Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.

(Page 1) | 2 | 3 | .... | 20 | newer

    0 0

    Nokia 808 PureView

    Symbian dziś jest powodem wielu niewybrednych żartów młodzieży, która nie pamięta, jak potężnym, dobrze napisanym był systemem. Nokia, przy okazji swojego ostatniego sprawozdania fiskalnego, oficjalnie potwierdziła, że nie pojawi się już żaden nowy smartfon z Symbianem.

    Koniec Symbiana! Oto krótka historia abdykującego króla

    0 0

    skype-logo

    Komunikator Skype zajmuje w historii internetu jedno z ważniejszych miejsc. Dokonał rewolucji w komunikowaniu się przy pomocy internetu, a to przełożyło się na zmiany w naszym codziennym życiu. Jednak czy kiedykolwiek zastanawialiście się ile minut każdego dnia użytkownicy komunikatora spędzają na rozmowach?

    2 miliardy minut na Skype dziennie, czyli ile?

    0 0

    symbian-logo

    Nadszedł smutny czas pożegnań. Symbian był z nami od wielu lat, ale jego kres w końcu nastał. O ile system przestał być wspierany przez Nokię już jakiś czas temu, o tyle cały czas trwa produkcja telefonów z tym OS-em. Jednak niedługo się zakończy. Raz i na zawsze.

    Żegnaj Symbianie, nasz stary kolego

    0 0

    symbian-belle.jpg

    Czas pożegnać wszystkie systemy operacyjne Nokii, z jednym wyjątkiem. Poza Asha OS, wszystkie z nich przestają być rozwijane, a dedykowane im sklepy z aplikacjami przestaną przyjmować aktualizacje i nowe pozycje.

    Koniec Symbiana, Belle i MeeGo. Jednak producent nadal będzie wspierał te systemy

    0 0
  • 08/05/17--09:19: Jak (nie) pakować
  • Jak (nie) pakować

    Niedawno kupiłem ładowarkę do iPada. Ot, zakup, jak zakup. Było to oryginalne akcesorium nabyte w sklepie Apple'a. Przyniósł je kurier. Otworzyłem tekturowe pudełko, w którym było drugie, to właściwe. I w zasadzie na tym można by zakończyć tę opowieść lub w ogóle jej nie rozpoczynać. Przecież zakup ładowarki to nic szczególnego.

    O dziwo, ta nudna z pozoru historia, ma dość nietypową puentę. Może to głupie, ale zachwyciłem się. Nie, nie samą ładowarką. Tę znam od wielu lat. Używałem przecież identycznej, dopóki jej nie zniszczyłem. Bardzo spodobał mi się sposób zapakowania. Ta drobnostka, ten detal o który tak bardzo dbał Steve Jobs.

    Jak (nie) pakować

    Ładowarka nie była pierwszym produktem Apple'a, który rozpakowywałem. Mam iPhone’a, iPada (wcześniej kilka innych), kupowałem też swego czasu EarPodsy. Odczucia zawsze mam podobne: otwierając produkt Apple’a cieszę się jak dziecko. Sprawia mi to po prostu przyjemność. Nie chodzi o snobizm, fakt, że na opakowaniu znajduje się jabłko. Obce mi są tego typu uczucia. To przede wszystkim doznania czysto estetyczne. Ich źródłem są nie tylko urządzenia firmy z Cupertino.

    Apple od dawna wyznacza standardy pakowania produktów.

    Jobs przywiązywał wagę do detali, o które mało kto wcześniej zabiegał. Jego drobiazgowość została doceniona przez wielu klientów. Zapewne m.in. dzięki niemu piękne opakowania produktów elektroniki konsumenckiej stały się standardem.

    Gdy w zeszłym roku rozpakowywałem smartfon Moto X Style, od razu zauważyłem, że Lenovo zadbało, by pierwsze wrażenie było przyjemne. Podobne doświadczenia miałem, gdy otwierałem pudełka czytników Kindle.

    Jak (nie) pakować

    Taką drogą wprawiania klientów w zachwyt, już na pierwszym etapie, poszło w ostatnich latach wielu producentów. Tym bardziej rzuca się w oczy bylejakość tych, którzy nie widzą potrzeby sprawienia tej drobnej przyjemności nabywcy ich produktów.

    Gdy otwierałem niedawno bezprzewodowe słuchawki JBL mało mnie szlag nie trafił, gdy musiałem odkręcać te małe, plastikowe druciki, mocujące zestaw do opakowania. Po zakupie dysku SSD SanDiska mocno zirytował mnie blister.

    Blistry, które trudno otworzyć, to osobna część tej opowieści.

    Nie znoszę ich. Pakowane są w nie różne produkty: pendrive’y, adaptery, powerbanki. Cała ta drobnica, która niezbyt grzecznie wisi na wieszaczkach w elektromarketach. Często znajdziemy w nich też myszki czy dyski przenośne.

    Jednym z najgorszych doświadczeń, jakie można mieć po nabyciu produktu, jest problem z jego otworzeniem. Blistry mają to do siebie, że czasem nie radzi sobie z nimi nawet ostry nóż. Bywa, że próba ich pokonania zamienia się w wojnę totalną. Na pobojowisku zostają fragmenty plastiku, a my z wątpliwym poczuciem zwycięstwa dzierżymy w dłoni zakupiony gadżet. Efektu wow w takiej sytuacji nie należy oczekiwać. Zwłaszcza, gdy dodatkowo się skaleczymy, a coś takiego zdarzyło mi się kilkakrotnie.

    To wszystko drobnostki. Problemy pierwszego świata. A jednak wpływają na nasz odbiór marki. Są drobnym elementem, który pomaga budować zaufanie do niej.

    Gdy wyszedłem kilka dni temu z jednego ze sklepów z elektroniką z czytnikiem kart SD ze złączem Lightning, pomyślałem, że Apple potrafi zapakować nawet, wybaczcie kolokwializm, pierdołę. Być może, i należy ten argument wziąć mocno pod uwagę, dobre pierwsze wrażenie miało zrekompensować w tym przypadku poczucie, że wydałem absurdalną kwotę na to akcesorium?



    Jak (nie) pakować

    0 0
  • 08/05/17--10:37: Elektryzujące zestawienie
  • Wielkie i kompaktowe. Zaskakująco tanie i przerażająco drogie. Uniwersalne i wyspecjalizowane. Szybkie i… bardzo szybkie. Te samochody dzieli prawie wszystko, ale łączą je dwie rzeczy – są elektryczne i sporo namieszają na rynku, kiedy się na nim pojawią.

    Dziś myśląc o elektrycznych samochodach mamy w głowie jedną, może dwie marki. Gdy widzimy elektryka na ulicy, przeważnie obdarzymy go więcej niż jednym przelotnym spojrzeniem. O samochodach elektrycznych się mówi, samochody elektryczne budzą kontrowersje. Niedługo jednak cała ta elektryfikacja może nam zupełnie spowszednieć. Za sprawą czego? Za sprawą tych firm i tych samochodów.

    Aston Martin RapidE

    rapide

    Tego samochodu nie będziemy często mijać na ulicy – powstanie zaledwie 155 egzemplarzy, a kwota, którą przyjdzie za niego zapłacić, będzie z całą pewnością szokująca. Tak samo jak sam fakt, że Aston Martin ostatecznie zdecydował się na wprowadzenie na rynek samochodu napędzanego silnikiem elektrycznym.

    Jeśli jednak takie połączenie wydaje wam się kuszące, to dalsze szczegóły są jeszcze ciekawsze. RapidE ma zachować wygląd, dynamikę i (prawdopodobnie) osiągi modelu Rapide S – czyli pojazdu zasilanego 6-litrowym V12. Mowa więc o prawdziwej bestii, do tego… czterodrzwiowej.

    Piękny, potężny i… elektryczny. Taki będzie Aston Matin RapidE.

     

    Czy Aston Martin stworzy kolejne samochody elektryczne, kiedy już wszystkie egzemplarze RapidE znajdą swoich nabywców? Chyba nikogo by to nie zdziwiło…

    Kiedy: Start produkcji w 2019 roku.
    Dlaczego to jest ważne: Elektryczny Aston Martin!

    Tesla Model Y

    Model 3 już w pewnym sensie zadebiutował – na listę samochodów elektrycznych, na które czekamy, i które na pewno będą miały wpływ na rynek, trafia więc następny w kolejce – Model Y.

    Tym razem nie będzie to jednak kolejny sedan/liftback, a drugi w ofercie marki SUV. I tak samo, jak Model 3 był mniejszą wersją (choć nie w 100 proc.) Modelu S, tak Model Y będzie pomniejszoną i tańszą odmianą Modelu X.

    Szczegółów niestety na razie brak. Do tej pory mogliśmy zobaczyć szkic tego, jak prawdopodobnie będzie wyglądał nowy pojazd Tesli, choć nie ma też pewności, że jest to wizualizacja finalnego projektu. Poza tym Elon Musk ujawnił, że Model Y nie będzie dzielić płyty podłogowej z Modelem 3. Zostanie ona przygotowana specjalnie dla tego elektrycznego crossovera.

    Model Y najprawdopodobniej też początkowo oferowany będzie na podobnej zasadzie co Model 3. Pierwsi kupujący będą więc mieli w kwestii personalizacji do wyboru głównie kolor nadwozia oraz wzór felg. Kolejne opcje będą dodawane w kolejnych miesiącach.

    Kiedy: Końcówka 2019 lub 2020 roku.
    Dlaczego to jest ważne: To Tesla. Tak po prostu.

    Elektryczne Volvo. Dużo elektrycznych Volvo

    volvo xc60 pierwsze wrazenia

    Jedyna jak do tej pory tego typu deklaracja w branży i jedyny przypadek, kiedy termin elektryfikacji wszystkich nowych modeli został jasno określony.

    Jak wygląda plan Szwedów? Od 2019 roku żaden z debiutujących modeli Volvo nie będzie dostępny z klasycznym silnikiem. Będą tylko hybrydy lub samochody w pełni zasilane z akumulatorów. Zresztą już teraz wszystkie nowe modele (i te z serii 90, i te z serii 60) można kupić z napędem hybrydowym.

    Do 2021 roku w ofercie Volvo pojawi się 5 samochodów elektrycznych. Aktualnie w ofercie znajdziemy potężną hybrydę T8, dostępną w modelach V90, S90, XC90, V90 Cross Country, a także w XC60.

     

    Nas najbardziej interesują jednak samochody w pełni elektryczne. Pierwszy powinniśmy poznać już w 2019 roku, a jego głównymi atutami mają być spory zasięg i atrakcyjna cena.

