Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.

older | 1 | (Page 2) | 3 | 4 | .... | 6 | newer

    0 0

    O zgonie Windows 10 Mobile pisaliśmy już dostatecznie dużo. Nie wiedzieliśmy w zasadzie tylko jednego: jak to dokładnie będzie wyglądało dla posiadaczy telefonów z tym systemem. Dziś w końcu się tego dowiadujemy.

    W ostatnich tygodniach na łamach Spider’s Web pojawiło się sporo tekstów ogłaszających koniec Windows 10 Mobile. Ostrzegaliśmy na wiele sposobów przed dalszym inwestowaniem w tę platformę i – patrząc po komentarzach pod naszymi tekstami – wyraźnie dotarło. Nie napisaliśmy w zasadzie już tylko jednego: co to oznacza dla użytkowników, którzy posiadają telefony z tym systemem operacyjnym. Czego mogą się spodziewać?

    Microsoft na razie milczy. Utrzymuje – formalnie zgodnie z prawdą – że Windows 10 Mobile nie umarł i że nadal jest serwisowany i aktualizowany. To oczywiście prawda, choć jedyną zmianą jaką otrzymają posiadacze telefonów z tym systemem wraz z aktualizacją Fall Creators Update jest zgodność z nowo wprowadzonymi API do UWP oraz… obsługa trybu portretowego dla podłączanych do telefonu zewnętrznych monitorów.

    Jak więc wygląda przyszłość dla posiadaczy takich urządzeń, jak Lumia 950, Elite x3 czy Idol 4 Pro? Dzięki informacjom, do jakich dotarł Zac Bowden z Windows Central, poznajemy tak zwaną roadmapę dla Windows 10 Mobile. A więc dalszy plan rozwoju. Choć raczej powinno się to nazywać planem wygaszenia.

    Zapomnijcie o prawdziwym Fall Creators Update. A także o Redstone 4.

    Windows 10 Mobile pozostanie już na zawsze projektem odłączonym od głównego nurtu rozwojowego Windows 10. To właśnie dlatego tak niewiele zmian z Fall Creators Update trafi do telefonów z tym systemem. Bo tak na dobrą sprawę, owe telefony nigdy na nowy system nie przejdą, a nazwa aktualizacji ma znaczenie głównie marketingowe.

    Windows 10 Mobile pozostanie więc w fazie, którą Microsoft nazywa feature2 i która jest wypryskiem Creators Update. Zwariowaliście już od tych dziwnych microsoftowych nazw? To teraz przełożę na ludzki.

    Aktualizacja rocznicowa Windows 10 była ostatnią wersją Windows 10 rozwijaną równolegle na telefony i pozostałe urządzenia. Właściwa aktualizacja Creators Update nigdy nie trafiła na telefony, zamiast niej trafiło coś o nazwie feature2 i tak już pozostanie do ostatecznej śmierci Windows 10 Mobile. Wszystkie kolejne po aktualizacji rocznicowej, w tym Fall Creators Update i Redstone 4, tak naprawdę nadal będą upudrowanym feature2.

    To pożonglowaliśmy sobie nazwami. Co to oznacza w praktyce dla posiadaczy Windows 10 Mobile?

    Dla Microsoftu feature2 to „podwersja Windows 10 przeznaczona dla starych układów ARM”. Będzie ona serwisowana, tak jak zakłada licencja, przez kolejne 1,5 roku. Planowanych jest kilka nowych, nieokreślonych precyzyjnie funkcji, mają one jednak wyłącznie dotyczyć klientów korporacyjnych. Jądro OneCore nie będzie już rozwijane na Windows 10 Mobile. Żadne nowe rozwiązanie wprowadzone do Windows 10 Creators Update, Fall Creators Update czy Redstone 4 nie trafi już do Windows 10 Mobile. W tym uniwersalna powłoka CShell.

    Jest tylko jeden wyjątek. Windows 10 Mobile niemal do końca swojego okresu wsparcia zachowa zgodność z nowo wprowadzanymi API dla aplikacji. Nie dojdzie więc do kuriozalnej sytuacji, w której twórcy aplikacji dla Windows 10 wykorzystujący nowe API będą musieli tworzyć specjalne, okrojone podwersje dla Windows 10 Mobile. System zachowa atut uniwersalności, choć nawet w tym przypadku owe API będą portowane i doklejane do feature2 zamiast pojawiać się naturalnie w wyniku rozwoju systemu. To doczepianie na zapałki i gumę do żucia ma się zakończyć na Redstone 4.

    Redstone 5 ma się pojawić pod koniec przyszłego roku.

    Wprowadzi – jak możemy się domyślać – nowe API i unowocześni istniejące. Każda aplikacja na Windows 10 uaktualniona o ich obsługę nie będzie poprawnie działać na Windows 10 Mobile. Jest skrajnie nieprawdopodobne by przy tak nielicznej grupie użytkowników tego systemu jakikolwiek twórca aplikacji się tym przejął i zdecydował się tworzyć osobną jej podwersję na telefony w momencie zniknięcia atutu uniwersalności.

    Jedyna pozytywna informacja, jaka z tego wynika, to fakt, że Microsoft zachowuje się odpowiedzialnie względem swoich klientów i partnerów. Choć wyraźnie nie jest już zupełnie zainteresowany platformą Windows 10 Mobile, nie zamierza porzucać użytkowników i pozostawiać ich bez opieki. Robi to przy tym w lepszym stylu niż w przypadku Windows Phone czy Windows RT, które były tylko i wyłącznie serwisowane niejako z musu, a więc licencyjnego zobowiązania.

    To jak wygląda przyszłość Windows 10 Mobile?

    Windows 10 Mobile jako system nie czekają już żadne istotne zmiany, nowości czy usprawnienia. Uniwersalne aplikacje (UWP) będą się jednak rozwijać przez najbliższe niespełna 1,5 roku z uwagi na fakt, że są rozwijane również na innych urządzeniach. Aplikacje dla Windows Phone, które Windows 10 Mobile obsługuje, prawdopodobnie będą sukcesywnie porzucane przez ich twórców z uwagi na malejącą liczbę ich odbiorców.

    Czy Windows na telefonach kiedykolwiek jeszcze wróci? Microsoft dość mętnie rysuje wizję ultraprzenośnego komputera PC z możliwościami telefonu. Co to dokładnie oznacza, czy pojawi się na rynku i czy będzie czymś więcej niż wyspecjalizowanym narzędziem dla konkretnych grup zawodowych? Na odpowiedzi na te pytania musimy jeszcze poczekać.



    Tak Microsoft będzie wygaszał Windows 10 Mobile

    0 0

    perseidy 2017

    Zbliża się tegoroczne maksimum roju Perseidów. Zjawisko możemy oglądać już teraz, ale jego apogeum nastąpi w najbliższy weekend.

    Spadające gwiazdy - to, jakże błędne, określenie drobin wchodzących w ziemską atmosferę, które przyjęło się i trudno je wykorzenić. Perseidy, ale nie tylko one, bo podobnych rojów jest więcej, pełnią często rolę złotej rybki. - Pomyśl życzenie - taką radę słyszy wiele osób podczas pierwszych obserwacji, najczęściej w dzieciństwie.

    Niestety, nauka jest bezlitosna. Perseidy (czy choćby Orionidy i Leonidy) nie mają w sobie niczego z magii. Choćbyśmy pomyśleli setki życzeń, nie spełnią się one, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki.

    Mechanizm jest prosty. Co roku Ziemia przechodzi przez pozostałości materii pochodzącej z komety okresowej 109P/Swift-Tuttle. Okrąża ona Słońce co 133 lata, a odkryta została w 1862 r. Nazwa, jak w przypadku innych rojów meteorów, ma związek z gwiazdozbiorem, w którym umiejscowiony jest radiant, w uproszczeniu, punkt, który pomaga w zlokalizowaniu zjawiska.

    To już koniec magii. Perseidy to zjawisko w pełni wytłumaczalne.

    Przy okazji jego przypomnienia, warto dokonać jeszcze jednego uściślenia. Gdy już oduczymy się nazywania rojów spadającymi gwiazdami, możemy wpaść w kolejną pułapkę. Bardzo często zamiennie używamy określenia meteor i meteoryt. To również błąd.

    Meteorem nazywamy właśnie to piękne zjawisko świetlnej smugi na niebie, które skłania nas do wymyślania życzeń. Drobina, okruch, który je wywołuje, nazywana jest meteoroidem i może mieć różne pochodzenie. Jej źródłem mogą być komety (jak w przypadku Perseidów), ale też planetoidy, a nawet planety. Z kolei meteoryt to obiekt, który wszedł w atmosferę i zderzył się z Ziemią. To ten "kamyczek" lub większy "kamień" (to określenie bierzemy oczywiście w cudzysłów), który możemy znaleźć, jeżeli mamy szczęście, lub zobaczyć w muzeach historii naturalnej.

    Kiedy obserwować Perseidy?

    Skoro rozprawiliśmy się już z mitami, czas spojrzeć w niebo. W nocy z 12 na 13 sierpnia zaobserwujemy maksimum roju Perseidów. Oznacza to, że w ciągu tych kilku godzin będziemy mogli zanotować największą liczbę meteorów. Nawet kilkadziesiąt w ciągu godziny.

    W praktyce meteory możemy oglądać już dziś. Zjawisko jest bowiem widoczne od połowy lipca do prawie końca sierpnia. Poza maksimum liczba wchodzących w atmosferę meteoroidów będzie jednak znacznie niższa.

    Co trzeba zabrać ze sobą na obserwację Perseidów?

    Koc, leżak, ciepłą bluzę, entuzjazm i przede wszystkim przyjaciół lub rodzinę. W obserwowaniu roju Perseidów nie sprawdzi się lornetka czy teleskop. Najlepiej obserwację prowadzić za miastem, z dala od zanieczyszczenia świetlnego.

    Gdzie należy patrzeć? Pomocnym punktem odniesienia w znalezieniu konstelacji Perseusza będzie bardzo charakterystyczny "zygzakowaty" gwiazdozbiór Kasjopei. Jeżeli nie radzimy sobie z lokalizacją gwiazdozbiorów, możemy skorzystać z aplikacji mobilnych, takich jak choćby dostępne dla Androida i iOS Star Walk czy Celestron Sky Portal, z którego zrzut ekranu widać poniżej.

    perseidy

    Jeżeli nie mamy możliwości wyjazdu, możemy przeżyć tę chwilę choćby w stołecznym Centrum Nauki Kopernik. Podobne imprezy organizowane są również w innych miastach.

    Obserwacja spadających gwiazd meteorów może być przyjemnym doświadczeniem.

    Zamiast w smartfony możemy popatrzeć w gwiazdy i robić to w dobrym towarzystwie. Pewnie tej romantycznej otoczce towarzyszącej obserwacji zawdzięczamy wszystkie te magiczne skojarzenia. Nauka jest jednak ciekawsza niż pseudonaukowe wymysły. Patrząc na Perseidy pomyślmy zatem o tym, że to piękne zjawisko na niebie powodują okruchy często podobnych rozmiarów jak ziarnko piasku. Wspaniale, prawda?



    Czas spojrzeć w niebo. Przed nami piękny spektakl Perseidów

    0 0

    Przeszczep skory lek na cukrzyce

    Naukowcy z University of Chicago opracowali nową metodę walki z cukrzycą. Terapia polega na przeszczepie zmodyfikowanych genetycznie płatów skóry, które pobudzają organizm cukrzyka do produkcji własnej insuliny.

    Jest to kolejne zastosowanie metody CRISPR, wykorzystywanej właśnie do edycji genów. Zespół naukowców z University of Chicago przeprowadził pierwsze skuteczne testy swojej metody na myszach cierpiących na cukrzycę. Jeśli terapia zadziała w ten sam sposób u ludzi, już wkrótce moglibyśmy zapomnieć o nieprzyjemnych zastrzykach insulinowych.

    Przeszczep skóry lekiem na cukrzycę.

    - W porównaniu z innymi metodami dostarczania zmodyfikowanych genów do organizmu ludzkiego, nasza metoda jest o wiele bezpieczniejsza i tańsza – mówi Xiaoyang Wu, profesor z University of Chicago.

