8 i SE2 (być może jeszcze tańszego niż do tej pory). Zakładając, że 7 i 7 Plus, a także pierwszy SE zostałyby w ofercie, Apple miałby ofertę smartfonową bogatszą, niż kiedykolwiek.

    Jeśli jednak tak się nie stanie, powinniśmy raczej czekać na przyszły rok. Być może na niezbyt wielką konferencję i komunikat prasowy w okolicach marca - tak samo, jak było z pierwszym SE.

    iPhone SE2 - rozmiar ekranu.

    iphone se

    iPhone SE wyróżniał się głównie tym, że w czasach dominacji wielkich smartfonów oferował ekran o przekątnej 4". SE 2 - o ile powstanie - powinien podążać tym śladem.

    Według ostatnich doniesień Apple albo zachowa 4-calowy wyświetlacz, albo zdecyduje się na jego minimalne powiększenie do rozmiaru 4,2". Ten drugi wybór uniemożliwiłby wykorzystanie dotychczas stosowanej obudowy, co mogłoby oznaczać ostateczny koniec wzornictwa zapoczątkowanego jeszcze przez iPhone'a 4.

    iPhone SE2 - procesor i RAM.

    Apple iPhone SE

    Druga generacja SE miałaby zostać wyposażona - przynajmniej według ostatnich plotek - w procesor A10, a więc ten sam, który znajdziemy w iPhonie 7. Do tego dochodziłyby jeszcze 2 GB RAM-u.

    iPhone SE2 - akumulator.

    Tutaj, według dotychczasowych plotek, gigantycznych zmian być nie powinno. SE2 powinien otrzymać ogniwo o pojemności 1700 mAh, zamiast dotychczasowych 1624 mAh.

    iPhone SE2 - pamięć.

    iPhone SE - 4-calowy telefon

    SE2 miałby zadebiutować z identycznymi pojemnościami, co obecny, odświeżony SE - 32 GB oraz 128 GB.

    iPhone SE2 - co jeszcze?

    Apple iPhone SE

    Apple w ciągu ostatnich lat wprowadził kilka nowości, które nie trafiły niestety do pierwszej generacji SE, a które byłyby w stanie wyraźnie pomóc w sprzedaży drugiej generacji:

    • Wodoodporność/wodoszczelność - iPhone 7 jako pierwszy w historii marki zaoferował odporność na wodę. Jego kolejna odsłona ma być pod tym względem jeszcze lepsza. Gdyby przenieść tę cechę do SE2, otrzymalibyśmy mały, poręczny telefon, który nie boi się deszczu. W sam raz dla aktywnych osób, które nie chcą ze sobą targać zbyt dużego telefonu.
    • Brak złącza słuchawkowego - kontrowersyjna nowość również z iPhone'a 7. Z jednej strony, skoro wszystko ma być teraz bez złącza słuchawkowego, to i SE2 powinien być go pozbawiony. Z drugiej, jeśli ma być to telefon dla rynków rozwijających się, złącze słuchawkowe ma spore szanse pozostać na swoim miejscu.
    • 3D Touch - nowość z iPhone'a 6s, której trudno spodziewać się w nowym SE. Wymagałoby to najprawdopodobniej produkcji droższych niż standardowe wyświetlaczy, co przy tanim SE/SE2 ma ograniczony sens. Poza tym Apple musi coś zostawić dla droższych modeli.
    • TouchID nowszej generacji - to akurat jest całkiem prawdopodobne - nowe iPhone'y mają już zupełnie inny przycisk Home, natomiast sztandarowy iPhone 8 ma go nie posiadać w ogóle. Nowsze TouchID mogłoby więc spłynąć do nowego SE.

    Przy czym Apple może nie robić żadnej z tych rzeczy. Jeśli SE ma być tani (a może tańszy od obecnego SE), to będzie bazował na tych częściach, które będzie w stanie najtaniej pozyskać lub już ma je w zapasie.

    Jest w ogóle na co czekać?

    Jeśli ktoś oczekuje rewolucji, to szanse na to są raczej umiarkowane. Już pierwszy SE był po prostu upakowanymi w starą (kosmetycznie tylko zmienioną) obudowę nowymi podzespołami. SE2, jeśli w ogóle powstanie, nie powinien specjalnie odstawać od tego wzorca. Na żadne trzęsienie ziemi nie ma co liczyć - Apple doskonale wie, że jeśli gdzieś inwestować w rozwój spore pieniądze, to w sprzęty z większymi ekranami.

    A szkoda, bo taki smartfon z 4-calowym, bezramkowym ekranem mógłby być niekwestionowanym królem wygody...



    iPhone SE 2 może nigdy nie powstać. Co o nim wiemy?

    0 0

    W najbliższy poniedziałek (14.08) do sklepów Biedronka trafi miniaturowy laptop Kiano SlimNote 10.1 kosztujący zaledwie 399 zł. Przeanalizowaliśmy jego specyfikację i sprawdziliśmy, czy warto go kupić.

    Warto pamiętać, że jest to bardzo mały i lekki komputer. Mierzy 185 x 278 x 18 mm przy masie 931 g. Jeśli chodzi o ekran, mówimy o 10,1-calowym wyświetlaczu o rozdzielczości 1024 x 600 pikseli. Mały rozmiar i szczegółowość ekranu niestety nie zwiastują dużego komfortu pracy. Nie cieszy też obecność matrycy typu TN, która jest najgorszym możliwym ekranem dostępnym na rynku, zapewniającym kiepskie odwzorowanie barw i słabe kąty widzenia.

    Nie zachwycają również inne elementy specyfikacji.

    Procesor Intel Atom Z3735G współpracuje z zaledwie 1 GB pamięci DDR3 oraz 32 GB pamięci flash. To za słabe komponenty, by Windows 10 mógł działać płynnie. Wychodzę z założenia, że nie warto nawet zastanawiać się nad kupnem sprzętów wyposażonych w mniej niż 2 GB RAM-u.Kiano SlimNote 10.1 to laptop z Biedronki za 399 zł. Czy warto go kupić?Wydajność takiego sprzętu może nie być wystarczająca nawet do podstawowych zadań, takich jak praca biurowa oraz konsumpcja multimediów. Z drugiej strony należy jednak docenić obecność akumulatora o pojemności 6000 mAh, który powinien wystarczyć na przynajmniej 5 godzin pracy. To naprawdę dobry czas, zwłaszcza jak na tę półkę cenową.

    Czy warto kupić Kiano SimNote 10.1 z Biedronki?

    Specyfikacja laptopa może nie powala, ale… czy w tej cenie można było się spodziewać czegokolwiek lepszego? Absolutnie nie. Dlatego osoby, które szukają komputera z najniższej półki cenowej mogą się na niego zdecydować, pomimo jego licznych wad.  W tej cenie znalezienie innego nowego laptopa jest praktycznie niemożliwe.Jeżeli jednak macie możliwość dołożenia kilku stówek, polecam to zrobić i wybrać tani model poleasingowy lub kosztujący 699 zł Kiano SlimNote 14.1 2 GB RAM. Miałem okazję korzystać z tego drugiego komputera i muszę przyznać, że jest lepszy od swojego młodszego brata pod absolutnie każdym względem.