    Kolejne cztery dołączą do niego w ciągu następnych 2 lat. Błyskawiczne tempo, a do tego warto zwrócić uwagę na jeden szczegół – jeśli ten plan się powiedzie, w 2021 roku Volvo może mieć w swojej ofercie więcej elektrycznych samochodów osobowych niż… Tesla. Nic dziwnego, że po ogłoszeniu Szwedów akcje amerykańskiej firmy spadły o 7 proc. tego samego dnia.

    Kiedy: Hybrydowe wersje wszystkich nowych modeli – już są (na razie seria 90 i 60). Pierwszy w pełni elektryczny model w 2019, 5 elektrycznych samochodów do 2021.
    Dlaczego to jest ważne: Jedyna tak konkretna deklaracja, aż 5 elektrycznych samochodów w najbliższym czasie.

    Elektryczny Polestar

    Większość elektrycznych samochodów jest szybka. Niektóre są bardzo szybkie. Ale nie wszystkie dają i będą dawać odpowiednio dużo frajdy z jazdy.

    Połączeniem jednego i drugiego powinien zająć się Polestar – do niedawna nadworny tuner Volvo, dziś osobna, choć zależna od Szwedów firma i marka. Co istotne, samochody, które wyjdą spod ich ręki, nie będą nosić logo Volvo – będą w całości sygnowane przez Polestara.

    Polestara możecie kojarzyć z tuningiem samochodów Volvo. Teraz to osobna firma, zajmując się samochodami zelektryfikowanymi.

     

    Na razie nie mamy jeszcze szczegółów dotyczących tego, jakie pojazdy opuszczą fabryki nowej firmy. Określenie „zelektryfikowane” w komunikacie prasowym mogą sugerować, że początkowo będą to hybrydy, a czas na pierwsze w pełni elektryczne auto przyjdzie dopiero po 2019 roku – gdy Volvo pokaże swoje pierwsze auto tego typu.

    Kiedy: Czas pokaże.
    Dlaczego to jest ważne: To w drogich i szybkich samochodach się zakochujemy.

    Volkswagen ID

    Elektryczny Volkswagen Golf nie jest samochodem nieudanym, szczególnie po ostatnim odświeżeniu. Problem tylko w tym, że jest… drogi (ceny startują od ponad 160 tys. zł!). Przy modelu I.D. (czy jakakolwiek będzie finalna nazwa) ten problem powinien zostać rozwiązany.

    Już według pierwszych zapowiedzi I.D. miał cenowo znajdować się w okolicach „podobnie wyposażonego i podobnie mocnego” Golfa. Ostatnie doniesienia zdają się te teorie potwierdzać – malejące koszty ogniw powinny sprawić, że I.D. w momencie debiutu będzie faktycznie ciekawą cenowo alternatywą dla samochodów napędzanych silnikami spalinowymi.

     

    I.D. Buzz, I.D. Cross – Volkswagen ma już elektryczny plan na kolejne lata.

     

    Sam I.D. to zresztą tylko pierwsza część opowieści – w kolejnych latach na rynek powinny trafić następne elektryczne modele Volkswagena.

    Kiedy: 2020.
    Dlaczego to jest ważne: Elektryczny Golf w dobrej cenie. Więcej pisać nie trzeba.

    Porsche Misson E (i kolejne)

    elektryczne modele porsche

    Porsche nie zdecydowało się wprawdzie jeszcze na taki ruch jak Volvo – silniki spalinowe na razie jeszcze zostają w ofercie – ale być może w końcu podejmie podobną decyzję.

    Według ostatnich wypowiedzi prezesa niemieckiej marki, możliwe jest, że Porsche wycofa się ze sprzedaży samochodów z silnikami Diesla. W ofercie zostałyby tylko silniki benzynowe, hybrdowe oraz elektryczne.

    Na taką decyzję będzie trzeba jednak jeszcze poczekać – ostatecznie ma ona zostać podjęta pod koniec dekady. Mniej więcej wtedy, kiedy na rynku zadebiutuje finalna wersja koncepcyjnego do tej pory modelu Mission E.

    Kiedy: 2020.
    Dlaczego to jest ważne: Przygodę Porsche z silnikami Diesla można byłoby nazwać wtedy… zaledwie przygodą.

    Nissan Leaf

    samochody elektryczne

    Ta tegoroczna premiera nie może niestety liczyć na tyle uwagi, co Tesla Model 3. Niesłusznie – Leaf w dalszym ciągu pozostaje jednym z najlepiej sprzedających się samochodów elektryczny.

    Nowa generacja wprowadzi też kilka nowości. Poza zmienioną stylistyką będzie to m.in. większy zasięg, tryb częściowo zautomatyzowanej jazdy oraz tzw. e-Pedal. To ostatnie (odpowiedni tryb jazdy włączamy przyciskiem) pozwoli na jazdę z wykorzystaniem wyłącznie jednego pedału – samochód po odpuszczeniu pedału gazu będzie dość mocno hamował. Tylko w sytuacji awaryjnej konieczne będzie skorzystanie z pedału hamulca.

    Kiedy: 2017
    Dlaczego to jest ważne: Jedna z istotniejszych elektrycznych premier tego roku.

    Mercedes EQ

    Pierwszy model z linii EQ, który powinien zadebiutować w okolicach 2019 roku, jest o tyle istotny, że… po nim przyjdą kolejne.

    Zasilany z akumulatorów SUV będzie więc okazją na to, aby przyjrzeć się, jaki jest pomysł Mercedesa na samochody elektryczne.

    Kiedy: 2019
    Dlaczego to jest ważne: Bo od pierwszego modelu EQ powinna zacząć się cała ekspansja Mercedesa w segmencie elektrycznych samochodów.

    Elektryczne BMW X3

    Podobnie jest z elektrycznym X3, które powinno trafić do sprzedaży jeszcze przed końcem tej dekady. BMW ma już wprawdzie i3 oraz sporą ofertę hybryd (w tym sportowe i8), ale czas przekonać się, jak elektryczny napęd sprawdzi się w cywilnym modelu tej marki.

    I tak samo jak w przypadku Mercedesa, tak i w przypadku BMW za X3 (o ile wcześniej nie pojawi się elektryczna Seria 3) pójdą kolejne modele, w tym mający debiutować w okolicach 2021 roku iNEXT.

    Kiedy: do 2020
    Dlaczego to jest ważne: Bo jeśli elektryczne X3 się przyjmie, za nim pójdą kolejne elektryki od BMW. Docelowo też M-ki.



    Elektryzujące zestawienie

    0 0
  • 08/05/17--10:49: Jak kupić dobry powerbank?
  • Dostępne na rynku smartfony zużywają dużo energii, przez co bardzo często nie wytrzymują całego dnia bez ładowania. Z tego powodu użytkownicy muszą sięgać po dodatkowe źródła energii, takie jak zewnętrzne akumulatory. Jaki powerbank kupić? Czym kierować się podczas wybierając go? Postanowiłem odpowiedzieć na te pytania.

    Obudowa

    Kupując powerbank warto zwrócić uwagę na jego jakość wykonania. Obudowa powinna być wykonana z mocnego tworzywa sztucznego lub metalu. Szukając urządzenia, na którym wrażenia nie zrobi nawet upadek, należy zainteresować się dodatkowo wzmacnianym sprzętem. Jego obudowa powinna być pokryta grubą  warstwą tworzywa sztucznego lub gumy.

    [caption id="attachment_582633" align="aligncenter" width="4160"]Jaki powerbank kupić? Przede wszystkim wytrzymały. ADATA A10050 ma obudowę wykonaną z metalu, zaś Tronsmart Presto jest pokryty gumą. Jaki powerbank kupić? Przede wszystkim wytrzymały. ADATA A10050 ma obudowę wykonaną z metalu, zaś Tronsmart Presto jest pokryty gumą.[/caption]

    Najbardziej wytrzymały powerbank powinien być też wodo- i pyłoszczelny. Tego typu urządzenia oferują wysoki stopień IP. Składa się on z dwóch cyfr charakterystycznych. Pierwsza z nich oznacza trudność dostępu do newralgicznych elementów sprzętu oraz zabezpieczenie przed wnikaniem pyłu do jego wnętrza. Nas interesuje wyłącznie odporność na wnikanie pyłu, ponieważ we wszystkich powerbankach dostęp do niebezpiecznych elementów jest bardzo utrudniony lub wręcz niemożliwy. W świecie mobilnym spotykane są dwa stopnie tej odporności – 5 i 6. Oznaczają one kolejno podstawową ochronę przed pyłem oraz obudowę w pełni pyłoszczelną.

    [caption id="attachment_582631" align="aligncenter" width="1200"]ADATA D8000L ma certyfikat IP54, więc przypadkowe zalanie lub upadek do kałuży mu nie zaszkodzi. ADATA D8000L ma certyfikat IP54, więc przypadkowe zalanie lub upadek do kałuży mu nie zaszkodzi.[/caption]

    Druga cyfra charakterystyczna odpowiada za ochronę przed wodą. Producenci chwalą się poziomami ochrony na poziomie 5 i wyższym. Poziom 5 oznacza ochronę przed strugą wody (12,5 l/min) laną na obudowę z dowolnej strony. Poziom 6 to ochrona przed silną strugą wody (100 l/min) laną na obudowę z dowolnej strony. Poziom 7 pozwala na pełne zanurzenie telefonu w wodzie na 30 minut na głębokości do 1 metra. Najwyższy poziom 8 to ochrona przed skutkami ciągłego zanurzenia w wodzie w warunkach ustalonych przez producenta.

    Porty

    Im więcej portów, tym lepiej. Najtańsze powerbanki są wyposażone w jeden port USB-A, za pomocą którego można naładować tylko jeden sprzęt. Warto jednak zainwestować w powerbank wyposażony w dwa porty, które pozwalają na ładowanie dwóch urządzeń jednocześnie. Dostępne na rynku są też sprzęty, które oprócz dwóch (lub więcej) portów ładowania mają wbudowane przewody, które pozwalają na ładowanie kolejnych sprzętów. Dzięki temu można łatwo dzielić się z innymi energią zgromadzoną w powerbanku.

    Dodatkowo każdy powerbank ma gniazdo, za pomocą którego sam jest ładowany. Jest to port microUSB lub USB-C. Który z nich jest lepszy? Ten, w który jest wyposażony wasz smartfon. Dzięki temu do ładowania obu urządzeń będziecie używać tylko jednego rodzaju przewodu. To duża wygoda. W tym momencie warto dodać, że bardziej przyszłościowym rozwiązaniem jest USB-C, które już zaczyna wypierać microUSB i za jakiś czas będzie stosowane we wszystkich smartfonach. Dlatego jeżeli szukacie sprzętu na kilka lat, zdecydowanie powinniście wybrać powerbank z portem USB-C lub… dwoma rodzajami portów ładowania, bo i takie urządzenia są dostępne.