    Rzeczywiście, zespół Wu wykorzystując metodę edycji genów CRISPR, zmodyfikował płaty skóry w taki sposób, aby zawierały one zmodyfikowany gen, który stymuluje produkcję insuliny w trzustce chorego. Metoda ta została przetestowana na myszach laboratoryjnych cierpiących na cukrzycę.

    Zmodyfikowane geny, umieszczone w przeszczepionych płatach skóry dość szybko przyczyniły się do redukcji symptomów choroby u gryzoni. Zespół z Chicago liczy teraz, że jak najszybciej uda się zebrać fundusze na dalsze testy, które pozwoliłby na przetestowanie tej metody na ludziach.

    Przeszczep zmodyfikowanej genetycznie skóry nowym sposobem leczenia.

    - Skóra mogłaby posłużyć jako platforma dla wielu nowych terapii – mówi Wu.

    I w tym szaleństwie bez wątpienia znajduje się metoda. Pomyślcie tylko: chorzy na hemofilię (problemy z krzepnięciem krwi) mogliby np. otrzymać przeszczep płatu skórnego, który zawierałby brakującą w ich organizmie proteinę. Wu sugeruje, że przeszczepy skóry mogłyby też działać w „drugą stronę”, czyli usuwać szkodliwe toksyny z ciała pacjenta.

    Metoda ta wydaje się też znacznie bezpieczniejsza, niż podawanie zmodyfikowanych genów przy pomocy wirusów. Wykonując przeszczep płatu skórnego, ryzyko jakiejkolwiek reakcji układu immunologicznego pacjenta jest znikome. W przypadku, gdy nośnikiem zmodyfikowanego genu jest wirus, ryzyko to dość znacznie wzrasta.

    Po drugie, Xiaoyang Wu twierdzi, że podawanie zmodyfikowanych genów przy pomocy wirusów, niesie za sobą ryzyko losowych mutacji, które zdaniem naukowca mogą wywołać nawet choroby nowotworowe. Przynajmniej w teorii – nie odnotowano bowiem jeszcze żadnego takiego przypadku.

    Metoda CRISPR ma ogromny i nadal nieodkryty potencjał.

    Pomysł na leczenie osób chorych na cukrzycę przy pomocy genetycznie zmodyfikowanych płatów skóry jest genialny. Zamiast codziennych, nieprzyjemnych zastrzyków insuliny, w przyszłości wystarczy raz na kilka miesięcy przeszczepić sobie cienki pasek skóry i nie przejmować się chorobą.

    Ogromną zaletą tej nowej, jeszcze dość mocno eksperymentalnej terapii jest jej prostota. Nie mówimy tu w końcu o hodowli zmodyfikowanych genetycznie ludzko-świńskich chimer, a o przeszczepie lekko zmodyfikowanej skóry. Prawie identyczny zabieg wykorzystuje się od kilkudziesięciu lat w leczeniu poparzeń, więc lekarze nawet nie musieliby uczyć się niczego nowego. Poza edycją genów oczywiście.



    Przeszczep skóry zamiast zastrzyku – to nowa metoda leczenia cukrzycy

    0 0

    Darmowy roaming w Virgin Mobile

    Dobra wiadomość dla wszystkich abonentów Virgin Mobile. Operator wprowadził darmowy roaming do swojej oferty.

    Nie skaczcie jeszcze z radości. Jak podaje Telepolis, zmiany dotyczą tylko oferty „Plan 3”. Dodatkowo, darmowy roaming przysługuje tylko tym klientom, którzy podpisali umowę na 24 miesiące.

    Darmowy roaming w Virgin Mobile.

    Jak to wygląda w liczbach? Wszyscy klienci Virgin Mobile korzystający z abonamentu „Plan3_24M”, który kosztuje 39 zł miesięcznie mogą liczyć na:

    • Nielimitowane minuty na numery komórkowe do wszystkich sieci w Polsce i w roamingu, w Strefie Euro
    • Nielimitowane minuty na numery stacjonarne w Polsce i w roamingu w Strefie Euro
    • Nielimitowane SMS-y do wszystkich sieci w Polsce i w roamingu w Strefie Euro
    • Nielimitowane MMS-y do wszystkich sieci w Polsce i w roamingu w Strefie Euro
    • Pakiet internetowy – 15 GB w Polsce i 1,96 GB w roamingu w Strefie Euro

    Po wykorzystaniu limitu jednostek dostępnych w ramach Planu 3_24M, na terenie Strefy Euro abonenci będą taryfikowani według cennika usług roamingowych dla klientów abonamentowych Virgin Mobile, czyli:

    usługa Minuta połączenia głosowego do Polski Minuta połączenia głosowego w Strefie Euro Połączenie przychodzące SMS MMS transfer danych
    cena 0,29 PLN 0,29 PLN 0 PLN, po przekroczeniu FUP 0,05 PLN/min 0,09 PLN 0,25 PLN 0,12 PLN/1 MB

    Nowe zasady obowiązują od 27 lipca, także jeśli aktualnie spędzacie urlop na terenie Unii Europejskiej, warto zapoznać się z nowymi zasadami. Może okazać się, że połączenie z darmowym Wi-Fi nie jest tak bardzo potrzebne, jak wam się to do tej pory wydawało.



    Virgin Mobile wprowadza darmowy roaming dla swoich abonentów

    0 0

    Z tym laptopem nie powinny ci być straszne ulewy, zamiecie i susze. Szkoda tylko, że na Panasonic Toughbooku CF-20 nie zawsze pracuje się wygodnie.

    Zobacz nasz test wideo:

    Każdy kawałek tego laptopa zdaje się krzyczeć, że nie został wykonany do nudnej pracy przy biurku. Począwszy od obudowy wykonanej ze stopu magnezu, przez szkło chroniące ekran, aż po akumulatory, które można wymieniać w czasie pracy urządzenia.

    Dlatego testowałem go z dala od wygodnego biurka.

     

    Laptop był ze mną przez cały miesiąc autostopowej podróży przez Tajwan. Lądował zwykle na dnie plecaka, gdzie mógł się nieco poobijać, walając po różnych kątach, mieszkaniach i namiotach. Próbę wytrzymał wzorowo, więc teraz przyjrzyjmy mu się w detalach.

     

    Panasonic Toughbook CF-20 to hybryda z odłączaną klawiaturą. W trybie notebooka waży 1,76 kg. Sam tablet to prawie kilogram wagi.

    Przyznam, że spodziewałem się tu o wiele cięższego zawodnika i byłem bardzo pozytywnie zaskoczony „kompaktowością” sprzętu.

     

    Bardzo nietypowym, ale wygodnym rozwiązaniem okazała się rączka do noszenia zestawu. Dodaje nieco centymetrów do wymiarów notebooka, ale w ten sposób nosi się go wygodniej niż pod ramieniem.

     

    Ekran ma 10,1 cala i rozdzielczość WUXGA (1920 x 1200 pikseli), a co najważniejsze, jest dotykowy. Ze względu na grube ramki CF-20 plasuje się jednak w segmencie urządzeń o wyświetlaczach o 2 cale większych.

     

    Wyświetlacz IPS ma maksymalną jasność 800 nitów, dzięki czemu nawet w pełnym słońcu nie zamienia się w lustro.

    To nie tylko marketingowe gadanie. Sprawdziłem na własnych oczach! W południe mogłem bez problemu czytać Spider’s Web, nawet na świeżym powietrzu.

     

    Na duży plus zaliczam też obsługę dotyku. Obawiałem się nieco, że warstwa antyodblaskowa może wpłynąć na opóźnienia albo błędy w odczycie nacisku, ale nic takiego nie miało miejsca.

    Dodatkowo w zestawie znajduje się rysik. Korzystałem z niego bardzo rzadko i nie zauważyłem, aby specjalnie podnosił moją precyzję.

     

    Ma on jednak dwie poważne wady związane z mocowaniem. Po pierwsze, linka zwykle dynda na boki w czasie przenoszenia laptopa i często o coś zaczepia. Po drugie, sposób wsadzania rysika jest nieintuicyjny. Przy pierwszym korzystaniu musiałem się wraz ze znajomymi nieco nagłówkować, aby włożyć go na miejsce.

     

    Z tyłu mamy kamerę o rozdzielczości 8 Mpix z autofocusem. O zdjęciach, które nią zrobiłem mogę powiedzieć tyle dobrego, że bez problemu mogłem rozróżnić co udało mi się uchwycić. Jest to poziom raczej tanich smartfonów.

    Po lewej stronie od kamery znajduje się zaś slot, w który można wsadzić czytnik kodów kreskowych czy kart inteligentnych. W mojej wersji slot pozostawał pusty.

     

    Z przodu znajduje się kamerka 2 Mpix do wideorozmów. Przeprowadziłem z jej pomocą kilka rozmów na Skype i nie doświadczyłem żadnych problemów. Spektakularnej jakości też nie doświadczyłem.

    Umówmy się jednak: nie kupujemy tego sprzętu dla kamerek.

     

    Jedną z największych zalet Toughbooka CF-20 jest mnogość portów. Mamy tu kilka wyjść, HDMI, mini HDMI, sieciowe, VGA, slot na karty SD, na karty microSD, a także sim. Do wyboru do koloru.

    Każdy z portów chroniony jest zaślepką, która gwarantuje, że woda nie dostanie się do środka urządzenia.

     

    Laptop ma normę IP65, co oznacza, że jest wodo- i pyłoodporny. Toughbookowi nie powinno się nic stać jeśli strumień wody nie będzie silniejszy niż 12,5 l/min. Oznacza to, że korzystać z laptopa możemy w całkiem intensywnym deszczu.

    Z kropelkami wody słabiej radzi sobie ekran, który wówczas nie odczytuje poprawnie dotyku, ale wystarczy go przetrzeć, aby sytuacja wróciła do normy. Niestety, konieczność utrzymania wodoodporności odbiła się na gładziku.

     

    Z podobnie złym gładzikiem nie miałem jeszcze nigdy do czynienia. Płytka bardzo słabo reaguje na dotyk i często przerywa, a na dodatek jest bardzo mała.

    Przyciski pod nią również nie grzeszą wygodą. Są niewielkie i mają mały skok. Jeśli więc chcemy komunikować się z urządzeniem dotykiem, to najlepiej robić to przez ekran.

     

    Toughbook to twardy laptop! Bez problemu weźmie na klatę upadek z 1,2 m. Jeśli zaś o samym tablecie mowa ma wytrzymać upadek nawet z 1,5 m.

    Mówimy tu jedynie o upadku na płaską powierzchnię, gdyż liczby te nie dotyczą schodów.

    Jak Toughbook wyglądał po naszych drop-testach?

     

    Małe zarysowania na spodzie i mocno starte stopki antypoślizgowe.

     

    Ekran zaliczył bliskie spotkanie trzeciego stopnia z jednym z ziarenek piasku.

     

    Małe ułamanie pojawiło się w kieszeni utrzymującej tablet w trybie notebooka.

     

    Na szczęście to tylko farba…

    Żadna z tych „kontuzji” nie sprawiła, że laptop odmówił posłuszeństwa w pracy. Oczywiście piasek na środku wyświetlacza nie należy do najprzyjemniejszych widoków, ale da się z nim żyć.

    Nie muszę chyba dodawać, że nie spotkałem się jeszcze z laptopem, który tak dobrze mógłby wytrzymać moje zabawy.

     

    Działanie laptopa po serii niefortunnych zderzeń z płatkami chodnikowymi oceniam je na 10 na 10. Żadnych niespodziewanych przycinek czy resetów.

    Wymaganiom sprostał procesor Intel Core m5-6Y57 vPro (z pamięcią 4 MB, o częstotliwości 1,1 GHz do 2,8 GHz z technologią Intel Turbo Boos) wspierany przez 8 GB pamięci RAM i dysk 256 GB SSD. Procesor jest dodatkowo wyposażony w zintegrowaną kartę graficzną Intel HD Graphics 515.

     

     

    Panasonic Toughbook nie jest demonem prędkości. Nie pracuje się też na nim super wygodnie. Klawiatura jest znośna, ale dobór wymiarów klawiszy w kilku miejscach mnie zadziwił.