    Pamiętajcie, że chytry płaci dwa razy.

    Niebawem może okazać się, że nawet mało wymagający użytkownik Kiano SlimNote 10.1 będzie nim rozczarowany i konieczne będzie kupienie kolejnego, znacznie droższego komputera. Dlatego sugerowałbym od razu wybrać lepszy laptop i nie narażać się na ewentualne problemy.



    Do Biedronki trafi laptop za 399 zł. Podpowiadamy, czy warto go kupić

    0 0

    Ośmieliłem się zakwestionować raport Consumer Reports na temat Surface’ów, nie tylko z uwagi na pozytywne doświadczenia z tymi urządzeniami. Jednak jako posiadacz opaski Band 2 jestem więcej, niż rozczarowany.

    Microsoft zupełnie nie spodziewał się sukcesu opaski Microsoft Band. Okazała się na tyle funkcjonalna i dobrze wyposażona, że popyt znacznie przewyższył niewielką podaż. Zaskoczenie nie poszło jednak w parze z większym zaangażowaniem w tę kategorię urządzeń. Microsoft Band oraz Microsoft Band 2 miały na celu pomóc Microsoftowi nauczyć się obcowania i obsługi urządzeń IoT. Przy okazji też wypromować platformę Microsoft Health.

    Cóż, nauka została wyciągnięta, a Microsoft Health nie zainteresował się nikt. Firma więc wycofała się z rynku, zaprzestając dalszej sprzedaży opasek Band i nie planując wprowadzania na rynek kolejnej ich generacji. Obsługuje tylko te, które już zostały sprzedane.

    Temat opasek Band omijaliśmy w zasadzie całkowicie. Były dostępne raptem w kilku krajach (nie w Polsce), więc nie widzieliśmy powodu by pisać o nich szerzej. Teraz jednak, na fali zamieszania z urządzeniami Surface, chciałbym o nich wspomnieć. Bo opasek tych aktualnie nie da się używać. Z dwóch powodów.

    Rzekomo co czwarty Surface psuje się po dwóch latach. A każda opaska Band 2 zepsuje się już po paru miesiącach.

    Każda. Jedna. Opaska. Po paru miesiącach. Nie wybuchła w związku z tym afera chyba tylko dlatego, że opasek tych wprowadzono na rynek bardzo niewielkie ilości. Microsoft jednak niedostatecznie przetestował tworzywo, z którego jest wykonana bransoleta opaski. Po kilku tysiącach zgięć ta po prostu pęka. A więc każdy mocniejszy ruch nadgarstkiem, każde zdjęcie i założenie tej opaski powoduje, że wygląda ona mniej więcej tak, jak moja:

    Microsoft Band 2 problem

    Te białe ślady to klej, którym ratowałem bransoletę i który po paru miesiącach jej spoczynku w szufladzie postanowił wypłynąć i dodatkowo ją oszpecić. A w szufladzie leży, bo za którymś pęknięciem urwało się coś w elektronice i opaska przestała działać. Microsoft rzekomo nie robi żadnych problemów przy wymianie opaski na nową lub ze zwrotem pieniędzy, co oznacza, że wie o problemie. I idzie wszystkim na rękę, byle tylko zamknąć niezadowolonym i relatywnie nielicznym konsumentom buzię.

    Twoja opaska jakimś cudem nadal się trzyma? To pewnie zauważyłeś, że od tygodnia nie działa.

    Dokładnie tydzień temu aplikacja Microsoft Band do obsługi opaski przestała działać. Nie jest w stanie z jakiegoś powodu zsynchronizować danych z chmurą. To oznacza, że jej użyteczność spada do minimum. Co prawda nadal możemy z opaski korzystać, rejestrować swoje treningi, kroki, tętno i tak dalej, ale nie możemy tego nigdzie wysłać celem przetworzenia.

    Microsoft wie o problemie i „sprawdza jego przyczynę”. Opaski nadal są na gwarancji, były sprzedawane mniej niż rok temu. Firma w kwestii awarii milczy, a tweet Dony Sarkar – swoją drogą pracownicy Microsoftu zupełnie niezwiązanej z opaskami, szefuje ona programem Windows Insider – jest jedyną reakcją firmy.

    To skandal.

    Rozumiem, że baza klientów jest nieliczna, a sam projekt martwy dla Microsoftu. Opaski te kosztowały jednak ponad tysiąc złotych, a ich klienci nie dość, że otrzymali produkt wadliwy z natury, to na dodatek, jeżeli jakimś cudem owej wady nie doświadczyli, to i tak już od siedmiu dni niE mogą korzystać ze swoich urządzeń ani otrzymać jakichkolwiek wyjaśnień ze strony producenta.

    Z marką Surface mam same dobre wspomnienia i w ogóle nie czuję się zniechęcony raportem Consumer Reports, podejrzewając jakiś błąd pomiaru. Korzystam ze sprzętu i usług Microsoftu, bo wszystkie moje doświadczenia z obcowania z nimi utwierdzały mnie w przekonaniu o ich wysokiej jakości i znakomitym wsparciu technicznym.

    Gdybym jednak zaczął swoja przygodę z Microsoftem od opaski Band 2, nigdy nie zdecydowałbym się na nic innego tej firmy. Wstyd, po prostu wstyd.



    Produkt, który przynosi wstyd całemu Microsoftowi

    0 0

    Polygon to potężne anglojęzyczne medium traktujące o grach wideo, znane ze swojej profeministycznej oraz promniejszościowej ideologii. Tym bardziej obrzydliwy wydaje się fakt, że jeden z pracowników redakcji wykorzystywał pozycję, aby nagabywać kobiety z branży oraz fanki medium o nagie zdjęcia i inne czynności seksualne.

    Nick Robinson to (już były) pracownik redakcji Polygon, który od lat zajmował się produkcją materiałów wideo. Młody mężczyzna współpracował wcześniej z Giant Bomb, a do tego współtworzył kilka popularnych podcaastów poświęconych grom wideo. Dzięki wielu latom pracy przy grach, Robinson zbudował sobie rozpoznawalną pozycję, a także uznanie oraz wsparcie fanów. Część z nich do teraz nie może uwierzyć w to, co wypłynęło na światło dzienne zupełnie przez przypadek, za sprawą drobnej gry i jej problemów z płynnym działaniem.

    Nick Robinson opublikował żartobliwo-złośliwy tweet, w którym krytykuje postawę producentów kooperacyjnej gry Overcooked.