    Pojemność

    Ten parametr zależy od potrzeb konkretnego użytkownika. Warto jednak pamiętać, że jeżeli macie powerbank o pojemności 3000 mAh, to nie naładujecie nim smartfona z akumulatorem o identycznej pojemności. Podczas ładowania występują bardzo duże straty energii. Przykładowo, akumulator o pojemności 10 000 mAh wystarczy na naładowanie telefonu o pojemności 3000 mAh niecałe 3 razy.

    Warto pamiętać też o tym, że wraz z pojemnością powerbanku rosną też jego wymiary. Moim zdaniem wielkościowo akceptowalne są akumulatory o pojemności do 10 000 mAh. Sprzętu z ogniwami o większej pojemności często nie da się włożyć do kieszeni i trzeba go nosić w torebce lub plecaku. Dlatego mimo, że posiadam powerbank Xiaomi o pojemności 20 000 mAh, to praktycznie go nie używam. Chyba że wybieram się na dłuższy wyjazd, podczas którego plecak ma towarzyszyć mi cały czas.

    Szybkie ładowanie

    Dobry powerbank powinien też wspierać jedną z technologii szybkiego ładowania. Najprostszą i najbardziej prymitywną z nich jest możliwość dostarczania prądu o natężeniu zwiększonym z 1 do 2,1 A. Występują jednak też znacznie lepsze rozwiązania, w których odpowiednio dobierane jest nie tylko natężenie, ale też napięcie prądu. Do rozwiązań takich należy chociażby Qualcomm QuickCharge lub Huawei Supercharge, które ładują telefon w zaledwie kilkadziesiąt minut.

    Pamiętajcie jednak, że wasz powerbank musi obsługiwać tę samą technologię szybkiego ładowania co telefon. W przeciwnym wypadku nie będzie ona działać. No chyba że ma on rozwiązanie IQ Charging, która współpracuje z każdą technologią szybkiego ładowania. Za jego pomocą mogę szybko naładować zarówno LG G6 obsługujący Qualcomm Quick Charge 3.0, jak też Huawei P10 z technologią Supercharge. Korzystam z tego rozwiązania w powerbanku Tronsmart Presto PBT10, który ma autorską odmianę tej technologii o nazwie VoltIQ.

    Dodatkowe funkcje

    Dobry powerbank powinien mieć też kilka dodatków. Jednym z nich jest latarka, która pomoże nam znaleźć przedmioty pod łóżkiem lub oświetli drogę w nocy. Warto przed zakupem sprawdzić jej możliwości. W bardzo mocną lampę jest wyposażony chociażby powerbank ADATA D8000L, który ma diody LED umieszczone na całej swojej powierzchni Przydatne okażą się też wbudowane kable, dzięki którym nigdy nie zapomnimy zabrać z domu odpowiedniego przewodu. Nie warto za to kupować akumulatora z panelem solarnym. Jego powierzchnia będzie na tyle mała, że praktycznie nie dostarczy on energii do urządzenia.

    ZOBACZ: Nie kupuj takiego powerbanku

    https://www.youtube.com/watch?v=wRAt9WPxJtI

    [youtube]



    Jak kupić dobry powerbank?

    0 0
  • 08/07/17--00:02: Rozmiar ma znaczenie
  • Moto G5 Plus, czyli tanio, a dobrze.

    Szukając dla siebie nowego telefonu patrzymy zazwyczaj na trzy aspekty: specyfikację, akumulator i aparat. Reszta? Reszta nie ma większego znaczenia. A jednak przymierzając się do zakupu, powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na jeszcze jedną kwestię – rozmiar urządzenia.

    Załóżmy, że kupiłeś telefon z najmocniejszą specyfikacją na rynku, aparatem wspaniałej jakości i potężnym akumulatorem. I co z tego? Skoro każdego dnia musisz walczyć z jego gabarytami, a przekątna ekranu jest tak duża, że aby ściągnąć belkę powiadomień musisz przerzucać telefon w dłoni, co nieuchronnie doprowadzi do bardzo kosztownego upadku.

    Nie mówiąc o tym, jak komicznie wygląda wypchana smartfonem kieszeń twoich spodni. O ile jesteś mężczyzną, bo... rozmiary kobiecych kieszeni spodni nadal tkwią w erze pierwszego iPhone’a i nowoczesny smartfon – dowolnej wielkości – po prostu się do nich nie mieści.

    Załóżmy, że kupiłeś telefon o poręcznym, kompaktowym rozmiarze. Specyfikacja może nie jest najlepsza, ale aparat ma przyzwoity, no i możesz wygodnie obsłużyć go jedną dłonią. I co z tego? Skoro o 15:00 szukasz gniazdka lub wyciągasz z plecaka powerbank, bo mikry akumulator nie pozwala na intensywne użytkowanie smartfona przez cały dzień.

    Nie mówiąc o tym, jak trudno jest ci wystukać na wirtualnej klawiaturze wiadomość ani jak nieimponująco wygląda odtworzone na mniejszym telefonie wideo.

    To oczywiście przerysowane, hiperbolizowane przykłady, mające uzmysłowić wam jedno – rozmiar ma znaczenie. I powinniśmy zwracać na niego większą uwagę wybierając telefon.

    Idealny rozmiar wyświetlacza, czyli… jaki?

    Nie istnieje jedna odpowiedź na to pytanie, bo wszystko zależy od indywidualnych preferencji użytkownika i tego, na ile jesteśmy się przyzwyczaić do konkretnego rozmiaru oraz na jak daleko idące kompromisy chcemy się zgodzić (jeśli w ogóle).

    Są jednak obiektywne wady i zalety smartfonów o danych przekątnych wyświetlacza, które mogą wam pomóc wybrać ten idealny dla siebie.

    W tym tekście celowo pomijam dwa najmniejsze iPhone’y o przekątnych 4” i 4,7”. To wyjątki. Nisza. Produkty skierowane do grupy odbiorców, której decyzja w zasadzie i tak podyktowana jest wyłącznie rozmiarem i ceną. Nie mówię też o urządzeniach takich jak Galaxy S8 czy LG G6 z wyświetlaczami o innej przekątnej niż 16:9. To – jak na razie – również nisza i pieśń przyszłości, mająca swoich zwolenników i przeciwników.

    Poniższe rozważania skierowane są też raczej do osób poszukujących smartfona w cenie powyżej 800 zł. Dlaczego? Otóż poniżej tej wartości znakomita większość telefonów ma ekran tej samej przekątnej, wynoszącej 5”. To poręczny, kompaktowy gabaryt, który z powodzeniem wystarcza grupie docelowej przebierającej wśród urządzeń z niższej półki, niemającej wyśrubowanych wymogów.

    Przechodzą półkę wyżej znajdziemy urządzenia o w zasadzie dwóch długościach przekątnej ekranu – 5,2” oraz 5,5”. Oczywiście, znajdą się też sprzęty mające mniej lub więcej cali, lecz na przestrzeni ostatnich kilku lat światek smartfonowy nam się w zasadzie ustandaryzował i to właśnie 5,2” oraz 5,5” są najczęściej spotykanymi przekątnymi ekranu, i to spośród nich zazwyczaj przyjdzie nam wybierać.

    Smartfon o przekątnej ekranu wynoszącej 5,2” – wady i zalety.

    Plusy wynikające z mniejszej przekątnej ekranu są w tym przypadku dość oczywiste:

    • Lepsza ergonomia
    • Możliwość prostej obsługi jedną dłonią
    • Mniejsza szansa na upadek
    • Mniej zajmowanego miejsca w kieszeni czy torebce
    • Mniejszy smartfon jest wygodniejszy podczas ćwiczeń
    • Mniejszym smartfonem łatwiej jest zrobić zdjęcie trzymając go jedną dłonią
    • Mniejszy smartfon zazwyczaj kosztuje mniej

    Z mniejszym rozmiarem wiążą się też kompromisy. Czasem nieoczywiste:

    • Mniejszy smartfon zazwyczaj oznacza mniejszy akumulator
    • Mniejszy ekran to mniej treści na ekranie (lub treść mniejszego rozmiaru)
    • Mniejszy ekran zazwyczaj oznacza gorsze doświadczenia multimedialne
    • Mniejszy smartfon korzystający z przycisków ekranowych zostawia jeszcze mniej miejsca dla treści
    • Mniejszy smartfon to mniejszy ekran nawigacji, jeśli wykorzystujemy telefon w ten sposób
    • Mniejszy smartfon oznacza mniej wygodne pisanie na klawiaturze obiema dłońmi

    Smartfony o przekątnej 5,2” polecam osobom traktującym swój telefon jako codziennego towarzysza, a nie maszynę multimedialną. Mniejsza przekątna oznacza, że filmy i gry nie wyglądają tak dobrze, jak na większym urządzeniu. Oznacza też jednak, że wygodniej jest korzystać ze smartfona w ciągu zabieganego dnia. Łatwiej jest przytroczyć go do ramienia w czasie treningu.

    Jest to też o wiele bardziej uniwersalny rozmiar, którego obsługa nie nastręczy problemów osobom o mniejszych dłoniach. To opcja bezpieczna. I nawet jeśli wiąże się z pewnym kompromisem w postaci wydajności akumulatora, to nie zawsze tak jest. Do tego mniejszy ekran = mniejsze zużycie energii, więc w niektórych przypadkach „mały może więcej”.

    Smartfon o przekątnej ekranu wynoszącej 5,5” – wady i zalety.

    Rozmiar, który jeszcze 4-5 lat temu uważany był za absurdalnie ogromny, dziś stał się normą. Większość flagowców oferowana jest w tym właśnie gabarycie i taką przekątną ma większość najlepszych smartfonów na rynku.

    Nic dziwnego. Duży wyświetlacz ma wiele zalet:

    • Wyświetla więcej treści
    • Wygląda po prostu lepiej
    • Większy smartfon lepiej sprawdza się w grach
    • Większy smartfon lepiej sprawdza się przy oglądaniu wideo
    • Większy smartfon to zazwyczaj większy akumulator
    • Większy smartfon to większy ekran podglądu dla aparatu
    • Większy smartfon często ma lepsze głośniki, bo przetwornik ma więcej miejsca, by pracować
    • Większy smartfon zazwyczaj mniej się nagrzewa, bo lepiej rozprowadza ciepło
    • Większy smartfon to de facto 2 w 1: telefon i tablet. Dla niektórych – także komputer po podłączeniu zewnętrznej klawiatury

    Niestety, duża przekątna ekranu wymusza też wiele kompromisów:

    • Większy smartfon zazwyczaj jest droższy
    • Większy smartfon łatwiej upuścić i potłuc
    • Większy smartfon trudniej jest schować do kieszeni czy torebki
    • Większy smartfon jest znacznie mniej poręczny w trakcie ćwiczeń
    • Większy smartfon i większy akumulator nie zawsze równają się lepszym czasom pracy

    Smartfony z ekranem o przekątnej 5,5” to urządzenia przede wszystkim dla tych, którzy są gotowi poświęcić wygodę na rzecz braku kompromisów w innych obszarach. To najlepszy wybór dla osób, które dużo czytają na swoich telefonach, grają w gry, oglądają treści wideo.