    Jeśli CF-20 w trybie notebooka przechylimy zanadto do tyłu, to się przewróci. Dlatego czy to na biurku czy na kolanach ekran trzeba ustawiać bardziej pionowo, niż wynikałoby to z ergonomii.

     

    Da się do tego jednak przyzwyczaić i używać z dużą przyjemnością, wynikającą z faktu, że o Toughbooka nie trzeba dbać tak bardzo, jak o konkurencyjne sprzęty. W każdym z zadań: pisanie, przeglądanie internetu, gra w Spectromancera (najlepsza karcianka na świecie) i obróbka zdjęć w Lightroomie, Panasonic radził sobie na piątkę z plusem.

    Boli tylko jego cena: 14,5 tys. zł netto. Warto jednak wspomnieć, że jest on adresowany do firm, które pracują w ciężkich warunkach. W deszczu czy błocie odporność i inne zalety CF-20 wyjdą na pierwszy plan.

     



    Pancerny Panasonic Toughbook CF-20 – idealny w podróż z plecakiem i do pracy w trudnych warunkach

    0 0

    złapane smartfonem, samsung galaxy a5 2017, tookapic

    Nie ma to jak wyburzona własnoręcznie ściana!

    Codziennie dzielę się z wami jednym najlepszym zdjęciem, które wykonałem danego dnia smartfonem Samsung Galaxy A5 2017.

    Dzisiejsze zdjęcie dnia przedstawia efekt mojej pracy, którą było… burzenie ściany. Niebywale przyjemne, choć jednocześnie wymagające zajęcie.

    Po skończonej pracy zrobiłem kilka zdjęć, w tym powyższą fotografię z młotem na środku. Wahałem się, czy nie wybrać kadru bez narzędzia, ale ostatecznie uznałem, że przyda się urozmaicenie.

    Oryginalne zdjęcie było dość mało kontrastowe. Biel pustaków była szara, a przestrzenie między nimi były tylko lekko ciemniejsze. Dlatego też podczas obróbki przyciemniłem cienie i rozjaśniłem biele. Taki zabieg wykonałem w mobilnym Lightroomie, ale równie dobrze można go wykonać w wielu innych programach i aplikacjach mobilnych. Dodałem też dość sporo wyrazistości (clarity), żeby podkreślić drobne detale na pokruszonych elementach.

    Każde zdjęcie na Tookapic powinno przedstawiać jeden najlepszy bądź najciekawszy moment z danego dnia. Dzięki temu po ukończeniu projektu możemy sobie łatwo przypomnieć, kiedy i dlaczego zrobiliśmy konkretne zdjęcie. Po całym roku mamy gotowy album będący jednocześnie czymś na kształt pamiętnika. Dzisiejsza fotografia idealnie spełnia takie założenie.

    Kolejne zdjęcie już jutro. W międzyczasie zapraszam do obejrzenia mojego profilu na Tookapic, gdzie znajdziecie wszystkie zdjęcia powstałe w naszym projekcie fotograficznym tworzonym wspólnie z Samsungiem i Tookapic.



    Thor – złapane smartfonem #149

    0 0

    Apple we wszystkich iPhone'ach Plus naginał zasady, które sam wcześniej ustalił. iPhone 8 ma być jednak pierwszym smartfonem, który będzie zapewniał natywne, nieoszukane skalowanie interfejsu @3x. Co to oznacza?

    Wygląd nowego jubileuszowego iPhone’a najprawdopodobniej nie będzie niespodzianką. Po licznych przeciekach widzieliśmy już smartfona z każdej strony, choć po cichu liczę, że zaskoczeniem będzie dolna ścianka. Apple po raz pierwszy ma bowiem okazję usunąć wszystkie złącza ze smartfona.

    Jeśli wierzyć przeciekom, akumulator iPhone’a 8 będzie można ładować indukcyjnie. Usunięcie złącza Lightning brzmi jak szalony krok, ale to samo sądziliśmy rok temu o usunięciu minijacka. iPhone bez żadnych portów rozwiązałby też problem niekompatybilnych standardów Lightning i USB-C. To mało prawdopodobny scenariusz, ale taki rozwiązanie byłoby mocno w stylu Apple.

    Nowy ekran to nowa rozdzielczość. W przypadku iPhone’a wiąże się to z kilkoma problemami.

    [caption id="attachment_582260" align="alignnone" width="4138"] źródło: Max Rudberg[/caption]

    Apple słynie z tworzenia produktów, w których oprogramowanie jest idealnie zgrane ze sprzętem. To dlatego iPhone’y są tak szybkie, mimo tego, że “na papierze” mają słabszą specyfikację od najlepszych smartfonów z Androidem.

    Spory wpływ na optymalizację systemu ma rozdzielczość ekranu. Każda wersja iOS jest zoptymalizowana zaledwie pod kilka jej wartości. Przykładowo, iOS 11 jest obecnie kompatybilny tylko z trzema rozdzielczościami smartfonów:

    • 1136 x 640, 326 PPI z 4-calowych ekranów (iPhone SE i 5s),
    • 1334×750, 326 PPI z ekranów 4,7 cala (iPhone 7, 6s i 6),
    • 1920×1080, 401 PPI z ekranów 5,5 cala (wersje Plus serii 7, 6s i 6).

    To zupełnie inna sytuacja niż w obozie Androida, gdzie mamy całe zatrzęsienie rozdzielczości, a do tego zaczynają dochodzić coraz bardziej egzotyczne proporcje ekranów, lansowane wśród tegorocznych nowości. W związku z tym Android nie może być skrojony na miarę, ponieważ musi być jak najbardziej uniwersalny.

    iPhone 8 z ekranem 5,8 cala i z nową rozdzielczością. Warto się jej przyjrzeć, ponieważ za rozdzielczościami w iOS stoi głębsza matematyka.

    Oprogramowanie głośnika HomePod dostarczyło już kilku ciekawych informacji o nowym iPhonie, a teraz udało się także odczytać rozdzielczość ekranu. Będzie to dokładnie 2436 × 1125 pikseli, co przełoży się na zagęszczenie 462 PPI.

    Taka rozdzielczość pozwoliłaby renderować interfejs w prawdziwej skali @3x. Byłaby to zupełna nowość dla systemu iOS, ale co to właściwie oznacza?

    Różne wielkości ekranów, taka sama wielkość elementów interfejsu.

    Jak wiemy, ekrany iPhone’ów rosły w bardzo wolnym tempie. Każdy kolejny przeskok by dużym wydarzeniem, a Apple robił wszystko, by elementy interfejsu na większych ekranach były tej samej wielkości, jak na mniejszych. Jeśli na iPhone’ie 5s zegar ma 1 cm szerokości, to na iPhone’ie 7s Plus również musi mieć 1 cm.

    To samo tyczy się wszystkich elementów interfejsu, np. ikon. Mają one taki sam rozmiar niezależnie od wielkości ekranu iPhone’a. Na większych modelach są po prostu większe wolne przestrzenie pomiędzy elementami interfejsu.

    Taka dbałośc o detale wymaga od Apple świetnego przemyślenia kwestii sprzętowej.

    Apple w swoim dążeniu do perfekcji przez lata nie chciało pozwolić na to, by skalowanie interfejsu powodowało spadek jakości wyświetlanych elementów. Kiedy pojawiły się ekrany Retina, były onerenderowane w skali @2x, co oznacza, że kwadrat o boku 2x2 piksele wyświetlał jeden punkt obrazu.

    Nie oznacza to oczywiście, że na większym ekranie piksele były ogromne. Chodzi tylko o rozkład i wielkości poszczególnych elementów. Wyższa rozdzielczość oczywiście pozwala wywietlić ostrzejszy tekst, czy bardziej szczegółowe zdjęcia.

    Pierwszy iPhone z ekranem 5,5 cala - iPhone 6 Plus - zburzył całą tę matematykę.

    Aby iPhone’y 6 Plus 6s Plus i 7 Plus wyświetlały natywnie obraz w skali @3x (jeden punkt jako kwadrat 3x3 piksele), powinny mieć rozdzielczość 2208 x 1242 pikseli. Niestety, mają ekrany o “standardowej” rozdzielczości 1920 x 1080 pikseli, które najpewniej są sporo tańsze w produkcji. To oznacza, że interfejs nie skaluje się tak ładnie do ekranu, więc musi zostać przerenderowany z natywnego 2208×1242 @3x do 1920x1080, czyli rozdzielczości fizycznie wymuszonej przez ekran.

    To powoduje, że optycznie użytkownik nadal obcuje z tym samym rozmiarem ikonek, jak w innych iPhone’ach, ale jest to uzyskane sztucznie, przez pomniejszenie każdego piksela o jakieś 13 proc. Zamiast ładnej, idealnie ostrej siatki 9x9 odpowiadającej jednemu punktowi, pojawiają nam się ułamki, które w cyfrowej rzeczywistości są wyjątkowo szpetne.

    Aby ukryć ten fakt, Apple stosuje kilka trików, między innymi wygładzanie krawędziowe. W połączeniu z bardzo wysokim zagęszczeniem pikseli obraz wydaję się być idealnie ostry. W praktyce obraz trzeba oglądać pod lupą, żeby zobaczyć różnice jakościowe względem iPhone’a 7 czy SE.

    Te różnice jednak są.

    iPhone 8 będzie działał w natywnym skalowaniu @3x.

    Przekątna 5,8 cala, rozdzielczość 2436×1125 i zagęszczenie 462 PPI pozwolą na idealne skalowanie @3x. To oznacza, że ekran iPhone’a 8 będzie najostrzejszym ekranem, jaki pojawił się kiedykolwiek w iPhonie.

    Dodatkową zaletą będzie też fakt, że iPhone nie będzie niepotrzebnie zużywał mocy obliczeniowej na sztuczne renderowanie ekranu i nakładanie na to dodatkowego antyaliasingu. To przełoży się na lepsze osiągi.

    Pamiętajmy też, że iPhone 8 ma mieć panel OLED. Z pewnością będzie też zapewniał kapitalne kolory, ponieważ na ten aspekt Apple od lat zwraca bardzo dużą uwagę.

    Wygląda więc na to, że ekran iPhone’a 8 będzie najlepszym ekranem, jaki widzieliśmy w smartfonach Apple. A może w całej historii smartfonów.



    iPhone 8 wyświetli natywne, nieoszukane skalowanie @3x

    0 0

    Beolab 50 konstrukcja.

    Bang&Olufsen znów przesuwa granice tego, co wiemy o nowoczesnym, domowym audio. Oto Beolab 50 – głośniki, które wyglądają jakby przybyły z innej planety.

    Rok temu firma świętowała swoje dziewięćdziesięciolecie i z tej okazji pokazała niesamowite kolumny – Beolab 90. Wyglądały kosmicznie, grały kosmicznie, ważyły 137 kg każda, a para kosztowała… kosmiczne pieniądze. Nie przymierzając, równowartość nowego Audi A8.

    Teraz B&O przenosie tę inżynieryjną maestrię do mniejszego, bardziej przystępnego formatu tworząc głośniki Beolab 50.

    https://www.youtube.com/watch?v=aAgyf3NUDyI

    Beolab 50, czyli przyszłość dźwięku w wydaniu Bang&Olufsen.

    Każdą z tych obłędnie wyglądających kolumn napędza 2100 W czystej mocy, rozłożonej między 7 wzmacniaczy. Napędzają one aż trzy 10-calowe subwoofery, trzy 4-calowe głośniki średniotonowe i jeden tweeter o średnicy ¾”, który wyłania się majestatycznie z obudowy po uruchomieniu głośników. Komplet głośników potrafi reprodukować częstotliwości w zakresie od 15 do 43 tys. Hz, co powinno przełożyć się potężny bas i śpiewne, czyste góry.

    Niczego innego się zresztą nie spodziewamy. To w końcu Bang&Olufsen – nie ma najmniejszych wątpliwości, że Beolab 50 będzie masowo opuszczał szczęki konsumentów do poziomu podłogi. Podobnie zresztą jak jakość wykonania – Beolab 50 to konstrukcja w dużej mierze tworzona ręcznie, z materiałów najwyższej klasy.

    https://www.youtube.com/watch?v=FBWnjRrotz4

    Jedna kolumna ma - zdaniem B&O - wymiary pasujące do każdego wnętrza. I faktycznie, konstrukcja mierzy sobie 103,6 cm wysokości i 45,5 cm szerokości w najszerszym punkcie. Waży jednak aż… 61 kg (sic!), więc lepiej od razu dobrze wybrać miejsce, w którym chcemy postawić to małe monstrum, by nie trzeba było go potem przestawiać.