    Wydana na konsolę Nintendo Switch gra Overcooked posiada problemy ze stabilnym działaniem, gubieniem klatek oraz przycięciami. Można było przeczytać o tym m. in. na łamach Polygona, który opublikował własną recenzję tego programu. Studio odpowiedzialne za grę napisało do redakcji z prośbą, aby ta pomogła naprawiać tytuł. Producenci poprosili o podanie kilku dodatkowych informacji oraz wysłanie plików wideo, na których Overcooked działa poniżej oczekiwań.

    Nick Robinson opublikował zawartość korespondencji od dewelopera, dodając własny komentarz:

    proszę nagrajcie wideo z gównianym działaniem naszego gównianego portu, abyśmy wiedzieli, jak bardzo jest gówniany.

    Pracownik redakcji Polygon nie przewidział, że pod jego tweetem pojawią się osoby wskazujące, że zamiast pisać złośliwe komentarze, ten faktycznie mógłby pomóc ekipie odpowiedzialnej za Overcooked. Nick Robinson najpierw werbalnie zaatakował jednego z takich użytkowników. Potem zasłonił się tym, że taka pomoc nie jest jego pracą, a do tego kosztowałaby go zbyt wiele cennego czasu.

    Docieramy do sedna. Jedna z użytkowniczek Twittera zarzuciła, że Robinson mógłby mieć więcej czasu, gdyby nie wysyłał tak wielu wiadomości prywatnych do kobiet pracujących w branży gier.

    To był wpis, który uruchomił prawdziwą lawinę. Tama została zburzona. Woda zaczęła się wylewać w tempie, którego Nick Robinson nie był w stanie kontrolować. Wkrótce kolejne użytkowniczki Twittera zaczęły potwierdzać, że pracownik Polygona męczył również je, używając prywatnych wiadomości w portalach społecznościowych. Mechanizm wszędzie był ten sam. Nick Robinson wykorzystywał znajomości zdobyte podczas pracy jako producent wideo dla Polygona, aby nagabywać kobiety pracujące w branży gier.

    Początkowo sądzono, że sprawa należy do gatunku tych kompromitująco-komicznych. Jednak w miarę, jak coraz więcej kobiet przerywało zmowę milczenia, na światło dzienne zaczęły wychodzić coraz to gorsze i bardziej wątpliwe moralnie historie. W oficjalnym oświadczeniu Nick Robinson przyznał, że wykorzystywał swoją pozycję do flirtowania, ale według kobiet otrzymujących wiadomości od tego mężczyzny trudno było nazwać to flirtem. Robinson prosił o nagie zdjęcie kobiet. Nie tylko tych związanych z branżą, ale również fanek redakcji Polygona. Jedna z nich napisała, że Nick chciał od niej seksu oralnego tylko dlatego, że mieszkała blisko.

    Polygon nie mógł dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Szefostwo zawiesiło Robinsona, a następnie zakończyło z nim współpracę.

    Żyjemy w czasach ogólnego dostępu do mediów masowych oraz platform społecznościowych. Współcześnie każdy może napisać co mu ślina przyniesie na język. Pewnie dlatego kierownictwo Polygona początkowo jedynie zawiesiło swojego producenta wideo, badając zaistniałą sytuację. Chwilę później Robinson został jednak zwolniony. Można więc sądzić, że historie opowiadane przez kobiety w sieci są prawdziwe.

    Producent wideo nie dementuje zarzutów. W swoim oświadczeniu Nick Robinson stwierdził, że zawiódł zaufanie w nim pokładane, a także rozczarował wielu ludzi. Mężczyzna potwierdził wykorzystywanie koneksji zdobytych w pracy dla prywatnych korzyści, w tym „flirtowania”. Nick przyznał, że znajdował się w „pozycji siły”, wykorzystując nadarzające się okazje, swoje stanowisko oraz zawodowe relacje.

    Ironicznym jest, że proceder miał miejsce pod skrzydłami redakcji znanej z olbrzymiej dbałości o poprawność polityczną.

    Polygonowi wielokrotnie zarzucało się, że jest zbyt profeministyczny oraz promniejszościowy. Niektórzy redaktorzy tego medium doprowadzali swoje ideologiczne zacietrzewienie do absurdu. Jak na przykład wtedy, gdy Wiedźmin 3: Dziki Gon otrzymał niższą notę za to, że w otwartym świecie gry brakuje ważnych, kluczowych czarnoskórych postaci. Redakcja konsekwentnie promuje kobiety produkujące gry wideo, a także piętnuje seksistowskie zachowania oraz skostniałe, „męskie” układy wewnątrz branży. Wychodzi na to, że Nick Robinson robił dokładnie to, z czym od lat walczy Polygon.

    [caption id="attachment_583647" align="aligncenter" width="995"] Oświadczenie Nicka Robinsona[/caption]

    Sytuacja doskonale pokazuje, jak bardzo szczytne idee rozmijają się w świecie gier z brutalną rzeczywistością. Kierownictwo Polygona z głowami w ideologicznych chmurach nie było w stanie zapewnić kultury pracy, na skutek której redakcja mogłaby się oczyszczać z czarnych owiec. Co więcej, szefostwo nie zdołało wytworzyć atmosfery sprzyjającej donoszeniu na podwładnych, którzy wykorzystują zawodową pozycję dla własnych korzyści. Do tego na tle seksualnym.

    Dlaczego kobiety nagabywane przez Robinsona przez lata nie podnosiły tej kwestii? Wyobraźcie sobie, że jesteście producentem gry. Członek redakcji, której recenzja ma wpływ na globalną sprzedaż waszego produktu, namolnie uprzykrza się za pomocą platform społecznościowych. To trudna sytuacja. Taka, w której ciężko znaleźć złoty środek między chłodną prywatną odmową, a dobrymi relacjami na stopie zawodowej. W ten sposób powstaje spirala milczenia dla dobra produktu, dobra sprawy albo zwyczajnego świętego spokoju.

    Hejt w sieci jest silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Bez problemu mogę sobie wyobrazić, że kobieta z dylematem Robinsona zostałaby okrzyknięta atencjuszką. Pazerną wiedźmą bez talentu, która chce wybić swoją grę na taniej aferce. Przecież mieliśmy już takich przypadków dziesiątki. Rozpoczęłyby się maile z pogróżkami, niewybredne komentarze na temat urody producentki gier i tak dalej. Chociaż żyjemy w XXI wieku, branża gier i skorelowana z nią społeczność wciąż potrafi przypominać Średniowiecze. Polowanie na czarownice jest wieczne żywe, a werbalna agresja wobec kobiet przerażająco silna. Gdybym sam był przeciwnej płci, być może również dałbym sobie spokój z robieniem afery.

    Dla świętego spokoju.



    Gdy Polygon walczył o prawa kobiet, jeden z redaktorów… nagabywał panie z branży o nagie zdjęcia

    0 0

    blokowanie reklam w google chrome i edge - adblock niedługo natywnie

    Polscy internauci blokują prawie połowę reklam w Internecie. Wyprzedziliśmy pod tym względem 59 krajów.