    Spory dyskomfort w obsłudze jedną dłonią wynagradzają fantastyczną obsługą obiema dłońmi. Większy ekran daje więcej miejsca, by wygodnie pisać oburącz na klawiaturze. Warto tylko pamiętać, że duży ekran to też dużo zużytej energii. Intensywnie używany, 5,5-calowy smartfon może szybciej wołać o podłączenie do prądu od mniejszego odpowiednika, używanego z podobną intensywnością.

    5,2” czy 5,5” – jaki smartfon wybrać?

    Sam przez lata byłem zwolennikiem tezy, że do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. I tak mogę używać smartfonów o w zasadzie dowolnej przekątnej, a do każdej szybko się przyzwyczajam. Czy to 5,2”, 5,5”, czy nawet więcej – kilka dni ze smartfonem i dostosowujemy nawyki tak, by obsługiwać je jak najefektywniej.

    A jednak zmiana przyzwyczajeń nie zmienia obiektywnych plusów i minusów danych rozmiarów. To, że nauczymy się obsługiwać większy smartfon nie znaczy, że nagle stanie się to dla nas wygodne. To, że przywykniemy do mniejszego ekranu nie znaczy, że nagle zacznie on dawać tyle samo przyjemności z oglądania, co większy panel.

    Powtórzę – kwestia przekątnej ekranu jest kluczowa przy wyborze nowego smartfona, ale też… wysoce indywidualna. Każdemu wedle potrzeb. Ostatecznie, jak powiedziała panienka lekkich obyczajów do marynarza-chwalipięty, nie rozmiar się liczy, ale to, jak go używasz.

    Wybierając telefon warto się więc zastanowić, do czego w głównej mierze będzie nam on służył. I dobrać rozmiar odpowiednio do potrzeb.



    Rozmiar ma znaczenie

    0 0

    Częściowe zaćmienie Księżyca

    Jeżeli warunki meteorologiczne pozwolą, dziś będziemy mogli oglądać częściowe zaćmienie Księżyca.

    Zaćmienie Księżyca nie jest tak spektakularnym zjawiskiem, jak zaćmienie Słońca, kiedy to Księżyc znajduje się między Ziemią i naszą gwiazdą, przysłaniając jej światło. Mechanizm zaćmienia Księżyca jest nieco inny. W tym przypadku to nasza planeta znajduje się między Słońcem i Księżycem i rzuca cień na Srebrny Glob.

    Częściowe zaćmienie Księżyca nastąpi dziś w Polsce w niezbyt sprzyjających warunkach obserwacyjnych. Zbiegło się bowiem ze wschodem naszego naturalnego satelity.

    Co to oznacza? Przede wszystkim to, że nie będziemy w stanie obserwować całego zjawiska.Rozpocznie się ono przed wschodem Księżyca nad terenem Polski, a jego faza maksymalna pokrywa się w czasie z momentem, kiedy Księżyc pojawi się nad horyzontem. Podczas maksimum zjawiska zakryte zostanie 24 proc. tarczy naszego satelity.

    Kiedy obserwować zaćmienie Księżyca?

    Mieszkańcy wschodniej Polski będą mogli zaobserwować maksymalną fazę zaćmienia. Jeżeli mieszkasz na zachodzie kraju, wschód Księżyca nastąpi już po maksimum zjawiska. Obserwacje można rozpocząć mniej więcej kilkanaście minut po godzinie 20.

    Maksymalna faza nastąpi o godzinie 20.20. Zaćmienie potrwa do godziny 21:18. Wówczas zobaczymy Srebrny Glob w pełni.

    https://youtu.be/lNi5UFpales

    Czy do obserwacji zaćmienia Księżyca trzeba się jakoś przygotować?

    Zjawisko będzie widoczne gołym okiem. Do jego obserwacji nie musimy się specjalnie przygotowywać, jak w przypadku zaćmienia Słońca, gdy potrzebne  są specjalne filtry, by nie uszkodzić sobie wzroku.

    Jeżeli dysponujemy lornetką lub niewielkim teleskopem, możemy z nich skorzystać. Już standardowa lornetka 10 x 50 zwiększy znacznie komfort obserwacji. Niewielki, amatorski teleskop refrakcyjny o średnicy 70 mm i ogniskowej 700 czy 900 mm zapewni bardzo przyjemne doznania.

    Sam używam na co dzień podobnego sprzętu. Z powodu takich ograniczeń, jak zanieczyszczenie świetlne w moim miejscu zamieszkania, korzystam z niego głównie do podglądania Księżyca (oraz okazjonalnie Jowisza z księżycami i Saturna). To wystarczający instrument, by zachwycić się widokiem Srebrnego Globu i zobaczyć sporo szczegółów na jego powierzchni. Oczywiście bardziej zaawansowane teleskopy ten efekt wow zwiększają.

    https://www.instagram.com/p/BXLsdXLhPvi/?taken-by=rafalgdak



    Dziś wieczorem zaobserwujemy częściowe zaćmienie Księżyca

    0 0

    Testy lub badania genetyczne kojarzą nam się z dwoma rzeczami: albo z naukowcami w białych fartuchach rodem z filmów science fiction, albo z kolei przyziemnie: ze sprawdzaniem, do celów sądowych, czy mężczyzna jest genetycznym ojcem dziecka. Tymczasem na rynku pojawiła się nowa kategoria usług - proste i szybkie sprawdzenie naszego dziedzictwa genetycznego.

    Tego typu usługa jest zazwyczaj związana ze stroną zbierającą informacje o genealogii. I faktycznie, dane genetyczne mogą pomóc w znajdowaniu nieznanych nam kuzynów. Po zamówieniu usługi badania otrzymujemy zestaw do pobrania próbki materiału genetycznego. Brzmi to poważnie, ale polega na… napluciu do probówki.

    Podstawową informacją, jakie tego typu badania dostarczają, jest wiedza o naszej spuściźnie genetycznej: skąd pochodzą nasi przodkowie, również w perspektywie tysięcy lat. Często (jest tak w przypadku na przykład badań oferowanych przez Ancestry DNA), mamy możliwość skontaktowania się - również anonimowego - z osobami spokrewnionymi.

    Dodatkowo otrzymujemy też plik z naszymi danymi genetycznymi. I właśnie dysponując tym plikiem, możemy rozpocząć prawdziwą zabawę w dowiadywanie się, co kryje się w naszym DNA.

    Istnieją trzy rodzaje takich testów:

    • Autosomalne oraz X-DNA
    • Y-DNA
    • mtDNA

    Autosomalne testy biorą pod uwagę autosomy, czyli geny odziedziczone po rodzicach oraz bliskich przodkach. Autosomy znajdują się w parach chromosomów od 1 do 22. To właśnie te testy przynoszą informacje o naszej przynależności etnicznej.

    Testy Y-DNA z kolei biorą pod uwagę chromosom Y, dziedziczony jedynie przez mężczyzn po ojcu. Testy mtDNA uwzględniają DNA mitochondrialne, dziedziczone po matce.

    Jedynie testy autosomalne i X-DNA są używane w komercyjnych testach genetyczno-genealogicznych.

    Badania genetyczne - co i jak jest testowane?

    Autosomalny DNA zawiera 22 pary chromosomów. Otrzymujemy je w równym prawdopodobieństwem od każdego z rodziców oraz z mniejszym prawdopodobieństwem od dziadków i pradziadków. Po otrzymaniu danych na temat chromosomów badanej osoby rozpoczyna się przypasowywanie ich w celu ustalenia pokrewieństwa.

    Przypasowywanie odbywa się na zasadzie znajdowania ciągów tych samych SNP (kombinacji nukleotydów). Jeśli odpowiednia liczba SNP pasuje do danych innej osoby, zostaje ona uznana na dopasowanie - potencjalnego kuzyna.

    [caption id="attachment_582662" align="aligncenter" width="889"] Mapa migracji ludzkości, która powstała dzięki badaniom DNA (CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=227326)[/caption]

    Kolejnym testem wykonywanym na otrzymanych danych są testy przynależności etnicznej. Przedstawione są one zazwyczaj procentowo według danej grupy etnicznej. Dane te oparte są na wcześniej zebranych informacjach - w populacjach poszczególnych regionów. Pozwalają one prześledzić historię naszej rodziny z czasów, z których nie mamy danych genealogicznych.

    Zabawa dopiero się zaczyna.

    Gdy otrzymamy swoje dane, mamy możliwość pobrania ich w formie pliku. Jest to zwykły plik tekstowy, zawierający nasze dane genetyczne w formie zakodowanych par baz nukleotydów.

    Tam, gdzie pojawia się popyt (i ciekawość wiedzy), tam jest i podaż. Jak grzyby po deszczu pojawiły się strony, zarówno płatne, jak i darmowe, umożliwiające przesłanie naszych danych i przeanalizowanie ich na dodatkowe sposoby.

    [caption id="attachment_582663" align="aligncenter" width="741"] Dominujące haplogrupy Y-DNA na obszarze Europy[/caption]

    Są wśród nich testy, których te duże firmy nie chcą robić - np. testy korelacji genów z występującymi chorobami. Takie dane mogą być mylące i nie należy podejmować na ich podstawie żadnych decyzji medycznych. Inne są po prostu ciekawe - np. możemy się dowiedzieć, na ile dokładnie na bazie naszego DNA można przewidzieć nasz kolor oczu lub zamiłowanie do kawy. Inne ciekawe dane to np. ile procent kodu genetycznego współdzielimy z różnymi zdekodowanymi istotnymi zbiorami. W ten sposób możemy się dowiedzieć między innymi tego, ile w nas jest neandertalczyka. Co oznacza po prostu stwierdzenie, ile procent ciągów SNP dzielimy z tymi osobnikami neandertalczyków, których materiał genetyczny udało się pozyskać - a wcale ich wiele nie było.

    Co dalej?

    Temat danych genetycznych bardzo mnie zainteresował, w związku z tym postanowiłem wybrać dostawcę testu, wykonać test i pokazać wam cały proces, jak i omówić wyniki. Więcej na ten temat w kolejnym tekście z tej serii.