    Co najważniejsze, miejsce, w którym zdecydujemy się postawić Beolab 50, nie będzie miało większego znaczenia dla jakości brzmienia. Głośnik sam dostosuje ją do konkretnego pomieszczenia i ulokowania.

    Beolab 50 wspierany jest przez technologię Beam Width Control oraz Active Room Compensation. Ta pierwsza dostosowuje wiązkę dźwięku do pozycji słuchacza, zmieniając pozycję wysuwanego z obudowy tweetera. Ta druga zaś, wykorzystując wbudowany mikrofon, mierzy akustyczne właściwości pomieszczenia i adekwatnie dostosowuje częstotliwości, tworząc indywidualne filtry, przetwarzane przez procesor DSP.

    Bang&Olufsen stworzyli głośnik takim, jakim chcieli go konsumenci. Czyli dostosowującym się do pomieszczenia, a nie na odwrót.

    Naturalnie Beolab 50 jest kolumną w pełni bezprzewodową, łączącą się ze źródłem muzyki poprzez protokół WiSA lub Wireless Power Link. Urządzeniem sterujemy – a jakże by inaczej – poprzez aplikację BeoRemote One na smartfonie.

    Jak przystało na urządzenie audiofilskie, możemy też podłączyć źródło muzyki przewodem. Do wyboru dostajemy złącze USB Audio, S/PDIF oraz optyczne. Dla fanów prawdziwie analogowego brzmienia jest też złącze Power Link RCA.

    Beolab 50 to propozycja dla każdego. Każdego, kto ma wolne kilkaset tysięcy złotych na koncie.

    Cena tak wyrafinowanej konstrukcji nie powinna nikogo dziwić, choć wielu i tak zaszokuje. Pojedyncza kolumna Beolab 50 ma kosztować około 13 tys. euro. Czyli, przy dzisiejszym kursie, około 56 tys. złotych.

    Beolab 50 nie jest konstrukcją skierowaną do przeciętnego zjadacza chleba. To propozycja dla zamożnych, świadomych konsumentów. Świadomych brzmienia, jakości a także – co niemniej ważne – estetyki.

    Bo w produktach Bang&Olufsen jest ona stawiana zawsze na równi z dźwiękiem. I właśnie dla tego wysublimowanego połączenia niezwykłego designu, kosmicznego brzmienia i nowych technologii z pewnością znajdzie się wielu konsumentów, którzy sięgną do swoich przepastnych portfeli, by zakupić Beolab 50.

    Nam, maluczkim, pozostaje tylko tęsknie wzdychać.



    Oto Beolab 50. Te głośniki kosztują krocie i wyglądają, jakby przybyły z innej planety

    0 0

    Równo dwa tygodnie przed premierą Samsunga Galaxy Note 8 do sieci trafiły tapety z tego urządzenia. Możesz je pobrać.

    Jeśli znudziła ci się twoja tapeta, być może przypadną ci do gustu grafiki z Samsunga Galaxy Note 8, które właśnie trafiły do sieci. Tapety udostępnił jako pierwszy wietnamski serwis SamsungVN, ale wpis został szybko usunięty. W internecie nic jednak nie ginie, dlatego paczka została szybko udostępniona dalej.

    Tapety z Note’a 8 powinny spodobać się fanom minimalistycznych zdjęć natury.

    18 tapet z Samsunga Galaxy Note 8 można pobrać z albumu w serwisie imgur. Są to minimalistyczne kompozycje utrzymane w kilku tonacjach kolorystycznych. Samsung lubi takie zabiegi. W przypadku Galaxy S8 kolor tapet odzwierciedlał kolory obudowy urządzeń, więc prawdopodobnie to samo będzie dotyczyć ósmego Note’a.

    [gallery columns="2" link="file" size="large" ids="583162,583163,583164,583165"]

    Wśród tapet znajdziemy zdjęcia krajobrazów, a także geometryczne kompozycje bazujące na liniach i okręgach. Na niektórych tapetach okręgi są ułożone w cyfrę 8.

    Tapety mają rozdzielczość 2560x2560 pikseli, więc sprawdzą się na ekranach o wysokiej rozdzielczości. Z drugiej strony, ekran Galaxy Note’a 8 ma mieć więcej linii w pionie, ponieważ rozdzielczość ma wynosić 1440 x 2960 pikseli. Tyle samo, ile w serii Galaxy S8.

    Samsung Galaxy Note 8 zadebiutuje 23 sierpnia.

    O smartfonie wiemy już naprawdę dużo. Poznaliśmy m.in wygląd urządzenia, w którym na pierwszy plan wychodzi ekran Infinity znany z Samsungów Galaxy S8 i S8 Plus. Tym razem obudowa wokół wyświetlacza będzie nieco mniej zaoblona.

    Najważniejszym elementem - przynajmniej z mojego punktu widzenia - będzie jednak aparat. Samsung po raz pierwszy wprowadzi podwójny obiektyw i jestem naprawdę ciekaw, jak podejdzie do tego tematu. Poprzednie flagowe smartfony Samsunga mają rewelacyjne aparaty, więc poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko.

    Bądźcie z nami 23 sierpnia, a nie przegapicie żadnych ważnych i ciekawych informacji odnośnie nowego Note’a 8!



    Szukasz świetnego minimalistycznego zdjęcia na tapetę? Możesz już pobrać oficjalne tła z Galaxy Note 8

    0 0

    Chcąc kupić flagowy przenośny komputer od Microsoftu stajemy przed jednym, kluczowym wyborem – postawić na najnowszego Surface Pro 2017, czy może nieco zaoszczędzić i kupić zeszłorocznego Surface Pro 4? Oto odpowiedź.

    Tegoroczna hybryda Microsoftu tak naprawdę niewiele się różni od poprzednika. A może jednak? Surface Pro 4 jest moim mobilnym kompanem już ponad pół roku. Od miesiąca testuję Surface Pro 2017. I muszę powiedzieć, że choć na pierwszy rzut oka obydwie maszyny wydają się być bardzo podobne, to w istocie więcej jest między nimi różnic, niż podobieństw.

    Przyjrzyjmy się tym najważniejszym.

    Surface Pro czy Surface Pro 4? Co się nie zmieniło:

    • Obudowa (zaoblone krawędzie nowego modelu to żadna zmiana)
    • Fizyczne wymiary (nie licząc ułamka mm grubości)
    • Rozdzielczość i przekątna ekranu (ta nadal wynosi 2736 x 1824 na 12,3”)
    • Głośniki (nadal są równie dobre, jak w MacBookach. Lepsze ma tylko Surface Laptop)
    • Klawiatura (do Surface Pro pasuje klawiatura z modelu Surface Pro 4)
    • Liczba portów (tych nadal jest bardzo mało)
    • Codzienne użytkowanie (Surface Pro jest w obsłudze identyczny, jak zeszłoroczny Surface Pro 4)

    Z zewnątrz można więc odnieść wrażenie, że patrzymy na dokładnie ten sam model. A jednak zmieniło się naprawdę wiele.

    Surface Pro czy Surface Pro 4? Co się zmieniło:

    • Podstawka obudowy (potrafi teraz pochylić się znacznie głębiej i jest sztywniejsza)
    • Ekran (pomimo tej samej rozdzielczości i przekątnej, panel w Surface Pro jest równomierniej podświetlony)
    • Surface Pen (nowy rysik wykrywa 4096 poziomów nacisku i rejestruje pochylenia)
    • Podzespoły (Surface Pro pracuje pod kontrolą bardziej energooszczędnego układu Kaby Lake)
    • Kultura pracy (model z Core i7 prawie zawsze pozostaje chłodny i bezgłośny. Model z Core i5 nie ma nawet wentylatora!)
    • Czas pracy na jednym ładowaniu (jest niemal dwukrotnie dłuższy w realnym zastosowaniu, niż w Surface Pro 4)
    • Oprogramowanie (pojawiło się wiele drobnych zmian w interfejsie)
    • Windows Hello (przednia kamera o wiele szybciej i dokładniej rozpoznaje twarz podczas logowania)

    Wielu z tych zmian nie dostrzeżemy „na sucho”. Wychodzą dopiero po dłuższym użytkowaniu nowego tabletu Microsoftu.

    Sumarycznie sprawiają one, że – obiektywnie – Surface Pro 2017 jest znacznie lepszą konstrukcją od swojego poprzednika. Ale czy na tyle lepszą, by wybrać go zamiast Surface Pro 4?

    Dla kogo Surface Pro 2017?

    Surface Pro 4 miał jedną, poważną wadę, która – znów obiektywnie – zniechęcała do zakupu przeciętnego konsumenta. Czas pracy na jednym ładowaniu. Choć Microsoft deklarował 9 godzin, w rzeczywistości mogliśmy liczyć na maksymalnie 5-6 godzin z dala od gniazdka, i to w przypadku niezbyt wymagającego użytkowania.

    Przy bardziej intensywnym zużyciu ten czas spadał do co najwyżej 4,5 godziny.

    W Surface Pro 2017 rzecz się ma zupełnie inaczej. Testowany przeze mnie wariant, z procesorem Core i7, 16 GB RAM-u i 512 SSD regularnie osiągał 8-9 godzin czasu pracy przy mniej wymagającym użyciu, i 6-7 godzin przy bardziej intensywnym. To świetne wyniki.

    Dalekie może od deklarowanych przez Microsoft 13,5 godziny, ale nie ma co się dziwić. Producent oparł swoje estymacje o zapętlone, odtwarzane lokalnie wideo, przy najniższej jasności ekranu. Czyli o scenariusz, który w prawdziwym życiu nie występuje, ale wyniki z takich pomiarów ładniej wyglądają na ulotce reklamowej.

    Tym niemniej realne czasy pracy nowego Surface Pro są więcej, niż zadowalające, a też model z Core i5 będzie zapewne osiągał jeszcze lepsze wyniki od topowej konfiguracji.

    Nadmienię tylko, że przy czasach pracy Surface Pro i Surface Pro 4 kluczowy jest jeden czynnik – nieużywanie Chrome’a. Stosując Edge lub Operę bez problemu osiągałem wspomniane 8 godzin na Surface Pro. Korzystając z przeglądarki Google’a mogłem liczyć na… najwyżej 5 godzin.

    Tak czy inaczej, jeśli czas pracy na jednym ładowaniu jest dla ciebie priorytetem, wybór jest prosty: Surface Pro wygrywa to starcie przez nokaut.

    Kolejnym obszarem, w którym Surface Pro zjada swojego poprzednika, są zastosowania artystyczne. Więcej na ten temat możecie dowiedzieć się z osobnego tekstu, ale tutaj dość powiedzieć, że nowe pióro Surface Pen w połączeniu z lepszym ekranem i nowym oprogramowaniem sprawiają, iż Surface Pro 2017 to znacznie lepsza propozycja dla grafików/designerów/rysowników, niż Surface Pro 4. Bez dwóch zdań.

    Dla kogo Surface Pro 4?

    Ubiegłoroczny Surface Pro 4 nada pozostaje jednak ciekawą propozycją dla znakomitej większości użytkowników. Prawda jest taka, że większość z nich nie potrzebuje 9-godzinnego czasu pracy z dala od gniazdka, a już na pewno nie potrzebuje pióra z 4096 stopniami nacisku.

    Pod względem wydajności Surface Pro 4 nie ustępuje Surface’owi Pro, a choć kultura pracy tego pierwszego nie jest aż tak dobra, jak tego drugiego, to nadal przeciętny użytkownik raczej nieczęsto usłyszy szum jego wiatraczków.

    Surface Pro 4 to najlepszy laptop z Windowsem na rynku.

    Pod każdym innym względem plusy nowego Surface Pro nie są na tyle przeważające, by odciągnąć od zakupu Surface Pro 4. Zeszłoroczny tablet to nadal multimedialny czempion i niezwykle uniwersalne narzędzie pracy. Nadal oferuje nadspodziewaną wydajność w ultra-kompaktowym rozmiarze. Nadal jego użytkowanie to czysta przyjemność.