    Koń jaki jest, każdy widzi - definicja zaczerpnięta z XVIII-wiecznej encyklopedii Benedykta Chmielowskiego śmiało sprawdzi się w przypadku reklamy internetowej. W Polsce ma ona wyjątkowo wielu przeciwników, o czym świadczyć mogą wyniki przedstawione w raporcie OnAudience z grupy Cloud Technologies.

    Tegoroczny raport to aktualizacja danych sprzed roku. Wynika z niego, że za pomocą wtyczek blokujących, uniemożliwiamy wyświetlenie się 46 proc. reklam w Internecie. Polacy zajęli pierwsze miejsce i, co interesujące, pobili zeszłoroczny rekord - 42 proc.

    Na drugim miejscu za naszym krajem znalazła się Grecja (44 proc.), a na trzecim Norwegia (42 proc.). W ubiegłym roku tuż za nami znaleźli się Brytyjczycy. Interesujące jest to, że procent blokowanych reklam na Wyspach praktycznie się nie zmienił w stosunku do roku ubiegłego i wynosi 39 proc.

    Jaki wpływ ma blokowanie na rynek reklamy?

    Analitycy oszacowali wartość globalnego rynku reklamy displayowej i zestawili go z danymi na temat adblocków. W 2017 r. wartość takiej reklamy miała wynosić 100 miliardów dol. Straty z powodu stosowania adblocków wynoszą 42 miliardy, czyli jak łatwo wyliczyć - 42 proc.. Oczywiście słowo straty należy ująć w cudzysłowie.

    blokowanie reklam w 2017 r.

    Dla porównania w 2016 r. wyceniono wartość rynku na 84 mld dol. a straty na 28 mld dol, co daje 33 proc.

    blokowanie reklam w 2016 r.

    Z raportu OnAudience wynika, że w 2017 r. polski rynek reklamy displayowej warty był 485 mln dol. Zablokowano zaś reklamy o wartości 409 mln dol.

    Czy mamy z czego się cieszyć?

    Pierwsze miejsce w rankingach najczęściej może być powodem do dumy, czy tak jest w tym przypadku? Niekoniecznie. Nie można jednak opisanego w raporcie stanu rzeczy sprowadzić do złośliwości internautów czy wyłącznie ich złej woli. Stosowanie adblocków stało się bowiem w polskim internecie często odruchem samoobrony.

    Użytkownicy stosują wtyczki blokujące, bo w wielu polskich serwisach i portalach są dosłownie zalewani różnymi formatami reklamowymi, z bardzo inwazyjnymi włącznie. Wydawcy próbują radzić sobie z tym oszukując adblocki, czy pokazując różnego rodzaju komunikaty.

    Przykładem tego typu perswazji jest ostatnia akcja Wirtualnej Polski. Portal poucza użytkowników, że "reklama daje wolność mediom" czy ostrzega wręcz, że "nie ma wolności mediów bez oglądalności reklam".

    Jedni edukują lub uprzejmie proszą o wyłączenie adblocka, tłumacząc, że reklama to być albo nie być dla serwisu. Inni starają się - z lepszym lub gorszym skutkiem - blokować dostęp do treści. Ta wojna jest jednak nierówna. Czego przykładem była walka Facebooka z twórcami AdBlocka Plus.

    Zapasy między serwisami, które chcą wyświetlić reklamę i użytkownikami, którzy nie chcą jej widzieć, trwa i ma kolejne odsłony. Wraz ze wzrostem ruchu mobilnego polem walki stały się przeglądarki w smartfonach. Tu, póki co, wydawcy mogą odnosić większe sukcesy, bo oprogramowanie blokujące nie jest tak powszechne, jak adblocki w przeglądarkach desktopowych.

    Wojna o blokowanie reklam jest w istocie smutna.

    Obie strony mają swoje racje. Wydawcy chcą się utrzymać. Internauci, przeczytać tekst bez przeszkadzajek. Niestety obie strony skłonne są do nadużyć. Wydawcy, zaminowując serwisy reklamami, często trudnymi do zamknięcia  i nakładającymi się na siebie (zwłaszcza we wspomnianych przeglądarkach mobilnych). A internauci, blokując wszystko, jak leci i nie dając szansy wydawcom oraz nie chcąc zrozumieć, że reklama jest ceną za darmowe treści.

    Przeczytaj również: Dziwne reklamy prowadzące do jeszcze dziwniejszych stron. Tak się robi duże pieniądze



    Polacy pobili rekord i zablokowali blisko połowę reklam w sieci

    0 0
  • 08/11/17--08:51: Oto eHighway
  • elektryczne autostrady ehighway

    Władze Hesji nawiązały współpracę z firmą Siemens. Ich wspólnym celem jest budowa krótkiego odcinka elektrycznej autostrady dla ciężarówek. Jeśli ta koncepcja okaże się sukcesem, transport drogowy w Niemczech czeka rewolucja.

    Sam koncept e-autostrady do złudzenia przypomina stare, dobre linie trolejbusowe. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Nowe technologie sprawiają, że system eHighway jest dwa razy bardziej wydajny w porównaniu do ciężarówek z silnikami diesla. Jest też o wiele bardziej przyjazny dla środowiska.

    Pierwsza elektryczna autostrada w Niemczech powstanie pod Frankfurtem.

    A dokładniej: system zostanie zainstalowany na autostradzie A5 na odcinku między węzłem Zeppelinheim/Cargo City Süd przy porcie lotniczym Frankfurt, a węzłem Darmstadt/Weiterstadt. Jego długość to ok. 10 km.

    elektryczne autostrady ehighway

    Linia wysokiego napięcia dostarczać będzie prąd ciężarówkom hybrydowym. Głównym elementem systemu jest inteligentny pantograf zainstalowany na ciężarówce o napędzie hybrydowym. Takie ciężarówki charakteryzują się zerowym współczynnikiem emisji spalin, gdy działają w ramach systemu, a przy utracie kontaktu z linią zasilającą automatycznie załączają silnik hybrydowy i od razu są gotowe do podróży na standardowych jezdniach.

    - Budowa systemu pozwoli nam sprawdzić w praktyce, czy realne jest zintegrowanie publicznej autostrady z napowietrzną linią zasilającą. System będzie używany jako część istniejącej sieci transportowej, aby potwierdzić zasadność i praktyczne wykorzystanie w transporcie towarowym - powiedział Gerd Riegelhuth, dyrektor z Hessen Mobil – firmy odpowiedzialnej za utrzymanie transportu drogowego w Hesji.

    Jest to dość uniwersalne rozwiązanie. Ciągniki przystosowane do współpracy z systemem eHighway nie tracą możliwości poruszania się po tradycyjnych drogach. Z kolei tam gdzie to możliwe, przełączać się będą na napęd elektryczny, który w porównaniu do diesla charakteryzuje się zmniejszonym o połowę zużyciem energii oraz zerową emisją spalin.