    Postanowiłem sprawdzić, ile jest we mnie neandertalczyka

    0 0

    Nadal nie jest jasne, który standard HDR zwycięży. Najwięcej wskazuje na otwarty, uznany już przez UHD Alliance HDR10. Dolby Vision nie zamierza składać broni. I właśnie zyskał nowego sojusznika.

    Każda nowa technologia jest wprowadzana na rynek z dwóch oczywistych względów. By uczynić nasze życia lepszymi i by móc na tym zarobić. Często jednak zdarza się, że twórców nowego standardu jest wielu i każdy z nich ma chęć na leżące na rynku setki milionów dolarów. Niektórzy z was zapewne pamiętają wojnę VHS z Betamax. Większość zapewne kojarzy starcie Blu-ray z HD DVD. Aktualnie trwa wojna o właściwy standard HDR.

    Faworytem wydaje się HDR10. Jest obsługiwany w zasadzie przez każdy zgodny z HDR sprzęt. Ma wsparcie UHD Alliance i otwarty, wolny od własnościowych rozwiązań charakter. Kupując telewizory i inne wyświetlacze, trafimy jednak na informację, że sprzęt ten obsługuje też Dolby Vision i HLG. Niejednokrotnie platformy VoD – takie jak Amazon czy Netflix – również informują, że filmy HDR dostępne są zarówno w HDR10, jak i Dolby Vision. Skąd to się bierze i po co ta alternatywa?

    Zanim o tym opowiemy, oszczędźmy czasu Czytelnikom mającym tę tematykę w małym palcu i zacznijmy od wieści, która nas zmotywowała do napisania tego tekstu. A więc nowego sprzętu, który oficjalnie obsługuje Dolby Vision, a więc nadal konkurującą z HDR10 technikę renderowania obrazu w HDR.

    Nowe Apple TV z Dolby Vision i HDR10.

    Jak donosi MacRumors, Guilherme Rambo – programista tworzący na iOS-a – odnalazł w oprogramowaniu układowym HomePoda odniesienia do trybu wyświetlania obrazu w 4K HDR. Apple najprawdopodobniej już testuje więc strumieniowanie obrazu w tym formacie. To oczywiście też nie przesądza o tym, że trafi ono w tej formie na rynek, ale… do tej pory tego typu odniesienia w oprogramowaniu w zasadzie zawsze znajdowały potwierdzenie w rzeczywistości.

    To by oznaczało, że Apple TV w nowej wersji będzie obsługiwało obraz w 4K i HDR w standardach opisanych jako „HDR10” oraz „Dolby”, a więc – zapewne – Dolby Vision. Co prawda samo Apple TV nie jest aż tak istotnym produktem na rynku, ale wprowadzenie filmów UHD zarówno w HDR10, jak i Dolby Vision, będzie dla tego drugiego już bardzo istotne. Dlaczego?

    Popularność iTunes jest już niekwestionowalna, a obecność w nim standardu Dolby Vision daje mu kolejny powód na to, by egzystować mimo problemów z walką z HDR10. Argumentów mu – niestety – brakuje. Jedyne dostępne w Polsce telewizory obsługujące standard Dolby Vision to telewizory LG oraz większość telewizorów OLED. Bardzo nieliczni dostawcy VoD obsługują standard Dolby, choć liderzy tacy jak Netflix wprowadzili w ograniczonym zakresie jego obsługę.

    HDR10 kontra Dolby Vision kontra HLG – skąd się wzięły alternatywy w standardach HDR?

    Zarówno HDR10, jak i HLG opisują paletę kolorów w 10-bitowym standardzie. Oferuje to znaczne usprawnienie względem SDR-owego 8-bitowego standardu, ale blednie ono przy 12-bitowej palecie zapewnianej przez Dolby Vision. Telewizor SDR wyświetli 16 mln kolorów. Telewizor Dolby Vision wyświetli ich aż 64 mln.

    Apple TV HDR

    Dolby Vision oferuje również większe możliwości manipulowania jasnością obrazu od HDR10. Uznany przez UHD Alliance otwarty standard kończy się na 4 tys. nitów. Dolby Vision przewiduje jasność do 10 tys. nitów.

    HLG opisujemy tu głównie w celach porządkowych. Ten standard został opracowany z myślą o tradycyjnej telewizji, raczej nie znajdzie on zastosowania w dystrybucji cyfrowej.

    Lepsze nie oznacza lepsze.

    Dolby Vision – choć wydaje się technicznie lepszy – jest techniką zawierającą własnościowe rozwiązania i własność intelektualną należącą do firmy Dolby. To właśnie dlatego HDR10 jest na razie rynkowym faworytem, w tym jedynym standardem wykorzystywanym przez konsole do gier wideo. Wydawać by się mogło, że dni Dolby Vision są już policzone… standard ten jednak faktycznie oferuje więcej. A wpływ firmy Dolby na rynek rozrywki jest nie do przecenienia.

    Dolby Vision w iTunes i Apple TV to bardzo mocna odpowiedź. Dla nas to oznacza jedno: jeżeli będziemy w przewidywalnej przyszłości stali przed zakupem nowego telewizora wyższej klasy, obsługa Dolby Vision nadal powinna być brana pod uwagę jako istotny parametr takiego urządzenia. Wojna nadal nie jest rozstrzygnięta. Na szczęście o obsługę HDR10 martwić się nie musimy - ta jest obecna w każdym telewizorze obsługującym HDR.



    Dolby Vision właśnie zyskał potężnego sojusznika

    0 0

    Teleskopy kosmiczne mogą mieć rozmiary TIR-a. Firma Lockheed Martin chce to zmienić. Pracuje nad technologią, która ma znacznie zmniejszyć wielkość tych instrumentów.

    Teleskop Kosmiczny Hubble'a ma ponad 13 m długości. Taki mniej więcej rozmiar ma naczepa TIR-a. Waży zaś ponad 10 ton. W skali kosmosu to niewiele, ale duże rozmiary i masa instrumentów rodzą wiele problemów technicznych, szczególnie związanych z umieszczeniem teleskopów na orbicie.

    Firma Lockheed Martin, która kojarzy się przede wszystkim z samolotami wielozadaniowymi F-16 czy transportowymi C-130 Hercules, pochwaliła się pracą nad instrumentami, które będą znacznie lżejsze i mniejsze.

    Nazwa Segmented Planar Imaging Detector for Electro-Optical Reconnaissance nie jest zbyt przyjazna, dlatego skrócono ją do wdzięcznego akronimu SPIDER. Amerykanie obiecują zmniejszenie masy aż o 90 proc. Korzyść wydaje się oczywista, zwłaszcza biorąc pod uwagę koszty wysłania jednego kilograma sprzętu w kosmos, nie wspominając o budowie instrumentów.

    SPIDER wykorzystuje interferometrię.

    Jego twórcy wyjaśniają działanie w bardzo prosty sposób, używając analogii znanej z codziennego życia. Wyobraźmy sobie taflę wody, na którą spadają krople deszczu. Na powierzchni powstają fale, które interferują, nakładają się na siebie.

    W dużym uproszczeniu mechanizm działania SPIDER-a jest taki, że światło skupiane jest nie przez jedną dużą soczewkę czy lustro, ale tysiące miniaturowych soczewek. Obrazy z nich łączone są w całość przez fotoniczny układ scalony (PIC).

    Lockheed Martin zrobił pierwsze zdjęcia SPIDER-em. Nie są one spektakularne, ale to dopiero początek. W eksperymencie użyto tylko 30 soczewek. Symulowano obserwację obiektu znajdującego się w kosmosie.

    SPIDER
    Każda z 30 soczewek miała rozmiar mniejszy niż 1 mm. Był to tylko jeden z segmentów przyszłego instrumentu. W następnych fazach zwiększone ma zostać pole widzenia i rozdzielczość.

    SPIDER może znaleźć zastosowanie nie tylko w teleskopach kosmicznych.

    Inżynierowie Lockheed Martin wierzą, że będą w stanie zminiaturyzować teleskopy. Niewielki instrument o średnicy kilkunastu centymetrów i grubości cala miałby oferować w przyszłości zdolności obserwacyjne zastrzeżone dla teleskopów o lustrze czy soczewkach mierzonych w metrach. Oczywiście to przyszłość.

    https://youtu.be/ryxt4gKt1vY

    Firma pracuje nad projektem razem z naukowcami z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Potencjalne zastosowania nie ograniczają się do obserwacji kosmosu. SPIDER mógłby zostać wykorzystany w obronności, ale też do celów komercyjnych. Ma działać w przestrzeni kosmicznej, ale również na Ziemi.



    Dziś teleskopy kosmiczne mogą mieć wielkość TIR-a. Producent F-16 chce to zmienić

    0 0

    Nylonowy, bardzo wygodny, ale i dość ciężki plecak od Thule to mój nowy numer jeden w podróży.

    Plecak ma pojemność 65 l, więc idealnie pasował do mojej dwutygodniowej autostopowej podróży przez Szwecją i Norwegię. Zwykle podróżowałem z mniejszymi plecakami, ale nigdy nie zapuszczałem się tak daleko na północ – prawie pod 70 stopień szerokości geograficznej.

    Tutaj jednego dnia można doświadczyć 4 pór roku, więc trzeba się przygotować na każdą ewentualność, mając przy sobie zawsze krótkie spodenki i… ciepłą kurtkę.

     

    Zwłaszcza biorąc pod uwagę autostopowy charakter wyprawy. Północna Szwecja nie należy do najgęściej zamieszkanych rejonów świata, więc czasami przychodziło mi czekać nawet ok. godziny. Przy drodze. W deszczu.

    Często trzeba było też przejść kilka kilometrów wzdłuż drogi, aby dostać się do kolejnego skrzyżowania. Wówczas świetnie sprawdził się system QuickFit, którym chwali się producent.

     

     

     

    Daje on 15-centymetrowy zakres dopasowania pasa biodrowego i szelek do budowy ciała noszącego. Można nawet zmieniać rozstaw szelek. Mimo że sam plecak jest dość ciężki (2,5 kg), to nosi się go bardzo wygodnie.

    Szeroki pas biodrowy, który porusza się niezależnie od plecaka, daje idealny komfort w czasie wspinaczki i optymalnie rozkłada ciężar na nogi, biodra i plecy.

     

    Wyściełane szelki zapewniają przepływ powietrza, choć cudów nie zdziałają – w ciepły dzień i tak będziecie mieć mokry t-shirt.

    Spód plecaka jest płaski, więc bez problemów można go postawić na ziemi, co nie zawsze jest możliwe u konkurencji. Mój wcześniejszy plecak ma np. stelaż, przez który cały czas przechyla się do przodu.

     

     

    Z jednej strony na pasie biodrowym mamy niewielką kieszonkę, np. na power bank.