    Jeśli więc nie zależy ci aż tak bardzo na całodziennym czasie pracy z dala od gniazdka i nie dbasz o zastosowania graficzne, wybierz Surface Pro 4. Tym bardziej, że… zapłacisz za niego zdecydowanie mniej.

    Surface Pro 4 czy Surface Pro – co wybrać?

    Normalnie powiedziałbym, że warto dołożyć trochę pieniędzy i od razu kupić Surface Pro 2017. Ale dziś powiem – nie warto. Nie teraz. Nie w tej chwili.

    Aktualnie Surface Pro 2017 w testowanej przez nas najmocniejszej konfiguracji kosztuje… 10999 zł. A w zestawie nie ma ani pióra, ani klawiatury! Doliczmy więc odpowiednio 499 i 799 zł, a wychodzi nam ponad 12 tys. złotych. Góra pieniędzy.

    Surface Pro 2017

    Tymczasem Surface Pro 4, w identycznej konfiguracji, w zestawie z piórem i dodaną bonusowo klawiaturą kosztuje… 7499 zł. Czyli tyle, ile trzeba zapłacić za pierwszą sensowną wersję Surface Pro 2017, z Core i5, 8 GB RAM-u i dyskiem 256 GB, doliczając pióro i klawiaturę.

    Różnica w cenie jest obecnie dojmująco wyraźna. I z tego powodu warto wstrzymać się nieco z zakupem Surface Pro 2017. Przynajmniej do czasu, aż Microsoft otrzeźwieje i zacznie sprzedawać swój najnowszy tablet w zestawie z piórem i klawiaturą, jak powinno mieć to miejsce od dnia pierwszego.

    Po drodze pojawią się też zapewne rozmaite promocje, począwszy od zbliżającego się powrotu do szkoły, aż po Boże Narodzenie. Nie ulega wątpliwości, że w nieodległej przyszłości nowy tablet Microsoftu będzie można kupić taniej.

    Jeśli jednak nie chcesz czekać, a kilka różnic na minus nie robi ci większej różnicy, teraz jest najlepszy moment na zakup Surface Pro 4. Choć w ofercie będzie on pewnie jeszcze przez długi czas, to wiele tańszy już raczej się nie stanie.

    A w cenie, w której dostępny jest w tej chwili, naprawdę trudno mu odmówić.



    Nowy Surface Pro kontra Surface Pro 4. Który model wybrać?

    0 0

    sarahah co to

    Aplikacja Sarahah zyskuje globalną popularność. Serwis reklamowany jest jako źródło szczerych ocen na nasz temat. 

    Emily Dickinson, wybitna poetka amerykańska żyjąca w XIX wieku, napisała wiersz, w którym twierdziła, że prawda musi olśniewać stopniowo, w przeciwnym wypadku stanie się oślepiająca. Zdaniem literatki "sukces w okrężnej drodze leży".

    Twórca coraz bardziej popularnej aplikacji Sarahah prawdopodobnie nie czytał wierszy Amerykanki. Tworząc ją wyszedł bowiem z odwrotnego założenia. "Udoskonal swoją przyjaźń, odkrywając swoje mocne strony i obszary do naprawienia. Niech twoi przyjaciele będą z tobą szczerzy" - taki slogan przeczytamy na stronie usługi.

    Co to jest Sarahah?

    To serwis, którego zadaniem jest dostarczenie anonimowych informacji o nas samych. Nasi znajomi czy współpracownicy mogą bez ujawniania swoich danych napisać od serca, co im leży na wątrobie. My nie dowiemy się, kto jest autorem wiadomości, chyba że ten sobie tego życzył.

    Sarahah stworzył saudyjski deweloper Zain al-Abidin Tawfiq. Aplikacja dostępna jest dla urządzeń z Androidem i iOS, choć początkowo działała tylko przez serwis webowy. Oczywiście, by wylać komuś kubeł zimnej wody na głowę, ta osoba musi mieć konto w serwisie. 

    Oceniający po prostu wyszukuje znane mu osoby i "zostawia konstruktywną krytykę". Użytkownik spragniony wiedzy na swój temat otrzyma oceny w formie wiadomości, podobnie jak dzieje się to w komunikatorach. Póki co, na przesłane oceny nie możemy odpowiadać, choć twórca serwisu przyznaje, że rozważa wprowadzenie takiej możliwości.

    Skąd się bierze popularność Sarahah?

    W lutym twórca chwalił się, że w ciągu kilku tygodni od uruchomienia Sarahah, strona serwisu zanotowała 270 mln odsłon i zyskała 20 mln użytkowników. Aplikacja na Androida, która pojawiła się kilka miesięcy później, pobrana została od 5 do 10 mln razy. Gdy jednak przeglądamy listy najchętniej pobieranych aplikacji w Google Play, w Polsce nie znajdziemy Sarahah w czołówce.

    Początkowo serwis zyskiwał popularność głównie w Egipcie. W czerwcu do iTunes Store trafiła angielskojęzyczna wersja aplikacji dla urządzeń z iOS. Dziś w "polskim" iTunes Store aplikacja Sarahah zajmuje szóste miejsce wśród najpopularniejszych aktualnie programów. Wyprzedza ją Instagram, Facebook czy Messenger. Za nią są Mapy Google czy Snapchat. W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Australii znajduje się jeszcze wyżej.

    Co ciekawe pisać komplementy możemy też przy użyciu Snapchata. Wystarczy, że znamy nazwę profilu Sarahah, który chcemy skomentować. To Snapchatowi właśnie Sarahah zawdzięcza wzrost popularności w ostatnich tygodniach.

    Czy Sarahah może być niebezpieczne?

    Twórca aplikacji zapewnia, że miał dobre intencje, ale Sarahah budzi szereg wątpliwości. Działa w tym przypadku prosty mechanizm, znany z komentarzy publikowanych na popularnych portalach internetowych. Przekonanie o anonimowości sprawia, że przestają działać hamulce. W ten sposób Sarahah może stać się np. narzędziem stalkingu.

    Kolejny problem to lokalny charakter usługi. W przypadku choćby Facebooka istnieją mechanizmy blokowania użytkowników, ale również instancja odwoławcza, która daje możliwość zgłoszenia naruszeń regulaminu, czy jak woli Facebook, standardów społeczności.

    W czerwcu opublikowano wyniki badań dotyczących wpływu mediów społecznościowych na samopoczucie psychiczne. Przeprowadzono je w Wielkiej Brytanii na próbie 1500 ludzi w wieku od 14 do 24 lat. Na czele listy aplikacji, które powodują obniżenie samooceny, znalazły się takie serwisy, jak Instagram czy Snapchat.

    Autorzy raportu wnioskowali na podstawie badań, że popularne społecznościówki zniekształcają odbiór rzeczywistości. Pogorszenie kondycji psychicznej ma wynikać przede wszystkim z porównywania się z innymi użytkownikami.

    Sarahah po arabsku znaczy szczerość.

    Usługa teoretycznie ma nam zapewnić wiedzę o nas samych, na podstawie ocen naszych znajomych. Anonimowość ma zwiększyć siłę przekazu i zapewnić tytułową szczerość. Twórca aplikacji założył, że tego typu informacje skłonią użytkowników do pracy nad sobą.

    Rosnąca dzięki Snapchatowi popularność usługi może wskazywać, że trafia ona w znacznej części do użytkowników w młodym wieku, którzy dopiero uczą się radzenia sobie z krytyką. Przede wszystkim dlatego Sarahah może być niebezpieczne. Naraża bowiem korzystających z serwisu na niekontrolowaną falę hejtu, uzasadnianego, być może, jako dobra zabawa. Najmłodszych nie powstrzyma raczej fakt, że aplikacja w iTunes oznaczona została jako przeznaczona dla użytkowników w wieku co najmniej 17 lat, a wersja dla Androida zaleca nadzór rodzicielski.



    Sarahah prawdę ci powie. Użytkownicy pokochali anonimowe wiadomości

    0 0

    planety pozasłoneczne

    Niecałe 12 lat świetlnych od Ziemi znajduje się gwiazda tau Ceti. Naukowcy twierdzą, że krążące wokół niej cztery planety są niewiele większe od Ziemi.

    Tau Ceti to gwiazda ciągu głównego, czyli podobnego typu, jak nasze Słońce. Jest od niego nieco ciemniejsza i lżejsza. Informacja, że wokół tau Ceti krążą gwiazdy, nie jest nowa. Pochodzi sprzed pięciu lat.

    Naukowcy z Uniwersytetu w Santa Cruz twierdzą, że cztery planety krążące wokół tau Ceti mają masę 1,7 masy Ziemi, czyli zbliżoną do naszego globu. Innymi słowy to jedne najmniejszych planet pozasłonecznych odkrytych do tej pory przez ludzkość.

    Dwie zewnętrzne planety mogą znajdować się w strefie zamieszkiwalnej. To inaczej tzw. ekosfera, czyli strefa, w której mogą panować warunki dla występowania płynnej wody. Nie oznacza to oczywiście, że to wystarczy, by zaistniało na nich życie. Zwłaszcza, że wokół gwiazdy zanotowano obecność dysku pyłowego, kojarzącego się z Pasem Kuipera w naszym Układzie. Niewykluczone zatem, że planety są bombardowane przez planetoidy.

    Na czym polega wyjątkowość odkrycia? Wbrew pozorom nie świadczy o niej możliwa strefa zamieszkiwalna. Przede wszystkim chodzi o zdolność obserwowania obiektów, których wielkość zbliżona jest do Ziemi, choć nadal jest większa.

    Naukowcy szukają w tym celu charakterystycznego chybotania gwiazdy, które ma związek z oddziaływaniem grawitacyjnym. Planety zaburzają ruch gwiazd. Na podstawie analizy odchyleń toru badacze szacują m.in. rozmiary i masy obiektów otaczających gwiazdę.

    W przypadku planet krążących wokół tau Ceti potrzebna była dokładność wykrywania zmian na poziomie 30 centymetrów na sekundę. Żeby wykrywać tą techniką obiekty dokładnie wielkości Ziemi, potrzebna jest precyzja badania odchyleń rzędu 10 centymetrów na sekundę.

    Kolonizacji układu planetarnego tau Ceti nie będzie.

    Gdy w 2012 r. naukowcy informowali o odkryciu planet krążących wokół tau Ceti, w sieci pojawiły się entuzjastyczne nagłówki, które czyniły z tego układu nasz potencjalny nowy dom. Podobnie wyglądała atmosfera wokół niedawnego odkrycia siedmiu planet w układzie TRAPPIST-1.

    Choć tau Ceti znajduje się blisko 4 razy bliżej niż TRAPPIST-1, marne to pocieszenie. Pamiętajmy, że światło potrzebuje na pokonanie tej odległości 12 lat. Oznacza to, że odległość, jaka dzieli nas od tau Ceti to 113 529 600 000 000 km. (113 bilionów kilometrów z hakiem). Warto policzyć ręcznie te wszystkie zera, by uświadomić sobie, jak wielka to odległość.

    O tym, jak trudno badać egzoplanety świadczy też fakt, że obecne informacje mówią o czterech planetach. Wcześniej zaś pojawiały się informacje o pięciu lub "co najmniej czterech". Te trudności również powinny studzić nadmierny entuzjazm zwolenników podboju planet pozasłonecznych. Nie można ich bowiem dziś nazwać inaczej niż marzycielami lub - złośliwie - bajkopisarzami.



    Wokół pobliskiej gwiazdy krążą cztery planety wielkości Ziemi. Ale zapomnijcie o ich podboju

    0 0

    Mamy potencjalnie dobre wieści dla tych z was, którzy nie przepadają za klientami pocztowymi i preferują aplikacje webowe. Microsoft gruntownie i po raz kolejny zmienia swoją aplikację webową do poczty Outlook.

    Outlook, często też dla rozróżnienia pomiędzy modułem Office 365 a usługą pocztową nazywany Outlook.com, szykuje nam całkiem istotne zmiany. Microsoft podzielił się nimi na łamach swojego bloga i zapowiedział, że wszystkie nowości będą wprowadzane po konsultacji z nami. Przy założeniu, że zgodzimy się przesiąść na wersję beta nowej aplikacji webowej.