    Pierwsze testy eHighway rozpoczną się w 2018 r.

    - Dzięki eHighway stworzyliśmy ekonomicznie zasadne rozwiązanie transportu drogowego, nie mającego wpływu na środowisko naturalne. Nasza technologia jest alternatywą dla już istniejących rozwiązań opartych na silnikach wewnętrznego spalania - powiedział Roland Edel, główny technolog w branży Mobility Siemens AG.

    elektryczne autostrady ehighway

    W komunikacie, który otrzymaliśmy od biura prasowego firmy Siemens zabrakło niestety informacji o kosztach budowy elektrycznej autostrady. Jedyna wzmianka na ten temat pojawia się w powyższym cytacie. „Ekonomicznie zasadne” można interpretować z dość dużą dozą prawdopodobieństwa, jako opłacalne. Jeśli chodzi o twarde dane, wiemy jedynie, że koszt pokonania dystansu 100 tys. km, 40-tonową ciężarówką zasilaną energią elektryczną jest o 20 tys. euro niższy, niż w przypadku ciągnika z silnikiem diesla.

    Cały system zostanie zbudowany jako część większego projektu ELISA (Zelektryfikowany, innowacyjny ciężki transport drogowy na autostradach), prowadzonego przez Ministerstwo Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Reaktorów Atomowych (BMUB).

    Z bardzo podobnym rozwiązaniem eksperymentują również Szwedzi.

    Z tą różnicą, że instalacja wybudowana przez firmę Scania w mieście Gävle, testowana jest na ciężarówkach z czystym napędem elektrycznym. Jeśli chodzi o koszty, to przejazd tego odcinka przy wykorzystaniu energii elektrycznej jest o ok. połowę tańszy, niż przy użyciu silnika diesla. Nie sposób nie wspomnieć też o tym, że napędy elektryczne są też o wiele bardziej przyjazne środowisku, niż spalanie ropy.

    Honda pracuje z kolei nad ładowaniem bezprzewodowym.

    Pomysł działu badawczego Hondy zostanie zaprezentowany ze szczegółami podczas SAE World Congress Experience. Na razie wiemy jedynie, że zespół naukowców pracujących dla japońskiego koncernu zaproponuje rozwiązanie bezprzewodowego ładowania samochodów elektrycznych podczas jazdy.

    Pomysł ten jest tak samo ciekawy, jak trudny do zrealizowania. Według Japończyków, samochód podczas ładowania nie mógłby jechać szybciej, niż 155 km/h (96 mph), a bezprzewodowa „ładowarka”, umieszczona na drodze pod warstwą asfaltu musiałaby dysponować mocą 180 kilowatów. Aktualnie żaden producent nie dysponuje systemem ładowania o takiej wydajności.

    W porównaniu z koncepcją Hondy, projekty Siemensa i Scanii są na pewno tańszymi rozwiązaniami. Pozostaje jeszcze kwestia tego, ile zajęłoby przystosowanie np. 100-kilometrowego odcinka niemieckiej autostrady do tego, aby mogły poruszać się na nim ciężarówki z napędem hybrydowym.



    Oto eHighway

    0 0

    Edelkrone to jedna z najciekawszych firm produkujących akcesoria przydatne w pracy filmowca. Ich nowy produkt SurfaceONE ponownie zachwyca możliwościami i… rozczarowuje ceną.

    Edelkrone to jedna z tych firm, które potrafią zrewolucjonizować rynek. Tam, gdzie większość producentów od lat rozwija swoje akcesoria dokładając do nich kolejne funkcje, Edelkrone nie boi się podważać fundamentów. Mam wrażenie, że negowanie standardów jest czymś, co wychodzi Edelkrone najlepiej.

    Weźmy na przykład taki slider wideo. Jest to zasadniczo szyna, po której aparat może się poruszać w poziomie idealnie w linii prostej. Pozwala to tworzyć ładne, dynamiczne ujęcia z wykorzystaniem ruchu. Większość firm unowocześnia ten pomysł dodając nowe funkcje, np. silniczek, dzięki któremu aparat porusza się automatycznie, idealnie jednostajnym ruchem.

    Edelkrone potrafi zdefiniować główny problem tego rozwiązania: szyna jest duża i problematyczna w przenoszeniu. Co więcej, firma potrafi znaleźć rozwiązanie, którym jest składana, zautomatyzowana konstrukcja zastępująca szynę.

    Teraz do sprzedaży trafia nowy sprytny produkt. Jest nim SurfaceONE.

    Edelkrone SurfaceONE to zautomatyzowana platforma, która pozwala wprowadzić ruch do nagrań. Edelkrone chwali się, że stworzył najmniejszy na świecie dwuosiowy system kontroli ruchu aparatu.

    Cały koncept to rozszerzenie idei slidera. SurfaceONE pozwala na ruchy aparatu nie tylko w linii prostej, ale także po okręgu, dookoła obiektu. Nowe urządzenie możemy postawić na podłodze lub na stole, a zajmie się ono odtworzeniem zaprogramowanej wcześniej trasy. Urządzenie obsłuży aparaty o wadze do 6,8 kg.

    System obsługuje zarówno obiekty w niewielkiej skali (drobne przedmioty typu butelki), jak i w znacznie większym rozmiarze (np. samochody). Mamy precyzyjną kontrolę nad szybkością ruchu wyrażaną w stopniach na sekundę. Do tego SurfaceONE ma wskaźnik laserowy, który pozwoli wyznaczyć środek filmowanego obiektu.

    Platforma jest obsługiwana z poziomu aplikacji mobilnej dostępnej na Androida i iOS. Możemy wybrać jeden z kilku trybów pracy: niekończący się slider, tryb jazdy po okręgu i obrót wokół własnej osi. Twórcy zapowiadają też aplikację na Apple Watcha.

    edelkrone surfaceone

    Kapitalną funkcją jest także wbudowany programator do timelapse’ów. W aplikacji mobilnej możemy ustawić wszystkie parametry filmu poklatkowego, w tym interwał między zdjęciami, czas trwania nagrywania, czy długość finalnego filmu. Jeśli podłączymy SurfaceONE do aparatu przewodem, system sam będzie wyzwalał migawkę zgodnie z naszymi założeniami.

    Niestety jak zwykle nowy gadżet Edelkrone nie jest tani.

    Urządzenie zostało wycenione na prawie 700 dol. To spora kwota, choć w świecie akcesoriów wideo nie jest bynajmniej szokująca.

    Do tego trzeba doliczyć jeszcze stelaż z głowicą FlexTILT Head 2 za kolejne 150 dol., a dodatkowo przydałaby się też szybkozłączka (110 dol.) i zestaw dodatkowych akumulatorów z ładowarką (55 dol.). Całość przekracza zatem 1000 dol.