     

    Z drugiej znajduje się zaś mocowanie VersaClick, do którego można przyczepić różne torebki. Testowałem zwijaną, wodoodporną kieszonkę, którą widzicie ja zdjęciu (idealna na smartfon i dokumenty), a także większą kieszeń na lustrzanki.

     

    Ta druga idealnie sprawuje się, jeśli w czasie wędrówek chcemy robić zdjęcia mijanym ludziom czy krajobrazom.

    Osobno dokupić można też mniejszą kieszeń na bezlusterkowce czy mocowanie na butelkę.

     

    Z dołu po obu bokach umieszczono kieszenie np. na butelki z napojami. Niestety mają one dwie wady. Po pierwsze, butelkę można w nie wsadzić tylko pod skosem. Po drugie, nie ma żadnego zabezpieczenia przed wypadnięciem ich zawartości. Szkoda, że zrezygnowano z obecnych we wcześniejszym modelu ściągaczy.

     

    Z przodu mamy jedną, zapinaną na zamek kieszeń z dwoma poziomymi przegródkami. W jednej z nich znajduje się osłona przeciwdeszczowa.

    Kieszeń można było rozwiązać o wiele lepiej, dodając np. zapinane na rzepy czy zamek kieszonki, które chroniłyby mniejsze części ekwipunku, takie jak karty pamięci. W obecnej wersji po jakimś czasie wszystko wylatuje z poziomych kieszonek i robi się bałagan.

     

    Osłona przeciwdeszczowa daje radę. Jej kolor nadaje się na wędrówki po górach czy autostop, ale jeśli chodzimy po lesie i zależy nam na byciu niezauważonym, to musimy się z nią pożegnać.

     

    Główna komora plecaka zamykana jest na komin. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie, ponieważ pozwala na dostosowanie objętości plecaka do jego zawartości.

    W środku znajdziemy przegródkę od strony pleców, która pasuje do zamontowania bukłaka z wodą i przeprowadzenia rurki wzdłuż szelek.

     

    Komorę główną można podzielić na dwie części, dzięki zdejmowanej przegródce, którą można zaczepić na czterech punktach w połowie głębokości plecaka. W rezultacie łatwo możemy oddzielić suche ubrania od mokrych.

    Do obu komór szybko można się dostać dzięki suwakowi na całej długości plecaka.

     

    Górna klapa ma trzy przegródki i zawieszana jest na odpinanych paskach.

     

    Niestety paski lubią zjeżdżać na boki, jeśli za bardzo zapakujemy górną klapę, co jest niewygodne i daje mało estetyczny obraz jak na zdjęciu.

     

    Klapę można odpiąć i szybko wywrócić na drugi bok. Wówczas powstaje umiarkowanie wygodny, 28-litrowy plecak na szerokich szelkach. W odróżnieniu od swojego większego brata pasuje nie tylko dla mężczyzn, ale i dla kobiet.

     

    Można go zabrać na szybką wędrówkę z bazy czy na dzień w mieście, kiedy większy plecak zostawiamy w hotelu lub u znajomych.

     

    Thule Guidepost był świetnym towarzyszem moich podróży. Doskonały system nośny, który pozwala zapomnieć o niesionych kilogramach, komfort i jakość wykonania dają pewność, że nie zawiedzie w najmniej odpowiednim momencie.

    Kilka rzeczy rozwiązałbym inaczej: dodał więcej mniejszych kieszonek i dopracował te, które już są. To niewielkie wady, ale od plecaka za 1199 zł w wersji 65-litrowej oczekuję ideału.

     



    Świetny towarzysz długich i krótkich podróży. Thule Guidepost – recenzja

    0 0

    Bardzo prawdopodobne, że tegoroczny iPhone zostanie wyposażony w nowy sposób identyfikacji użytkownika. Będzie nim technologia rozpoznawania twarzy o nazwie Face ID.

    Niby to nic nowego, w końcu tego typu rozwiązania są spotykane w innych telefonach. By daleko nie szukać, Samsung Galaxy S8 oferuje trzy metody odblokowywania telefonu: czytnik linii papilarnych, skaner tęczówki i właśnie rozpoznawanie twarzy. Chociażby z tego powodu należy spodziewać się, że taki sposób identyfikacji użytkownika pojawi się też w tegorocznym telefonie od Apple. Firma z Cupertino nie będzie chciała być krok za konkurencją, więc wprowadzi w swoich smartfonach podobną technologię. Nie wiadomo jednak, czy całkowicie zastąpi ona Touch ID, czy będzie jej uzupełnieniem.

    Jej istnienie potwierdzają dodatkowo informacje znajdujące się w oprogramowaniu głośnika HomePod. Tym samym, dzięki któremu dowiedzieliśmy się, jak będzie wyglądać tegoroczny iPhone. Tam też znalazły się szczegóły na temat nowego Apple TV, które będzie wspierać HDR oraz Dolby Vision.

    Dlaczego Apple w ogóle chce wprowadzić Face ID?

    W końcu przykład Samsunga Galaxy S8 pokazał, że technologia ta nie działa najlepiej. Do rozpoznania użytkownika konieczne jest podniesienie telefonu na wysokość twarzy, co jest niezbyt wygodne. Do tego możliwe jest oszukanie tego rozwiązania przy pomocy zdjęcia użytkownika. Nawet Samsung przyznaje, że rozpoznawanie twarzy jest najłatwiejszym do obejścia zabezpieczeniem telefonu, a osobom przewrażliwionym na punkcie prywatności i bezpieczeństwa zaleca korzystanie z czytnika linii papilarnych lub skanera tęczówki.

    Wiemy jednak, że Apple ma niebywały talent do kopiowania innowacyjnych rozwiązań konkurencji i ulepszania ich. Tak może być też w przypadku Face ID. Według Bloomberga technologia użyta w iPhonie będzie ekstremalnie szybka i pozwoli na odblokowanie telefonu w czasie znacznie krótszym od sekundy. Co więcej, do korzystania z niej nie będzie konieczne nawet wzięcie smartfona do ręki. Ma ona działać również wtedy, gdy telefon będzie widział twarz pod nietypowym kątem, na przykład kiedy będzie leżał na stole. Zablokuje też iPhone'a, gdy podniesie go nieodpowiednia osoba.

    Rozwiązanie to będzie szeroko wykorzystywane w aplikacjach firm trzecich.

    Stanie się tak dzięki pełnej kontroli Apple nad systemem iOS. W przypadku smartfonów z Androidem tak głęboka integracja nowego sposobu identyfikacji użytkownika nie będzie możliwa do momentu wprowadzenia jej bezpośrednio przez Google, czyli przez najbliższe kilka lat. Żadne przecieki nie sugerują bowiem, że rozwiązanie to zostanie wprowadzone w nadchodzącym Androidzie O.

    Doskonale zdają sobie z tego sprawę osoby, które w dniu premiery, w 2014 roku, kupiły Samsunga Galaxy S5. Był to jeden z pierwszych smartfonów z Androidem wyposażonych w czytnik linii papilarnych. Jednak, jako że system Google nie obsługiwał tego rozwiązania, można było go używać wyłącznie do odblokowywania telefonu i nielicznych aplikacji, które powstały we współpracy z Samsungiem. Pełna obsługa czytników linii papilarnych została wprowadzaona w Androidzie pod koniec 2015 roku, wraz z premierą Androida 6.0 Marshmallow. Dopiero wtedy deweloperzy zaczęli masowo wykorzystywać to niezwykle przydatne rozwiązanie.

    Dla porównania Apple wprowadził obsługę Touch ID w 2013 roku. Rozwiązanie to trafiło do iPhone'a 5s i od razu zostało zintegrowane z systemem iOS 7. W rezultacie można było z niej korzystać w wielu programach już w 2013-2014 roku. Niemal dwa lata przed konkurencją.

    Historia ta zapewne powtórzy się w przypadku Face ID.

    Posiadacze nowych iPhone’ów będą więc mogli najprawdopodobniej zalogować się twarzą do aplikacji bankowych już za kilka miesięcy, zaś właściciele smartfonów Androidem prawdopodobnie dopiero za kilka lat. Oczywiście, jeżeli rozpoznawanie twarzy faktycznie się sprawdzi i spodoba się użytkownikom.

    Właśnie takie sytuacje obnażają słabości Androida. Pokazują, że nawet najlepsze innowacje nie mogą być dobrze wykorzystane bez idealnego dopasowania oprogramowania do sprzętu. Z tego powodu osoby poszukujące prawdziwych, przydatnych innowacji często nie kupują sprzętów z Androidem, tylko czekają na smartfony od Apple. Bo może niektóre technologie trafiają do nich później niż u konkurencji, ale przynajmniej od razu działają.



    Nowy iPhone skopiuje funkcję odblokowywania z Galaxy S8? Oby zrobili to lepiej

    0 0

    Wszyscy wiedzą, że zrewolucjonizował druk. Wielu pamięta, że stworzył ruchomą czcionkę. Gdyby Johannes Gutenberg żył współcześnie, jako przedsiębiorca nauczony doświadczeniem zapewne darowałby sobie druk przy pomocy prasy. Zamiast tego skorzystałby z druku online.

    Johannes Gutenberg pochodził z zamożnej kupieckiej rodziny i odziedziczył nieprzeciętny zmysł do interesów. Od początku swojej działalności gospodarczej produkował i sprzedawał wiele rzemieślniczych przedmiotów. Na przykład lustra dla pielgrzymów, którzy chcieli w nich zachować fragment świętości kościołów odwiedzanych podczas wędrówek. Gutenberg doskonale obrabiał metal i to właśnie ta specjalizacja sprawiła, że zapisał się w historii jako popularyzator mechanicznego druku. Swoim wynalazkiem Niemiec postawił cały piśmienny świat XV w. na głowie. Maszyna Gutenberga w godzinę mogła zadrukować tyle kart, ile mnisi oraz skryby przez kilka miesięcy metodycznej pracy. 

    Gutenberg ani nie wynalazł druku, ani mechanicznych czcionek. Stworzył jednak najlepszą maszynę, jaką widział wtedy świat. Dzięki jego czcionkom, odlewniom i maszynom po raz pierwszy w historii druk mógł zostać uprzemysłowiony. Z tej perspektywy metoda Gutenberga była prawdziwą rewolucją. Jeszcze za jego życia pojedyncze egzemplarze rękopisów zamieniły się w setki książek. Wzrost stanu posiadania literatury w klasztorach, uniwersytetach oraz dworskich bibliotekach był niespotykany. 

    Sześć wieków później taką rewolucję w druku robią współcześnie drukarnie internetowe.