    To może odstraszyć niektórych użytkowników, dla których poczta jest kluczowym narzędziem pracy i komunikacji. Wersja beta może zawierać błędy i niedoróbki, za które na dodatek nie możemy mieć do nikogo pretensji. Wszak na tym polegają beta-testy, by owe błędy wychwytywać.

    Jak twierdzi Microsoft, w Outlooku zmieni się naprawdę sporo. Zarówno w warstwie programistycznej, jak i wizualnej. Firma chwali się też, że nowa wersja aplikacji będzie wykorzystywać SI Microsoftu, co rodzi oczywiste pytanie „czego zabraknie w polskiej wersji językowej”. To się jednak dopiero okaże. Na razie skupmy się na nowościach.

    Nowy wygląd poczty Outlook.

    Outlook nowy zmiany beta

    To oczywista, widoczna od razu zmiana. Outlook będzie miał świeże, nowe wzornictwo. Wyszukiwarka zmieniła miejsce i ma być inteligentniejsza, cokolwiek by miało to znaczyło. Maile w jednym wątku będą teraz wyświetlane w trybie konwersacji, a cała aplikacja ma działać zauważalnie szybciej.

    Personalizacja nowej poczty Outlook.

    Outlook nowy zmiany beta

    Użytkownicy zyskają w Outlooku nową sekcję o nazwie Ulubione. Ma ona pełnić funkcję szybkiego dostęu do najważniejszych dla nas kontaktów, plików, wątków mailowych czy folderów. Dodatkowo zyskamy wyjątkowo przydatną, niezbędną wręcz funkcję wyrażania się poprzez spersonalizowane GIF-y i emoji.

    Inteligencja nowej poczty Outlook.

    Outlook nowy zmiany beta

    Bardzo ciekawa nowość, choć spodziewam się, że w Polsce będzie działać w sposób bardzo ograniczony. Outlook zyska funkcję Quick Suggestions („Szybkie sugestie”?), które będą pełnić rolę czegoś w rodzaju zaawansowanego autouzupełniania. Wpisując w mailu treści, które mechanizm rozpozna – nazwę restauracji, numery lotów i tym podobne – otrzymamy propozycję uzupełnienia ich o przydatne i kontekstowo pasujące do maila informacje z Sieci, tak jak na zaprezentowanym wyżej przykładzie.

    Lepiej, gorzej? Jaka jest nowa poczta Outlook?

    Trudno mi ocenić, nie tylko dlatego że znam(y) ją na razie wyłącznie ze zrzutów ekranowych. Od zawsze preferuję dedykowaną aplikację natywną, więc nie wiem czego mi brakuje w webowym Outlooku, bo łączę się z nim przez klienta pocztowego.

    Wiemy natomiast, że zmiany te na razie będą dostępne tylko dla chętnych. Wiemy też od Microsoftu, że to nie jest finalna propozycja i że będzie ona modyfikowana w zależności od informacji zwrotnych otrzymanych po testach. No i wiemy wreszcie, że liftingu doczeka się również sekcja Kontaktów i Kalendarza, choć szczegóły tego nie są jeszcze znane.

    Outlook nowy zmiany beta

    By móc uczestniczyć w beta-testach musimy cierpliwie czekać, aż w interfejsie Outlooka pojawi się zaproszenie, w prawym górnym rogu interfejsu. Jednak jak podaje The Verge, można skrócić czas oczekiwania. Należy wylogować się z usługi, uruchomić przeglądanie w trybie prywatnym, a następnie zalogować się na nią z poziomu tego adresu: https://outlook.live.com/mail. Niestety, nie u wszystkich ta metoda działa; nie byłem w stanie wymusić dostępności nowej wersji aplikacji. Wielu osób potwierdza jednak, że w ich przypadku operacja się udała.



    Tak wygląda zupełnie nowy Outlook w przeglądarce. Wkrótce sam będziesz mógł go sprawdzić

    0 0

    Kilka razy czytałem to, co wypisuje konto Tigera na Twitterze i zawsze towarzyszyła mi myśl: nie, to nie dla mnie. Teraz okazało się, że naprawdę po bandzie Tiger poleciał na Instagramie.

    Aby nieco rozjaśnić to, z czym mamy do czynienia, scharakteryzuję społecznościową działalność Tigera w trzech punktach:

    1. Konto twitterowe napoju Tiger ozdabia wielka grafika z napisem: ROZPIERDLOL.

    2. Wszystkie tweety i opisy zdjęć na instagramie są pisane z Caps Lockiem, czyli kapitalikami.

    https://twitter.com/tigerdrinkpl/status/893775792186023937

    3. Treść? Ta też pozostawia wiele do życzenia.

    https://twitter.com/makowski_m/status/895216937919184896

    To właśnie powyższe zdjęcie wywołało w internecie ogromną burzę.

    1 sierpnia obchodzimy w Polsce rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. O 17:00, czyli o godzinie W, zatrzymuje się Warszawa, a w wielu miastach słychać syreny. Wtedy na ulicach dzieją się takie piękne rzeczy:

    https://www.youtube.com/watch?v=Ejd2rsXoQSI

    Tymczasem producent napoju Tiger postanowił pokazać wszystkim FUCK YOU.

    To jednak nie jedyny wyskok działu kreatywnego Tigera. W rocznicę katastrofy smoleńskiej, czyli datę ważną i bolesną dla wielu Polaków, Tiger pokazał to:

    Czemu ma służyć ten społecznościowy rozpierdlol?

    Tiger mówi o sobie, że robi rozpierdlol. Piękne słowo - naprawdę, podoba mi się. I nawet po części pasuje do tego, co Tiger wyprawia na Instagramie. Choć gdybym miał oceniać na podstawie chociażby dwóch powyższych przykładów, to skłaniałbym się bardziej ku pierwszej części słowa, bo jakoś czynnik “lol” uległ zatraceniu.

    Na wybryki Tigera zareagowało nawet Muzeum Powstania Warszawskiego, które w bardzo ładnym stylu wbiło szpilę marce:

    https://twitter.com/1944pl/status/895229967348510720

    Jakie mogą być konsekwencje takich działań w social media?

    O realnych konsekwencjach śmieszkowania np. na Facebooku przekonała się nie tak dawno temu marka Żytnia. Osoby odpowiedzialne za wizerunek firmy w mediach społecznościowych zamieściły w sierpniu 2015 roku zdjęcie przedstawiające zamordowanego przez ZOMO człowieka, którego nieśli koledzy.

    Na Facebooku fotka wykonana przez Krzysztofa Raczkowiaka, która notabene została bezprawnie przez markę Żytnia wykorzystana, została podpisana tak, że sugerowała, iż przedstawia pijanego człowieka wracającego przy asyście kolegów z imprezy.

    Autorka, która ze zdjęcia Raczkowiaka zrobiła sobie mem została pozwana.

    Prokuratura postawiła dziewczynie zarzut pomówienia twierdząc, że osoby przedstawione na zdjęciu w akcie co najmniej tragicznym, przedstawiła jako alkoholików i uczestników wesołej balangi. Ostatecznie prokuratura złożyła wniosek o warunkowe umorzenie postępowania, ponieważ udało się zawrzeć pozasądową ugodę z jednym z mężczyzn obecnych na zdjęciu, który również poczuł się dotknięty przedstawionym memem - czytamy na łamach Bezprawnika.

    Ta sprawa zakończyła się na pozasądowej ugodzie w wysokości 15 tys. zł, ale sam fotograf również dochodzi zadośćuczynienia za naruszenie jego autorskich praw osobistych na drodze prawnocywilnej, więc konsekwencje będą zapewne większe.

    Co na to Tiger?

    Na razie firma próbuje ugasić pożar wydając oświadczenie, w którym słowo przepraszam pada aż trzy razy.

    https://twitter.com/tigerdrinkpl/status/895241600904908800

    W kolejnym komunikacie Tiger przyznaje, że kreowanie silnie buntowniczego charakteru marki uśpiło czujność agencji odpowiedzialnej za komunikację.

    https://twitter.com/tigerdrinkpl/status/895281821667250176

    Czy to wystarczy? Trudno ocenić. Na razie internauci są wściekli.



    Rzeczywiście zrobili totalny rozpierdlol – kampania Tigera przekroczyła wszelkie granice

    0 0

    lg g6

    Jak dotąd wszelkie zapowiedzi odnośnie nadchodzącego LG V30 spotykały się z umiarkowanym zainteresowaniem z mojej strony. Najświeższe wieści jednak skutecznie przykuły moją uwagę i to z dobrego powodu – LG V30 może nowym królem smartfonowej fotografii.

    Od premiery flagowego smartfona LG dzielą nas równo 3 tygodnie, a producent właśnie rzucił głodnej nowości gawiedzi pyszną kość do ogryzania – LG V30 wyposażony będzie w najjaśniejszy obiektyw spośród wszystkich smartfonów.

    Dotychczas najniższą wartością przysłony, jaką udało się uzyskać w urządzeniach mobilnych, było f/1.7 w takich smartfonach jak Samsung Galaxy S8 czy HTC U11. W topowym LG G6 ta wartość wynosi f/1.8. Nadchodzący V30 ma przyćmić wszystko.

    LG V30 z obiektywem o jasności f/1.6

    Jak czytamy w oficjalnym komunikacie prasowym, LG V30 wyposażony będzie w obiektyw o jasności f/1.6 i nie jest to tylko pusta wojna na cyferki z rywalami. Producent do wykonania obiektywu zastosował tym razem autorską technologię LG Crystal Clear, która w połączeniu z bardzo niską wartością przysłony ma dostarczać aż 25% więcej światła do sensora, niż robił to obiektyw w LG G6.

    LG V30 aparat.

    Nowy materiał ma też zapewnić wierniejsze odwzorowanie barw i ogólną lepszą jakość optyczną, szczególnie poprzez znaczącą redukcję dystorsji.

    Oprócz bardzo jasnej przysłony aparat LG V30 zaoferuje także optyczną i elektroniczną stabilizację obrazu, superszybki autofocus, oraz – naturalnie – drugi, szerokokątny obiektyw, o którym niestety nie wiemy zbyt wiele.

    To wszystko ma sprawić, że LG V30, podobnie jak jego poprzednik, V20, będzie zachęcał do zakupu przede wszystkim pasjonatów fotografii i wideografii.

    LG V30 – co o nim wiemy na 3 tygodnie przed premierą?

    Cóż… prawie wszystko. I trzeba przyznać, że topowy smartfon LG zapowiada się naprawdę fantastycznie.

    Przede wszystkim, od strony wizualnej ma stanowić rozwinięcie stylistyki LG G6. Zobaczymy więc około 6-calowy wyświetlacz o proporcjach 2:1 i rozdzielczości 2880 na 1440 pikseli, wykonany w technologii OLED FullVision. Panel będzie wspierał HDR10 oraz wirtualną rzeczywistość Google Daydream i – w przeciwieństwie do LG G6 – będzie miał zaokrąglone krawędzie.

    Co do samego wyglądu nie musimy już niczego zgadywać – LG opatrznie (a może celowo?) pozwoliło wymknąć się do Sieci zdjęciom prawdziwego telefonu, wykonanym na potrzeby kampanii z serwisem HitRecord. Widać więc wyraźnie, że będzie to nieco bardziej rozciągnięta i "obła" wersja LG G6.

    LG V30 ma też zerwać z charakterystycznym dotychczas elementem serii V – dodatkowym ekranem u szczytu głównego panelu. Wieść niesie, iż LG zdecydowało się na rezygnację z tego elementu na rzecz rozwiązania software’owego; paska skrótów przypominającego nieco ten z najnowszych Samsungów Galaxy S.

    Wiemy też co nieco o specyfikacji nadchodzącego urządzenia.

    Sercem LG V30 ma być procesor Qualcomm Snapdragon 835 wspierany przez 4 lub 6 GB RAM-u, 64 lub 128 GB pamięci wewnętrznej i zasilany ogniwem o pojemności 3200 mAh. Podobnie jak LG G6, również V30 cechować się będzie klasą wodo- i kurzoodporności IP68 oraz militarną klasą odporności na upadki.