    Tanio nie jest, ale i tak kibicuję firmie Edelkrone. Bardzo podobają mi się ich produkty, a każda kolejne premiera pokazuje, że producent nie osiada na laurach.



    Edelkrone kusi kapitalnym gadżetem dla filmowców. To SurfaceONE

    0 0

    szybkość internetu ranking światowy

    Speedtest.net, prawdopodobnie najpopularniejszy portal jeśli chodzi o testowanie szybkości łącz internetowych opublikował właśnie bardzo ciekawy ranking. Zastanawialiście się kiedyś, który kraj może pochwalić się najszybszymi łączami?

    Niestety, Polski nie znajdziemy na wysokiej pozycji na liście. Zarówno w zestawieniu szybkości internetu bezprzewodowego, jak i łącz stacjonarnych. W rankingu internetu mobilnego wyprzedza nas nawet francuska wyspa Reunion, o której prawie nikt, nigdy nie słyszał. No, ale jak się nie ma, co się lubi…

    Europa może pochwalić się najszybszym internetem mobilnym.

    szybkosc internetu ranking swiatowy

    Pierwsze trzy miejsca w rankingu Speedtest.net zajmują: Norwegia (52,59 Mbps), Holandia (46,94 Mbps) i Węgry (46,24 Mbps). W pierwszej dziesiątce znajdują się jeszcze dwa europejskie kraje: Malta (5. miejsce, 44,84 Mbps) i Belgia (9. Miejsce, 37,81 Mbps). Pozostała piątka z top 10 rozsiana jest po całym świecie – od Singapuru (3. Miejsce, 45,99 Mbps), po Zjednoczone Emiraty Arabskie (7. miejsce, 43,98 Mbps).

    W rankingu szybkości mobilnego internetu Polska zajęła dopiero 49. miejsce z wynikiem 21,34 Mbps. W porównaniu do poprzedniego miesiąca, spadliśmy o 2 pozycje, dając wyprzedzić się Albanii. Przyczyną tego stanu rzeczy mogły być zmiany zasad korzystania z roamingu krajowego, wprowadzone przez sieć Play.

    Najszybsze stałe łącza znajdziemy z kolei w Azji.

    szybkosc internetu ranking swiatowy

    Najszybszym internetem na świecie może pochwalić się Singapur ze średnią prędkością na poziomie 154,38 Mbps. Nieco wolniej jest w Południowej Korei (125,69 Mbps) i Hong Kongu (117,21). Ostatnie państwo, w którym średnia prędkość stałych łącz przekracza 100 Mbps to Islandia.

    Gdzie w tym rankingu uplasowała się Polska? W pierwszej 40-tce. Konkretniej: na 39. miejscu, czyli o jedną pozycję wyżej, niż miesiąc wcześniej. 35,09 Mbps nie jest najlepszym wynikiem na świecie, ale nie jest to też bynajmniej tragiczna prędkość. Chociaż nie ukrywam, że bardziej cieszyłaby mnie pozycja w pierwszej dziesiątce. I to w obu zestawieniach.

    Czy ranking Speedtest.net jest wiarygodny?

    [caption id="attachment_583730" align="aligncenter" width="1000"]szybkosc internetu ranking swiatowy Polska w lipcu wypadła następująco. Tragedii nie ma, ale... mogłoby być zdecydowanie lepiej.[/caption]

    Cóż, na stronie z wynikami możemy znaleźć następującą formułkę:

    Aby dany kraj znalazł się w obu zestawieniach, prędkość łącza internetowego musi zostać przetestowana przez 670 użytkowników sieci mobilnych (dla rankingu prędkości łączy mobilnych) i 3333 użytkowników stałych łącz.

    Przy tak niskich wymaganiach, rankingiem tym można w dość łatwy sposób manipulować. Przynajmniej w teorii. Speedtest.net podając wyniki dla poszczególnych krajów nie podaje liczby użytkowników, na podstawie której została wyciągnięta dana średnia. Dlatego też mam chyba zbyt dużo obiekcji, żeby uznać to za oficjalny, światowy ranking.



    Wynik Polski może być powodem do wstydu

    0 0
  • 08/11/17--11:27: Jak zainstalować Ubuntu?
  • jak zainstalować Ubuntu

    Masz dość Windowsa? A może cię po prostu na niego nie stać? Bez znaczenia, bo istnieje całkiem przyzwoita i darmowa alternatywa dla twojego PC. To system operacyjny Ubuntu, a my podpowiemy jak go zainstalować.

    Ubuntu to jedna z najbardziej rozpoznawalnych dystrybucji Linuksa. Podbiła serca milionów użytkowników na całym świecie dzięki prostocie obsługi i bezproblemowości. Bardzo dobrze radzi sobie też z wykrywaniem sprzętu i poprawną jego obsługą, co w systemach linuksowych nie jest oczywiste.

    Zdaję sobie sprawę, że zdaniem wielu entuzjastów to nie Ubuntu, a Elementary OS jest lepszym systemem. Albo Linux Mint. Albo coś, czego jeszcze nie znam i jeszcze nie instalowałem, a co oferuje coś bardzo dla was atrakcyjnego. Cóż, może. Dział komentarzy pozostawiam do waszej dyspozycji. Na Ubuntu polega jednak kilkadziesiąt zadowolonych milionów użytkowników na całym świecie. Niejednokrotnie polegałem na nim i ja, więc z pewnością siebie wskazuje go jako najlepszą darmową alternatywę dla Windows na komputerze PC, która jest dostępna do pobrania (ostatnie kryterium, niestety, dyskwalifikuje macOS-a).

    By nie przedłużać, prezentuję  poradnik jak zainstalować Ubuntu w 10 szybkich krokach:

    1. Pobierz Ubuntu

    jak zainstalować Ubuntu

    W tym celu należy się udać na witrynę firmy Canonical i pobrać obraz instalacyjny systemu.

    Twórcy poproszą też o dobrowolny datek na ich rzecz. Dobrowolny oznacza jednak, że możemy go uiścić później. Przy założeniu, że system nam się spodoba i sami zdecydujemy, że chcemy wynagrodzić jego twórców.

    2. Przygotuj dysk instalacyjny, pendrive’a lub płytę DVD

    Pobrany plik ISO należy nagrać na pendrive’a lub na płytę DVD zaznaczając przy tym, że ów nośnik ma być nośnikiem rozruchowym. Następnie musisz ustawić  komputer tak, by rozruch rozpoczynał od tego nośnika. Tu, niestety, nie jestem w stanie ci pomóc. Każdy producent płyty głównej stosuje swoje menu BIOS / UEFI, w których rozkład funkcji jest zupełnie inny niż w innych. Należy skonsultować się z instrukcją obsługi PC lub płyty głównej. Należy szukać funkcji związanej z kolejnością rozruchu (Boot order).