    Najpierw oczywiście był druk jednostkowy. Potem powstał europejski druk uprzemysłowiony. Dzisiaj mamy powszechny oraz tani druk masowy. Dzięki możliwościom, jakie daje nam nieustanny rozwój technologii obecnie mamy zautomatyzowany druk indywidualny. Kolejną ewolucją tego obszaru jest druk online, dzięki któremu nie musimy wychodzić z domu, aby zlecić wykonanie materiałów drukowanych. Już od pewnego czasu takie usługi oferują drukarnie respektujące potrzeby oraz oczekiwania współczesnych klientów.

    Druk online to druk zamówień składanych z poziomu własnego komputera. Taki, który można zlecić przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Jest to naprawdę łatwe. Najpierw składamy zamówienie przez Internet, korzystając z łatwego w obsłudze konfiguratora. Decydujemy o tym, co chcemy wydrukować, na jakim nośniku i w ilu kopiach.

    Po wgraniu plików do druku możemy skorzystać z wygodnych płatności internetowych. Zamówienie trafi do naszych drzwi już następnego dnia, o ile nie jest przesadnie skomplikowane. Takie możliwości daje współcześnie druk on-line.

    Jak różne jest to miejsce od XV-wiecznej pracowni Gutenberga!

    Wyobraźcie sobie mężczyzn w fartuchach, umorusanych farbą drukarską. W kącie klnący pod nosem Niemiec zakłada gęsią skórę na narzędzie, którym będzie rozsmarowywał tusz po ołowiano-cynowych czcionkach. Pracownicy wycierają pot z czoła, gdy z pieców do roztapiania bije żar.

    Dzisiaj świat druku to miejsce pełne zewnętrznych nośników pamięci takich jak pendrive’y. To domena cyfrowych pakietów biurowych. To miejsce automatycznych maszyn z dotykowymi ekranami, pracowników w codziennych strojach, biurowego porządku, włączonej klimatyzacji oraz stacji roboczych podłączonych do Internetu. To w końcu świat coraz większej automatyzacji, w której klient sam podłącza nośnik do komputera, sam wybiera pliki do wydrukowania, określa ich parametry oraz sposób zapłaty.

    https://www.youtube.com/watch?v=7Hspqc5i2kk

    W tym miejscu warto się zastanowić, jaka jest przyszłość druku. Jak będzie wyglądał po następnej ewolucji? Nie będzie wyglądał wcale. Przynajmniej z perspektywy klienta. Ten po prostu odbierze zamówienie, które trafi pod jego dom.

    Współczesne systemy druku online to coś więcej, niż tylko prosty wydruk dokumentów tekstowych. To realizacja własnych ulotek, wizytówek, kalendarzy spiralowych, wieloformatowych tapet, podkładek, kopert, zaproszeń, pieczątek, koszulek, kubków i masy, masy innych kategorii produktów. Co najważniejsze, klient ma pełną kontrolę nad procesem realizacji takiego zamówienia.

    W przeciwieństwie do współczesnego druku masowego, zwolennik druku online zyskuje dostęp do wygodnych narzędzi 3D. Autorskie rozwiązanie największej w Polsce drukarni internetowej pozwala podejrzeć zamówienie pod dowolnym kątem, z bliska oraz daleka zanim trafi ono do druku.

    Wgrywasz. Konfigurujesz. Płacisz. Przyjeżdża kurierem do Ciebie albo w dowolnie wskazane miejsce w Polsce. Druk online daje większą kontrolę, większą wygodę oraz więcej możliwości. Nowa technologia wprowadza tradycyjną poligrafię do cyfrowego świata. W przeciwieństwie do zakupów żywności czy odzieży, które część z nas dokonuje już prawie głównie online, druk to forma wystandaryzowana.

    Nie musimy przechadzać się od drukarni do drukarni, wybierając najwyższe jakościowo tusze. Nie grzebiemy w maszynach, sprawdzając świeżość farby. Wizyta w punkcie ksero dla nikogo nie należy do przesadnie przyjemnych. Dlaczego więc nie zamawiać druku w zaciszu własnego biura lub mieszkania? Dlaczego nie odbierać go we własnym domu, czy wysyłać bezpośrednio do klienta?

    Dzięki metodzie tłoczenia za pomocą prasy pracownicy zakładu Gutenberga byli w stanie wykonać w ciągu godziny tyle kopii kart, ile zakonny skryba tworzył przez… rok swojego życia. Mimo tego, metodzie druku daleko było do ideału. Zanim Gutenbergowi udało się wydrukować 180 egzemplarzy 42-wierszowych Biblii, po 643 kartek każda upłynęło ponad trzy lata.

    Dziś czas realizacji zleceń w drukarni online można zamknąć w kilka godzin. Zamówienie złożone do godziny 18:00 będzie u klienta już następnego dnia! Nowoczesna drukarnia internetowa posiada ogromny park maszynowy. Innowacyjne urządzenia obsługuje się za pomocą dotykowego ekranu. Dziennie drukuje się setki tysięcy stron.

    Gdyby Gutenberg żył współcześnie, pewnie zająłby się drukiem online.

    Niemieckiemu kupcowi ze smykałką do wynalazków chodziło o automatyzację procesu kopiowania dokumentów i książek. Dzięki jego prasie druk zawitał do mas.  Gdyby Gutenberg urodził się w dzisiejszych czasach z pewnością szukałby nowoczesnych metod automatyzacji poligrafii.

    Druk online wydaje się naturalnym krokiem. Konfiguracja zamówień i wgrywanie plików przez internet,  wizualizacja w 3D,  a następnie przesyłanie wydruków pod wskazany adres – dla niemieckiego kupca byłby to raj na Ziemi. Pomyśleć, że dla wielu z nas to już standard.



    Gdyby Gutenberg żył współcześnie, poszedłby w druk online

    0 0

    stacje ladowania samochodow elektrycznych Greenway

    Spółka Greenway Infrastructure Poland ogłosiła, że do 2020 r., na terenie całej Polski zainstaluje 200 nowych stacji ładowania samochodów elektrycznych. Zakup elektryka w naszym kraju staje się coraz bardziej sensowny.

    Wiadomość ta powinna ucieszyć wszystkich właścicieli pojazdów elektrycznych. W Polsce, według danych Obserwatorium Rynku Paliwa Alternatywnych znajduje się obecnie ok. 150 stacji ładowania energią elektryczną. Pamiętajmy jednak, że tylko kilkadziesiąt z nich to stacje szybkiego ładowania.

    Gdzie powstaną nowe stacje ładowania samochodów elektrycznych Greenway Poland?


    Pełen plan, który ma zostać zrealizowany do 2020 r. możecie zobaczyć na powyższej mapie udostępnionej przez polską spółkę. Do końca tego roku, Greenway chce zainstalować pierwsze 20 szybkich ładowarek. Wiemy też, że w pierwszej połowie przyszłego roku chce zainstalować ok. 11 punktów na najpopularniejszych trasach prowadzących do takich miast, jak Warszawa, Trójmiasto, Poznań, czy Wrocław.

    Plan Greenway Infrastructure Poland zakłada, że ich stacje szybkiego ładowania oddalone będą od siebie nie więcej, niż 85 km. Brzmi sensownie. Z usług sieci Greenway korzysta aktualnie 300 użytkowników, z łączną liczbą 1200 zarejestrowanych pojazdów elektrycznych.

    Mam nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo Greenway.

    stacje ladowania samochodow elektrycznych Greenway

    200 nowych stacji ładowania brzmi całkiem nieźle. Obawiam się jednak, że jest to jedynie kropla w morzu potrzeb, jeśli chodzi o polskich właścicieli samochodów elektrycznych. W porównaniu z zachodnią częścią Europy (gdzie łącznie znajdziecie ponad 150 tys. stacji ładowania), Polska jest dość odstraszającym krajem z perspektywy kogoś, kto chciałby jeździć u nas samochodem elektrycznym.

    Na szczęście ten problem powoli dostrzegany jest przez firmy energetyczne. Oprócz Greenway, inwestycje w nowe stacje ładowania zapowiedziały państwowe grupy energetyczne: Tauron, Energa, Enea i PGE oraz kilka innych podmiotów prywatnych.

    Oczywiście na poziom infrastruktury dla samochodów elektrycznych, który byłby porównywalny do sieci stacji paliwowych zapewne poczekamy następne kilkadziesiąt lat. No, ale nie od razu Rzym zbudowano. Te 200 nowych punktów ładowania to z pewnością dobry początek.



    200 nowych stacji ładowania w Polsce

    0 0

    tookapic, samsung galaxy a5 2017, złapane smartfonem

    Futraki na Młynowej.

    Codziennie dzielę się z wami jednym najlepszym zdjęciem, które wykonałem danego dnia smartfonem Samsung Galaxy A5 2017.

    Dzisiejsze zdjęcie dnia przedstawia nowe miejsce na gastronomicznej mapie Białegostoku. StrEatFood Młynowa to miejsce gdzie można spróbować kuchni ulicznej z różnych zakątków świata, wprost z futraków (uwielbiam to spolszczenie angielskiego „foodtruck”).

    Nie jestem przesadnym miłośnikiem takiej kuchni, zwłaszcza gdy jestem na (tymczasowej) diecie wegańskiej, natomiast miejsce ma sporo uroku i klimatu. Wiszące nad głowami lampki wyglądają świetnie i zachęcają do łapania kadrów. Z pewnością za jakiś czas wrócę tam z aparatem.

    Dzisiejsze zdjęcie przyciąłem do formatu 16:9, żeby uzyskać wrażenie większej szerokości. Uciąłem sporą część dołu, ponieważ nie działo się tam nic ciekawego, gdyż zapełniały go tylko kamyczki. Więcej widać było na niebie, dlatego to ono dominuje.

    Zdjęcie obrobiłem w Lightroomie dodając trochę kontrastu i podbijając lekko kolor żółty i pomarańczowy. Fotografia nie wymagała zbyt dużo obróbki.

    Kolejne zdjęcie już jutro. W międzyczasie zapraszam do obejrzenia mojego profilu na Tookapic, gdzie znajdziecie wszystkie zdjęcia powstałe w naszym projekcie fotograficznym tworzonym wspólnie z Samsungiem i Tookapic.



    StrEatFood Młynowa – złapane smartfonem #148

    0 0

    mercedes s klasa szczegoly

    Autonomiczne samochody da się oszukać naklejkami na znakach! Wszyscy zginiemy! Tylko... czy na pewno?

    Sporym echem niesie się właśnie po sieci badanie dowodzące, że jeden z kluczowych systemów autonomicznej jazdy da się w banalny sposób oszukać, prowadząc tym samym jeśli nie do zagrożenia życia, to przynajmniej sporego chaosu. Czy faktycznie tak jest? Przyjrzyjmy się dokładniej całej sprawie i głośnemu badaniu.

    O co właściwie chodzi?