    Możemy się też spodziewać, że wzorem poprzedników LG V30 wyposażony będzie w najlepszy na rynku poczwórny DAC dla gniazda słuchawkowego, wykonany we współpracy z B&O, co uczyni go nie tylko najlepszym smartfonem do produkcji treści, ale także do jej konsumpcji.

    Nie ma wątpliwości – to będzie ze wszechmiar multimedialny smartfon.

    LG nie pozostawia nam żadnego pola do zastanowienia – LG V30 skierowany jest do pasjonatów mobilnej fotografii i kręcenia wideo. Nawet na oficjalnym zaproszeniu na premierę widzimy klasyczne hasło: „Światła, kamera, akcja!”. Nowy hardware w połączeniu z niebywale zaawansowanym oprogramowaniem do nagrywania (więcej możecie o nim przeczytać w tekście Marcina Połowianiuka) powinien zainteresować wszystkich „kreatywnych”.

    Dlaczego więc dotąd sam się nim nie zainteresowałem? Bo wszystko wskazywało na to, że LG V30, tak jak jego poprzednik, nie będzie dostępny w sprzedaży nad Wisłą.

    Według najnowszych doniesień LG planuje jednak sprzedaż V30 na wybranych rynkach europejskich. Nie jest więc wykluczone, że tym razem Polska pojawi się w planach firmy i dostaniemy możliwość zakupu topowego urządzenia Koreańczyków. Patrząc na wszystkie informacje o tym, co zaoferuje nam LG V30, szczególnie pod względem jakości optyki, z kompletnej bierności przeszedłem do niecierpliwego oczekiwania.

    Premiera V30 już 31 sierpnia. Jestem ogromnie ciekaw, czym zaskoczy nas LG. Oby ceną. Bo według wszelkich wskazań… tanio nie będzie.

    *Grafika główna przedstawia LG G6



    Wszystko, co wiemy o LG V30 na 3 tygodnie przed premierą

    0 0

    Chociaż testy oprogramowania z numerem 5.00 przeznaczonego dla rodziny konsol PlayStation 4 wciąż przed nami, Eurogamer dotarł do ciekawych informacji. Wynika z nich, że posiadacze potężniejszych konsol PS4 Pro dostaną od Sony nieco więcej możliwości.

    Aktualizacja oprogramowania z numerem 5.00 pojawi się najszybciej za kilka tygodni. Wcześniej zostanie rozpoczęty proces zamkniętych beta testów systemu, w którym mogą wziąć udział wszyscy chętni. Oczywiście jestem wśród tego grona, lecz nawet uczestnictwo w programie Sony nie pozwala zdobyć informacji, jakież to nowości czekają na posiadaczy konsol PlayStation 4. Cennego odkrycia dokonał za to Eurogamer. Zgodnie z jego raportem, nowe elementy oprogramowania 5.00 dla PlayStation 4 to:

    Strumieniowanie wideo Full HD w 60 klatkach (Twitch) na PS4 Pro.

    Wszyta w system PlayStation 4 wtyczka platformy Twitch doczeka się aktualizacji. Skorzystają na niej jednak wyłącznie posiadacze mocniejszej wersji konsoli. Użytkownicy PS4 Pro będą mogli strumieniować swoją rozgrywkę w jakości 1080p, z zachowaniem 60 klatek na sekundę.

    Warto podkreślić, że posiadacze premierowych modeli PS4 oraz odświeżonych PS4 Slim nie będą w stanie skorzystać z nowego, najwyższego standardu streamingu. Z ich perspektywy wachlarz możliwości strumieniowania obrazu z poziomu konsoli pozostanie dokładnie taki sam, jak przed aktualizacją firmware 5.00.

    Obserwowanie indywidualnych znajomych, blogerów, gwiazd.

    Wchodząc w zakładkę „Obserwowani” na PlayStation 4 zobaczymy listę zweryfikowanych kont tak zwanych VIP-ów - znanych producentów gier wideo oraz pracowników Sony Computer Entertainment. Tego typu wyjątkowe konta możemy obserwować na podobnej zasadzie, jak teraz obserwujemy popularnych użytkowników Twittera czy Facebooka.

    Wraz z aktualizacją 5.00 użytkownicy PS4 będą mogli w dokładnie ten sam sposób obserwować każde konto PSN. Oczywiście o ile jego właściciel wyraża na to zgodę. Takie konta mogą należeć do znajomych, popularnych recenzentów gier, ulubionych youtuberów czy prezesa Sony Computer Entertainment. Programiści Sony chcą w ten sposób nadać pędu swojej społeczności, maksymalizując interakcje między użytkownikami.

    Konto rodzinne i większa kontrola nad treściami subkont dziecięcych.

    Aktualizacja 5.00 pozwoli zrzeszać użytkowników PSN w konta rodzinne. Ich istnienie ma na celu zapewnienie lepszej ochrony oraz kontroli podopiecznych. Dorosły członek konta rodzinnego dostanie narzędzia do nakładania indywidualnych ograniczeń oraz obostrzeń na każde z dziecięcych subkont mu podlegających. Oznacza to, że 16 letni Dawid będzie miał dostęp do innych treści, niż 11 letnia Kasia. Dobry ruch.

    Co istotne, zarządzanie kontem rodzinnym oraz dziecięcymi subkontami będzie możliwe z poziomu aplikacji na smartfon, a także desktopowej przeglądarki. Jeżeli dziecko zadzwoni z błaganiem, aby odblokować mu konkretną grę, a my będziemy mieli chwilę słabości, zrobimy to wyciągając telefon z kieszeni. Podobny system już od premiery wykorzystuje Nintendo Switch i niewykluczone, że to właśnie tutaj należy upatrywać inspiracji Sony.

    Lepsze powiadomienia oraz informacje systemowe.

    Posiadacze PS4 na pewno znają tę sytuację: powiadomienie wyświetliło się w lewym górnym rogu ekranu dokładnie wtedy, gdy byliście w samym środku intensywnej akcji. Jeżeli nie zdążyliście zapoznać się z komunikatem, jedynym wyjściem była minimalizacja rozgrywki, następnie wejście w zakładkę „Powiadomienia”, a dopiero potem nadrobienie zaległości. To nareszcie się zmieni.

    Wraz z aktualizacją 5.0 wszystkie najświeższe informacje będą się wyświetlać na wysuwanej bocznej zakładce Quick Menu. Jej aktywacja nie powoduje minimalizacji rozgrywki, a do tego cały czas widzimy, co dzieje się w świecie gry. Świetnym pomysłem jest również to, że z poziomu Quick Menu podejrzymy stan pobierania gier, aplikacji oraz aktualizacji.

    Opierając się na doniesieniach Eurogamera, przebudowane zostaną także powiadomienia push dotyczące kalendarzowych wydarzeń organizowanych przed graczy, producentów oraz wydawców. Do tego informacje o strumieniowanych przez siebie treściach będziemy mogli publikować na łamach Społeczności, do których należymy.

    Wsparcie dla zestawów gier na jednej płycie.

    Ciekawostką, którą docenią deweloperzy, jest wsparcie dystrybutorów zestawów gier na fizycznych nośnikach. Dotychczasowo wydając paczkę produkcji albo produkcję poszerzoną o wszystkie dodatki (na przykład wersję GOTY), jej twórcy musieli modyfikować kod podstawowej wersji gry. Teraz się to zmieni.

    Dzięki oprogramowaniu 5.00 konsola poradzi sobie z oddzielnymi paczkami danych wypalonymi na płycie, katalogując oraz łącząc je w jeden zbiór. Deweloperzy nie będą musieli modyfikować wcześniej wydanych plików, a wszelkie dodatki zainstalujemy z płyty. Obejdzie się bez żmudnego wpisywania kodów aktywacyjnych na DLC z PlayStation Store. Słowem - przygotujcie się na zalew tanich gier połączonych w gotowe zestawy na jednej płycie.

    Oczywiście, to nie muszą być wszystkie nowości aktualizacji 5.00 dla rodziny konsol PlayStation 4.

    Eurogamer nie musi posiadać informacji o wszystkich nowych funkcjonalnościach konsolowego systemu. Możecie być pewni, że gdy ruszą beta testy oprogramowania, na pewno gruntownie przeszukamy redakcyjne PS4 Pro oraz PS4 Slim w poszukiwaniu ciekawych nowości. Niestety, na ten moment nie jest znana ani data rozpoczęcia testów, ani tym bardziej premiery finalnej wersji nowego oprogramowania.



    Posiadacze PS4 Pro mogą czuć się uprzywielejowani

    0 0

    Facebook Watch

    Stało się! Zgodnie z wcześniejszymi przeciekami Facebook zaprezentował własną platformę wideo. Oto Facebook Watch.

    O platformie telewizyjnej tworzonej przez Facebooka mówiło się od tygodni, jeżeli nie miesięcy. Dziś już oficjalnie wiemy, że będzie się nazywać Watch. Ma (niespodzianka) łączyć ludzi i być dostępna na różnych typach urządzeń: smartfonach, pecetach, aplikacjach tv.

    Watch ma być spersonalizowany. Znajdziemy w nim nagrane wcześniej filmy, jak i treści tworzone na żywo. Wybrane produkcje będziemy mogli dodawać do tzw. watchlisty, by nie przegapić kolejnych epizodów. Platforma ma, a jakże, wymiar społecznościowy, dlatego otrzymamy propozycje oglądania klipów obejrzanych przez naszych znajomych.

    Społecznościowy charakter Facebook Watch wyraża się jeszcze w jednym elemencie. Podobnie, jak w relacjach na żywo, będziemy mogli komentować filmy, dodawać reakcje itp. Te ostatnie będą miały wpływ na listy polecanych materiałów. Facebook tłumaczy bowiem, że np. w sekcji filmy, które śmieszą ludzi, znajdą się te klipy wideo, które otrzymały reakcji ha ha. Gdy się o tym pisze, brzmi absurdalnie, ale wbrew pozorom ma to sens.

    https://www.facebook.com/facebook/videos/10156285678786729/

    Jakie treści znajdziemy w Facebook Watch?

    Nie da się odpowiedzieć sensownie na to pytanie. W zasadzie każde. Od relacji z wydarzeń sportowych, po programy kulinarne i spotkania z pisarzami. Facebook, chce, by platforma oferowała treści angażujące użytkowników, relacje na żywo, treści cykliczne czy tematyczne seriale.

    A konkretniej? Fani baseballa będą mogli oglądać mecze swoich ulubionych drużyn. National Geographic zaprosi na relację na żywo z safari. Billboard wyemituje serię dokumentalną poświęconą znanym muzykom. NASA zaprezentuje krótkie, pięciominutowe filmy podejmujące najważniejsze tematy dnia. To tylko kilka przykładów treści, które znajdą się na platformie Watch.

    Facebook Watch dostępny będzie póki co dla ograniczonej grupy użytkowników ze Stanów Zjednoczonych. Równolegle Facebook udostępni wybranej grupie twórców platformę Shows, która zapewni im narzędzia do publikowania w Watch. Nie wiadomo kiedy Facebook Watch będzie dostępny w innych krajach.

    Z kim będzie konkurował Watch?

    Watch nie jest ani YouTube'em, ani Netfliksem. To coś zupełnie nowego. Oczywiście rodzaje treści mogą się powtarzać, ale Facebook wykorzysta największy swój atut: społeczność, która liczy ponad 2 mld użytkowników.

    Watch to naturalna ewolucja tego, co już możemy oglądać na Facebooku. Do tej pory treści wideo, były częścią chaosu, którym jest w jakimś sensie największy serwis społecznościowy świata. Wraz z platformą wideo ma się to zmienić.

    Wiele wskazuje na to, że Watch się uda. Dlaczego? Bo zatrzyma użytkowników w serwisie.



    Facebook dopiął swego i stał się platformą wideo. Oto Facebook Watch

    0 0

    Och, jak cieszy mnie ten tekst - tekst kobiety, która nienawidzi innych kobiet i tłumaczy to różnicami biologii. I która przede wszystkim nie rozumie, dlaczego wielkie korporacje nie mogą sobie pozwolić na dopuszczanie argumentu o różnicach biologicznych do tworzenia warunków pracy.