    Uwaga! Nie zmieniaj ustawień jeżeli nie jesteś pewy do czego służą! W razie braku instrukcji obsługi spróbuj odezwać się w komentarzach, może uda się pomóc. Lub do kogoś kompetentnego. Jest całkiem możliwe, że twój komputer fabrycznie jest skonfigurowany tak, by najpierw stosować rozruch z pendrive’a / napędu DVD. Umieśćmy go i sprawdźmy.

    jak zainstalować Ubuntu

    Jeżeli wszystko poszło zgodnie z planem, powinieneś ujrzeć powyższy ekran. Wybierz Install Ubuntu i wciśnij Enter.

    3. Wybór języka

    jak zainstalować Ubuntu

    Zakładam, że chcesz język polski. Więc, tak jak zapewne sam podejrzewasz, wybierz z listy język Polski i kliknij Naprzód.

    4. Tak, chcesz dodatki systemowe

    jak zainstalować Ubuntu

    Z przyczyn prawnych i licencyjnych system się zapyta, czy może podczas instalacji pobrać aktualizacje oraz czy może doinstalować oprogramowanie firm trzecich do obsługi własnościowych standardów. Obie funkcje są przydatne, zaznacz je i kliknij Naprzód.

    5. Partycjonowanie dysków

    jak zainstalować Ubuntu

    W kolejnym kroku instalator Ubuntu zapyta, gdzie ma się zainstalować i w jaki sposób. Domyślnie wybrana opcja zapewne jest tą właściwą. Bardziej zaawansowani użytkownicy mogą jednak w tym momencie podzielić dyski – w razie potrzeby – na partycje, lub nawet je zaszyfrować dla dodatkowego bezpieczeństwa. Jeżeli czytasz ten poradnik, to zapewne nie chcesz nic zmieniać, a tylko kliknąć Zainstaluj. Instalator zapyta się czy jesteś pewny, listując dyski i partycje które zostaną wykorzystane. Potwierdź przyciskiem Naprzód.

    6. Ustawienia regionalne

    jak zainstalować Ubuntu

    Instalator zapyta się, gdzie mieszkasz, by dostosować swoje ustawienia regionalne. Zapewne pokrywa się to z wybranym wcześniej językiem, więc opcja wybrana domyślnie powinna być wystarczająca. (Nasi czytelnicy na emigracji w tym momencie poprawiają to, co instalator próbował odgadnąć.) I klikasz  Naprzód.

    7. Ustawienia klawiatury

    jak zainstalować Ubuntu

    Jeżeli z jakiegoś względu chcesz inny układ od polskiego, teraz możesz go zmienić. Po czym kliknij Naprzód.

    8. Skonfiguruj swoje konto

    jak zainstalować Ubuntu

    W tym etapie instalator poprosi o wymyślenie nazwy dla komputera, konta i hasła. Zapyta się też, czy powinien prosić o hasło przy rozruchu. Odpowiedz: powinien. Znacząco zwiększa to bezpieczeństwo komputera. Po wymyśleniu nazw i haseł kliknij Naprzód.

    9. Czas na herbatę...

    jak zainstalować Ubuntu

    Instalator rozpocznie procedurę instalacji. W zależności od możliwości komputera potrwa ona od kilku do kilkunastu minut. Możesz spokojnie zrobić sobie przerwę od patrzenia na ekran. Jak skończy, poprosi o ponowny rozruch komputera. Jeżeli po jego wykonaniu, a więc kliknięciu Uruchom ponownie komputer, po raz kolejny pojawi ci się ekran początkowy zaprezentowany w punkcie drugim tego poradnika, oznacza to, że komputer upiera się by ponownie rozpocząć rozruch od płyty DVD czy pendrive’a (to zależy od producenta komputera). Jeżeli tak się stanie, wyłącz komputer, wyjmij nośnik z portu lub napędu i go uruchom ponownie. Instalator będzie przetwarzał dane, po czym powita cię tym ekranem:

    jak zainstalować Ubuntu

    10. I gotowe!

    jak zainstalować Ubuntu

    Ubuntu jest już gotowy do pracy. Za darmo, z całkiem bogatym pakietem aplikacji. Miłej pracy!

    Sprawdź również: Jak zainstalować system Windows 10? Poradnik w 9 krokach



    Jak zainstalować Ubuntu?

    0 0

    asus zenfone 4 specyfikacja

    Francuski oddział firmy Asus zaliczył właśnie sporą wpadkę. Na ich stronie pojawiły się bowiem informacje o czterech nadchodzących modelach z serii Asus Zenfone. O wiele wcześniej, niż planowano.

    Zwolennicy teorii spiskowych mogą oczywiście twierdzić, że jest to przeciek kontrolowany. Biorąc jednak pod uwagę, że telefony zostałyby zaprezentowane za niecały miesiąc, wydaje nam się, że mogła to być jednak zwykła wpadka. Tak, czy inaczej nowe telefony z serii Zenfone 4 prezentują się następująco:

    Asus Zenfone 4

    asus zenfone 4 specyfikacja

    Oficjalna specyfikacja nie szokuje. 5,5-calowy ekran AMOLED z rozdzielczością Full HD to najlepsza opcja wśród czterech, nieoficjalnie zaprezentowanych wersji Zenfone’a. W środku znajdziemy procesor Snapdragon 630, 4GB RAM-u, baterię o pojemności 3300 mAh i 64 GB pamięci wewnętrznej, z możliwością jej rozszerzenia za pomocą złącza kart microSD.

    Zenfone 4 będzie mógł pochwalić się podwójnym aparatem z tyłu (12 Mpx i 8 Mpx) i pojedynczym z przodu z matrycą o rozdzielczości 8 Mpx. Wersja ta będzie dostępna w dwóch kolorach: czarnym i białym. Przynajmniej we Francji. Francuska cena tego modelu to 499 euro.

    Asus Zenfone 4 Selfie Pro

    asus zenfone 4 specyfikacja

    No, tutaj Asus zaszalał. Przynajmniej jeśli chodzi o aparat, który rzeczywiście robić będzie pro samoje selfiki. Z przodu bowiem zamontowano dwa obiektywy. Jeden z matrycą o rozdzielczości 24 Mpx, drugi o rozdzielczości 5 Mpx. Z tyłu znajdziemy tylko jeden obiektyw, z matrycą o rozdzielczości 16 Mpx.

    Ekran jest ten sam, co w przypadku Zenfone 4: 5,5-calowy AMOLED z rozdzielczością Full HD. Selfie Pro będzie miał też tyle samo RAM-u – 4GB i taką samą pojemność (64 GB, z możliwością rozszerzenia przy pomocy karty microSD). Jedyną różnicą, jeśli chodzi o wydajność będzie nieco wolniejszy procesor – Snapdragon 625. Cena tego modelu we Francji to 399,99 euro. Na stronie z przeciekiem zabrakło niestety informacji o pojemności baterii.