    Cieszy, bo pokazuje jak daleko nam do zrozumienia, dlaczego równość jest taka istotna.

    Nie będę wchodzić w dyskusję o różnicach biologicznych, bo te istnieją.

    Ewolucja wykształciła nas tak, byśmy spełniali swoje role. Reprodukcję, w związku z czym kobieta i mężczyzna w szerokim rozumieniu nieco się różnią. Rezultat jest między innymi taki, że tak zwana teoria “pay gap”, zgodnie z którą kobiety zarabiają jakieś 30 proc. mniej, niż mężczyźni, jest nieprawdziwa. Kobiety z różnych powodów - biologicznych, czy społecznych - częściej wybierają ścieżki kariery w których zarabia się mniej, ale nie dlatego, że jest się kobietą, tylko ze względu na stanowisko i charakter pracy. Na przykład kobieta częściej wybierze pielęgniarstwo, niż mężczyzna (powodów jest wiele), kobieta częściej też zostanie sprzątaczką, za to mężczyzna pracownikiem budowlanym.

    O ile zgadzam się ze sporą częścią obserwacji Jamesa Damore'a (pracownika Google, który został zwolniony po rozesłaniu wiadomości o praktykach firmy dot. równouprawnienia; przyp. red.), o tyle ignorancja na konsekwencje akceptacji jego propozycji jest niezwykle uderzająca. Jak zauważa sam Damore, różnice między kobietami i mężczyznami nie oznaczają, że każda kobieta jest bardziej otwarta na ludzi, a każdy mężczyzna motywowany jest statusem.

    Gdyby w korporacji stworzyć warunki, w których zatrudniając kobietę bierze się pod uwagę te różnice, to każda kobieta chcąca piąć się w górę spotkałaby ów szklany sufit.

    Damore napisał, że biologicznie uwarunkowania sprawiają, że kobiety są bardziej otwarte na ludzi i mniej konfliktowe. Nie wiem, jak można z tego wysunąć wniosek, że może nie musi być więcej kobiet w technologiach. Logika i podstawowa wiedza o biznesie wskazuje coś odwrotnego - więcej kobiet na wysokich stanowiskach jest pożądana.

    Kolejne badania wskazują na to, że więcej kobiet na wysokich stanowiskach oznacza lepsze wyniki finansowe dla firm:

    We believe that there are at least two channels through which more female senior leaders could contribute to superior firm performance: increased skill diversity within top management, which increases effectiveness in monitoring staff performance, and less gender discrimination throughout the management ranks, which helps to recruit, promote, and retain talent. Because gender-biased firms do not reward employees with responsibilities commensurate with their talent, they lose out to rivals that do not discriminate. Their lack of gender diversity affects the bottom line.

    Tworzenie warunków pracy, które ułatwiają kobietom zdobywanie wykształcenia i doświadczenia oraz nie dyskryminują ze względu na płeć sprawia, że firma jest bardziej konkurencyjna i wewnętrznie promuje talent a nie status. Tymczasowe quota na stanowiska dotychczas zdominowane przez mężczyzn służą temu, by kobiety z kwalifikacjami takimi jak wykształcenie mogły wyrobić sobie doświadczenie, co wcześniej było niemal niemożliwe.

    The quota policy has its critics. Some have claimed that the forced inclusion of women on boards will reduce board quality or effectiveness by stuffing boards with inexperienced, unqualified, or overstretched individuals. (This is the so-called “golden skirt” effect, in which a limited number of qualified women serve on multiple boards.) But certain measures could mitigate potential negative effects. The Netherlands, for example, initiated a temporary quota policy in 2013, though it lapsed last month. The thinking behind it was that women get a period of time to build up experience and network mechanisms, set up training for subsequent cohorts, and increase exposure to female corporate leaders. Once these foundations are in place long enough for a cadre of women to have been prepared for leadership, the quota can be removed.

    Dla Google'a nie liczy się ideologia, tylko kwartalne raporty finansowe.

    Widocznie tworzenie inkluzywnego środowiska pracy, w którym nie ma miejsca na cytowanie różnic biologicznych jest bardziej zyskowne, niż trzymanie się starego schematu, w którym na kobietę patrzy się przez pryzmat właśnie tych różnic.

    Nie bez powodu co chwilę w Krzemowej Dolinie wybucha skandal związany z seksizmem - ostatnią ofiarą był Uber. Inteligentne zarządy wiedzą, że talent znaleźć można wśród kobiet i wśród mężczyzn, i że tworzenie atmosfery, która zniechęca kobiety do dołączenia do zespołu sprawia, że traci się potencjalny talent.

    Nie mam jednoznacznego stanowiska, czy zwolnienie Damore'a było złe, czy dobre. Z jednej strony nietolerancja dla krytyki jest szkodliwa, z drugiej, tolerancja sprzeciwu pracownika, który swoimi poglądami szkodzi atmosferze w pracy, jest dla mnie zrozumiała. No, ale ja przynajmniej rozumiem, że problem nie jest zerojedynkowy i jak ważne jest tworzenie warunków pracy, w których inwestycja w talent jest ważniejsza, niż różnice ewolucyjne.



    W korporacjach nie ma miejsca na różnice biologiczne

    0 0

    Tiger zapłacił pół miliona za “reklamę” wartą milion, a internetowy tygrys został uśpiony

    Wczoraj rozegrał się ogromny kryzys wizerunkowy marki Tiger. Po publikacji prowokacyjnych grafik z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego oraz katastrofy w Smoleńsku firma wypłaciła 500 tys. zł zadośćuczynienia, a teraz znika z Instagrama.

    Gdy oczy internautów zwróciły się w stronę grafiki, którą Tiger w swoim stylu postanowił świętować pamięć o Powstaniu Warszawskim, w sieci zawrzało.

    https://twitter.com/makowski_m/status/895216937919184896

    Oburzenia nie kryli klienci, użytkownicy Instagrama - na którym początkowo pojawiła się grafika - oraz użytkownicy innych mediów społecznościowych.

    Niezadowolenia nie krył również Krzysztof Pawiński, jeden z właścicieli firmy Maspex, do której należy Tiger.

    https://twitter.com/kpawinski/status/895271528685875200

    W następstwie tych wydarzeń producent napoju Tiger zdecydował o wpłaceniu pół miliona złotych na konto Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

    https://twitter.com/kpawinski/status/895322985069813760

    https://twitter.com/tigerdrinkpl/status/895324284842688513

    Czy pół miliona to dużo?

    Maspex zapłacił 500 tys. zł dodając że:

    kwota, którą przelaliśmy jest tak wielka, jak nasze poczucie wstydu.

    Miłośnicy teorii spiskowych zaczęli szybko zadawać pytanie - czy całe to zamieszanie z Tigerem nie było zaplanowaną akcją. W końcu firma zapłaciła tylko pół miliona, a mówią o niej wszystkie media w kraju.

    Jak wyliczono, ekwiwalent reklamowy zasięgu, który zrobiła wczoraj marka Tiger - dotarła do 5,3 mln osób - wycenia się na 287 793 dol, czyli ponad 1 mln zł.

    https://twitter.com/Polityka_wSieci/status/895514646769156096

    Niektórzy uważają, że Tiger wyszedł na swoje. Sprawa jest jednak zdecydowanie bardziej złożona, bo aby ocenić konsekwencje wczorajszego zamieszania nie wystarczy prosta matematyka w postaci: odjąć pół od jednego.

    Tygrys został uśpiony

    Tiger nie tylko wkurzył kilka milionów Polaków, ale również zamknął sobie drogę do dalszej obecności w mediach społecznościowych.

    Firma zdecydowała o zamknięciu konta na Instagramie, a inne społecznościowe profile, jak Facebook i Twitter, milczą. Bo przecież trudno coś publikować przy takiej atmosferze, jaka panuje obecnie wokół marki.

    Po tak potężnej wpadce nie można ot tak przejść do publikowania wpisów takich, jak do tej pory:

    https://twitter.com/tigerdrinkpl/status/888677053507227649

    https://twitter.com/tigerdrinkpl/status/888329153820413952

    https://www.facebook.com/TigerEnergyDrink/photos/a.261845927177698.77319.203858706309754/1703465183015758/?type=3&theater

    Podejrzewam, że konta będą jeszcze przez jakiś czas nieaktywne, a firma musi wykombinować sposób na to, aby zgrabnie przywrócić je do życia.

    Na razie tygrys został uśpiony.



    Internetowy tygrys został uśpiony

    0 0

    Aktualizacja Androida będzie możliwa nawet, jeżeli pamięć smartfona okaże się niemal w pełni zapchana. Nad rozwiązaniem tym pracuje już Google.

    Aktualizacja Androida będzie możliwa nawet, jeżeli pamięć smartfona okaże się niemal w pełni zapchana. Nad takim rozwiązaniem pracuje już Google.

    Na twoim smartfonie pojawiło się powiadomienie o aktualizacji Androida. Szybko klikasz w nie i zgadzasz się na instalację nowej wersji oprogramowania, w końcu zawsze chcesz być na czasie.

    Niestety, po kilku sekundach okazuje się, że system nie zostanie zaktualizowany, ponieważ na zapchanej pamięci masowej nie ma odpowiedniej ilości miejsca. Okazuje się, że zainstalujesz nową wersję Androida dopiero gdy usuniesz z telefonu nieco zdjęć, filmów, ewentualnie odinstalujesz kilka aplikacji oraz gier.

    Część z was na pewno spotkała się z tym problemem.

    Na szczęście niebawem odejdzie on w niepamięć. Google pracuje nad rozwiązaniem, które pomoże go rozwiązać. Będzie to możliwe dzięki wykorzystaniu dwóch osobnych partycji. Rozwiązanie to wprowadzono w Androidzie 7.0 Nougat, ale póki co jest dostępne wyłącznie w smartfonach Pixel.

    Do tej pory dwie partycje pozwalały na aktualizowanie telefonu w tle. Użytkownik mógł korzystać ze sprzętu używając aktywnej partycji, podczas gdy aktualizacja odbywała się w niedostępnym dla niego fragmencie pamięci. Następnie wystarczył krótki restart telefonu, by ten uruchomił się z nowym oprogramowaniem.

    Teraz Google uznał, że tę zablokowaną partycję wykorzysta w jeszcze inny sposób. Do tej pory aktualizacja była pobierana w klasyczny sposób na standardową partycję, a w tle przebiegał wyłącznie sam proces aktualizacji. Z tego powodu część przestrzeni dostępnej na smartfonie musiała być wolna. Teraz dodatkowe miejsce będzie wykorzystywać także proces pobierania obrazu systemu.

    Otóż paczka z nowym systemem będzie pobierana w bardzo małych fragmentach, które następnie będą strumieniowane do drugiej partycji i tam składane w całość. Umożliwi to pobieranie aktualizacji nawet wtedy, gdy pamięć telefonu będzie zapchana. Do pobrania i zainstalowania aktualizacji wystarczy 100 kB wolnej przestrzeni. Nowość ta ma służyć nie tylko do aktualizacji systemu, ale też Usług Google Play.

    Niestety, nie wszyscy skorzystają z tej funkcji.

    Będzie ona dostępna tylko na niektórych sprzętach i to głównie tych jeszcze niewydanych. Jako że proces zmian w systemie partycji jest dosyć ryzykowny, żaden producent nie zdecyduje się na dodanie tej funkcji do już dostępnych na rynku urządzeń. W ich przypadku aktualizacja Androida nadal będzie przebiegać po staremu.

    Pojawia się też pytanie, czy producenci w ogóle zechcą korzystać z tego rozwiązania. W końcu usprawnia ono wyłącznie proces aktualizacji, który następuje dosyć rzadko, w zamian zabierając użytkownikowi część cennego miejsca. Z tego powodu duża część producentów sprzętu może nie zdecydować się na implementację tej ciekawej funkcji. W takiej sytuacji pozostanie ona wyłącznie rynkową ciekawostką, o której szybko zapomnimy.



    Google zadba o to, by w twoim smartfonie nigdy nie zabrakło miejsca na aktualizację

older | 1 | (Page 2) | 3 | 4 | .... | 6 | newer