    Asus Zenfone 4 Selfie

    asus zenfone 4 specyfikacja

    W gruncie rzeczy to wersja light poprzedniego modelu. W niej również znajdziemy dwa aparaty z przodu, tyle że ich matryce będą miały inną rozdzielczość – 20 i 8 Mpx. Obiektyw z tyłu jest prawdopodobnie tym samym, który występuje w Zenfone 4 Selfie Pro. Ma przynajmniej taką samą rozdzielczość matrycy, czyli 16 Mpx.

    Jeśli chodzi o resztę specyfikacji, to jest to już typowa średnia półka. Snapdragon 430 i 4GB RAM-u raczej nie pozwolą grać w najnowsze gierki mobilne. Ekran też sugeruje, że jest to model budżetowy: 5,5-calowy wyświetlacz IPS z rozdzielczością 1280 x 720. Z oficjalnego przecieku wiemy też, że pojemność baterii w tym modelu to 3000 mAh. Na koniec zostaje jeszcze 64 GB pamięci wewnętrznej, którą można rozszerzyć kartą microSD. Jego cena to 299,99 euro.

    Asus Zenfone 4 MAX

    asus zenfone 4 specyfikacja

    Jeśli jest to oficjalna nazwa tego modelu, to… Asus się chyba trochę pogubił. Asus Zenfone 4 MAX miał już bowiem swoją premierę. Model z francuskiego przecieku ma niby tę samą nazwę, jednak różni się od dostępnej już wersji mniejszym ekranem i mniejszą pojemnością baterii.

    No, ale załóżmy, że Asus wie co robi. Nowa wersja Zenfone 4 MAX ma mieć ekran IPS o przekątnej 5,2 cala, wyświetlający obraz w rozdzielczości 1280 x 720. Pojemność baterii to całe 4100 mAh. Oprócz tego wiemy też, że nowy MAX będzie miał dwa obiektywy z tyłu (13 i 5 Mpx) i jeden obiektyw (8 Mpx) z przodu). Zamontowany procesor to Snapdragon 425. Do tego dochodzi 3GB RAM-u i 32 GB pamięci wewnętrznej (i slot na kartę microSD). Będzie to też najtańszy model z serii Zenfone 4. We Francji kosztować będzie 229,99 euro.

    Nowe modele z serii Zenfone 4 to całkiem przyzwoita średnia półka.

    Najbardziej ciekawi mnie to, jak sprzedawać się będzie wersja Zenfone 4 Selfie Pro. Podwójny aparat z przodu wydaje mi się być lekkim przegięciem, no ale jeśli ktoś spędza pół życia na Snapchacie, to pewnie się ze mną nie zgodzi.

    Ceny nowych modeli, w zestawieniu z ich specyfikacją również wydają się być całkiem OK. Chociaż z tą oceną wolę poczekać na oficjalny cennik w polskiej dystrybucji. Wydaje mi się jednak, że nowe Zenfony mają szansę nieco namieszać, jeśli chodzi o średnią półkę cenową.



    Asus przez przypadek pokazał nowe Zenfony

    0 0

    tookapic, samsung galaxy a5 2017, złapane smartfonem 2017

    Po prostu jedź.

    Codziennie dzielę się z wami jednym najlepszym zdjęciem, które wykonałem danego dnia smartfonem Samsung Galaxy A5 2017.

    Dzisiejsze zdjęcie zrobiłem podczas wieczornej jazdy autem. Smartfon zawiesiłem w uchwycie pod szybą, a wcześniej przełączyłem aplikację aparatu w tryb nocny. Do tego zastosowałem samowyzwalacz, w którym po upływie dwóch sekund smartfon robi trzy zdjęcia jedno po drugim. Tu pozwoliło zrobić mi kilka ujęć po ruszeniu ze świateł, bez dotykania smartfona w czasie jazdy.

    Tryb nocny zrobił dokładnie to, czego od niego oczekiwałem, a więc wydłużył czas naświetlania, dzięki czemu na zdjęciu widać ruch. Całkowicie zamrożona w czasie klatka byłaby mniej interesująca.

    Chciałem, żeby zdjęcia przypominało kadr z filmu. Aby to osiągnąć zmieniłem proporcje boków na 16:9 i dodatkowo nałożyłem kaszetę (czarną ramkę na górze i na dole). Obróbka kolorystyczna zamknęła się w nałożeniu filtra kolorystycznego w aplikacji VSCO. Do tego celowo dodałem do zdjęcia trochę ziarna, żeby spotęgować kinowe wrażenie.

    Kolejne zdjęcie już jutro. W międzyczasie zapraszam do obejrzenia mojego profilu na Tookapic, gdzie znajdziecie wszystkie zdjęcia powstałe w naszym projekcie fotograficznym tworzonym wspólnie z Samsungiem i Tookapic.



    Drive – złapane smartfonem #152

    0 0

    megapanel

    Jeśli właśnie wstałeś i z niewiadomego względu nie możesz połączyć się z internetem, to jest spora szansa, że twoim dostawcą jest firma UPC. Usługodawca zanotował właśnie awarię na szeroką skalę.

    Użytkownicy z całej Polski zgłaszają od rana problem z działaniem zarówno internetu, jak i telewizji dostarczanej przez UPC. Szybki rzut oka na mapę w Down Detector wyraźnie wskazuje, że coś jest na rzeczy:

    Problemy z działaniem UPC masowo zgłaszają też niezadowoleni komentujący na Facebooku. Sądząc jednak po owych komentarzach, powód awarii jest prozaiczny - przez Polskę przetoczyła się w nocy fala burz, która dała się we znaki operatorowi.

    UPC nie działa - co teraz?

    Dzisiejsza awaria to idealny przykład tego, że trudno wygrać z naturą i nawet dostawca usług o takim zasięgu, jak UPC, potrzebuje czasu, by uporać się ze szkodami spowodowanymi działaniem żywiołów. Co w taki razie zrobić?

    Najlepiej po prostu spokojnie poczekać, aż usterka zostanie usunięta. Dobrze się składa - jest sobota, pogoda (przynajmniej na pomorzu) zapowiada się pięknie, więc jest to idealny moment na to, by dać sobie nieco odpocząć od telewizji i internetu. To zapomniana sztuka, którą dziś warto sobie przypomnieć, skoro tak wielu z was i tak nie działa internet (swoją drogą, polecam to również tym, którym internet i TV działają...).

    Dla tych, którzy potrzebują połączenia sieciowego chociażby ze względu na pracę, pozostaje udostępnienie mobilnego internetu z telefonu, bądź wizyta w pobliskiej kawiarni z darmowym Wi-Fi.

    [Aktualizacja 10:55]

    Wszystko wskazuje na to, że UPC zdołało uporać się z awarią w najbardziej newralgicznych punktach. Mimo wszystko nadal podtrzymuję zachętę do spędzenia kilku chwil bez internetu.



    UPC nie działa - użytkownicy z całej Polski zgłaszają problemy

older | 1 | 2 | (Page 3) | 4 | 5 | 6 | newer