    O pracę naukową, w której postanowiono sprawdzić, czy da się oszukać system rozpoznawania znaków tak, aby nie rozpoznał on znaku w ogóle albo, co jeszcze gorsze, rozpoznał go nieprawidłowo.

    Dlaczego jest to istotne?

    Bo takie systemy rozpoznawania znaków, bazujące na danych z kamery i algorytmach przetwarzających te informacje, odpowiadają w dużej mierze za to, jak poruszają się obecnie częściowo zautomatyzowane pojazdy i jak będą przez długi czas poruszać się pojazdy w pełni autonomiczne.

    I co, da się to zrobić?

    Tak. Nawet brzmi to z pozoru dość prosto. Wystarczy kilka pozornie losowo naklejonych na znak kawałków papieru, żeby dramatycznie obniżyć skuteczność identyfikacji znaków. Do tego stopnia, że tak błędnie poinformowany samochód autonomiczny może powodować na drodze zagrożenie.

    Jakie dokładnie zmiany wprowadzono i na jaki znak się uwzięto?

    Badany był jeden konkretny znak, dość kluczowy dla bezpieczeństwa - znak stopu.

    W testach uwzględniono dwie główne formy ataków - zasłanianie całego znaku nowym oznaczeniem lub zmiany naklejkowe, obejmujące doklejenie kilku kawałków papieru.

    W sumie wyszły z tego trzy oddzielne przypadki. W pierwszym z nich zamieniono w całości treść znaku. W drugim zdecydowano się na standardowy wandalizm, umieszczając na tarczy znaku napis, który jednak nie zasłaniał praktycznie kluczowej informacji. W trzeciej analizowanej sytuacji naklejono w kilku miejscach kawałki papieru.

    No właśnie, te napisy... ma to jakieś znaczenie?

    Nie. Autorzy badania wyraźnie zaznaczają, że napis "Love" i "Hate" naklejone na znak to wyłącznie forma wygenerowanych komplikacji. Nie był to więc napis w klasycznym tego słowa rozumieniu - była to grafika w kształcie napisu. Przygotowana przez algorytm według zadanych parametrów.

    To samo zresztą tyczy się artystycznych komplikacji - ich pozorna losowość jest... całkowicie pozorna.

    Jak bardzo złe były wyniki systemu rozpoznawania znaków po tych zmianach?

    Bardzo złe. Przy testach prowadzonych dla różnych kątów i odległości, delikatne komplikacje potrafiły prowadzić do błędnego odczytu w 2 na 3 próby. Katastrofalnie wręcz złe wyniki.

    A przy tym pełnym zakrywaniu i zmianie znaków?

    Jednym z elementów eksperymentu była całkowita zmiana tego, co prezentuje znak, z wykorzystaniem... wydruków z domowej drukarki. To również wprowadziło system rozpoznawania znaków w spore zakłopotanie (w zasadzie w 100 proc. przypadków). Teoretycznie ludzkiego kierowcę również by wprowadziło, tyle tylko, że system rozpoznawał nie tyle nowy, wydrukowany znak - rozpoznawał go jeszcze inaczej (!).

    Czy człowiek rozpoznałby, co przedstawiają zmodyfikowane znaki?

    Tak. W większości testowych przypadków modyfikacje znaku były na tyle subtelne, że nie byłoby żadnych problemów z ich identyfikacją, gdyby przyglądał się im ludzki kierowca.

    Oczywiście przy podmienionej treści znaków zostałby oszukany. Ale nie tak jak komputer, który dał się oszukać podwójnie.

    Ale jak, wystarczy kilka kawałków papieru, żeby oszukać komputer?

    No, nie do końca. Tutaj właśnie tkwi cały sekret. Dla człowieka te dodatkowe elementy są zupełnie losowe. W rzeczywistości jednak ich lokalizacja, liczba, rozmiar czy kolor są efektem pracy algorytmu.

    Jakiego znowu algorytmu?

    Robust Physical Perturbations (RP2). Mającego jeden cel - ogłupić system rozpoznawania znaków. Czyli tak, da się ogłupić samochodowy system rozpoznawania znaków. I nie, nie zrobi tego kilka np. rozbitych na powierzchni znaku owadów.

    Ale skąd ten algorytm wie, jak ma zadziałać?

    I tu jest kolejny istotny szczegół. Atakujący musi mieć do takiego systemu dostęp, żeby móc za pomocą swojego narzędzia wykryć jego słabe strony i przygotować odpowiednie - niech już będzie - papierki maskujące.

    I to wszystko?

    A skąd. Autorzy badania podają jeszcze szereg innych problemów, jakie rodzi próba oszukania systemów rozpoznawania znaków. Mylące komplikacje muszą być chociażby przygotowane tak, aby kamery samochodowe były je w stanie w ogóle zobaczyć - nie mogą być np. zbyt małe. Muszą też mieć odpowiednie kolory, więc nie każda domowa drukarka poradzi sobie z tym problemem.

    Do tego powinny być naprawdę dobrze przygotowane pod każdym względem - chociażby muszą wprowadzać system w błąd niezależnie od kąta, z jakiego odczytuje je kamera. Stąd też i problemy badaczy chociażby z artystycznymi komplikacjami - te bardzo zmieniały swój "rozmiar i kształt" w zależności od kąta, z którego były rejestrowane. Konieczne więc były ich dodatkowe modyfikacje.

    Nie jest to więc zadanie łatwe.

    Więc to wcale nie jest taki łatwy atak?

    Absolutnie nie. Nie wystarczy nakleić kilku kawałków papieru, żeby nagle autonomiczny samochód sąsiada roztrzaskał się na najbliższym skrzyżowaniu. Trzeba dokładnie wiedzieć co zrobić, czym zrobić i jak zrobić. To jest konkretny, precyzyjnie zaplanowany atak.

    Atak na znak stopu. I atak na konkretny system rozpoznawania znaków.

    Ale moment... czy znak stopu nie różni się od innych?

    Ależ oczywiście. Niemal na całym świecie jego forma (tj. kształt tablicy) jest zupełnie inna od wszystkich innych pionowych oznaczeń drogowych. I tu jest mały problem z tym badaniem - naukowcy wzięli pod uwagę jedynie treść znaku. Wystarczy, że system rozpoznawania w samochodzie jest w stanie uwzględnić też kształt (a powinien być w stanie) i wtedy już nie pomyli stopu z pierwszeństwem przejazdu. I na odwrót.

    Niezależnie od tego, co będzie na samym znaku narysowane lub naklejone.

    Czyli teoretycznie taki atak nikomu nie grozi?

    Niestety nie. Sugeruje się, że nawet bez dostępu do systemu rozpoznawania znaków można, mając odpowiednio dużo czasu i umiejętności, można odtworzyć sposób jego analizy otoczenia i tym samym przygotować odpowiednie naklejki.

    Zresztą nie oszukujmy się - jeśli komuś będzie na tym bardzo zależeć, to postara się stworzyć takie komplikacje, żeby oszukały systemy rozpoznawania.

    To jakich producentów systemy udało się tak oszukać?

    Żadnych. Testy zostały przeprowadzone wyłącznie w warunkach laboratoryjnych, z wykorzystaniem narzędzi przygotowanych przez naukowców przeprowadzających test.

    Sami wprowadzili do niego wcześniej odpowiednie dane na temat znaków drogowych i uzyskali około 90-procentową skuteczność przy niezmodyfikowanych tarczach znaków.

    Co warto jednak zaznaczyć, autorzy zapewniają, że za skuteczny atak przyjmowano jedynie sytuację, w której system prawidłowo rozpoznał niezmodyfikowany znak, a potem - w takich samych warunkach - dał się zmodyfikowanemu oznaczeniu oszukać.

    Czyli nie było tu żadnego samochodu?

    Ani pół. Zdjęcia były przechwytywane z pomocą telefonu komórkowego, a następnie analizowane na komputerze.

    To da się te samochody oszukać czy nie?

    Tak. Dopóki głównym źródłem ich wiedzy na temat otaczającego świata jest kamera, będzie się je dało oszukiwać. Czy metodą pokazaną przez autorów omawianej pracy, czy inną.

    Nie trzeba nawet nic drukować. Ileż to już razy widzieliśmy odwrócone znaki na skrzyżowaniach? Ile razy znak był zasłonięty np. przez nieprzycięte drzewo? Jak niewielkim wysiłkiem dla kogoś, powiedzmy, złośliwego, byłoby wyprodukowanie czegoś, co wygląda po prostu jak znak, ale nie powinno stać w danym miejscu?

    Sposobów na oszukanie kamer jest multum. Zresztą i same systemy rozpoznawania znaków lubią się dla rozrywki oszukać. Przykładowo podczas jazdy po autostradzie odczytując znak ograniczenia prędkości z drogi dojazdowej.

    A gdyby już teraz zrobić takie oszustwo na znakach?

    Cóż, byłby problem. Większość producentów traktuje - szczególnie w przypadku ograniczeń prędkości - znaki drogowe jako nadrzędne nad danymi zapisanymi np. w nawigacji. Widząc ograniczenie do 40 km/h, nawet mając zapisane w pamięci, że w tym miejscu można jechać 120 km/h, samochód po minięciu fałszywego znaku zacznie gwałtownie hamować.

    Da się to jakoś rozwiązać?

    Oczywiście. Ale to będzie wymagać czasu. Co z kolei kłóci się mocno z marzeniami niektórych i deklaracjami np. Elona Muska, że jesteśmy już (dosłownie) kilka lat od w pełni autonomicznych samochodów. Takich, którym tylko podajemy adres, a one wiozą nas na miejsce.

    To jakie jest rozwiązanie? Znaki na wysokości 5 m, żeby nikt do nich nie dosięgnął?

    Nie. Problem z obecnymi znakami jest taki, że są przeznaczone dla ludzi, nie dla komputerów. Ich przechwytywanie za pomocą kamery i późniejsza analiza to marnowanie zasobów - próba dostosowania maszyn do systemu działania człowieka. Próba stworzenia autonomicznych samochodów tu i teraz. W świecie, który na autonomiczne samochody gotowy w żaden sposób nie jest.

    A kiedy będzie gotowy?

    Za dekady, a może i za całe wieki. Kiedy fizyczne znaki zostaną w pełni zastąpione przez znaki cyfrowe. Kiedy każdy samochód będzie w stanie komunikować się z każdym innym samochodem.

    Czy będzie to rozwiązane poprzez w pełni cyfrowe oznaczenie ich na mapie, czy może dodanie odpowiednich urządzeń nadających do każdego pojedynczego znaku (wydaje się zbyt kosztowne) - trudno w tym momencie stwierdzić. Ale infrastruktury dla autonomicznych samochodów nie ma i jeszcze długo nie będzie. Niezależnie od tego, co twierdzi Elon Musk i jak pięknie brzmią jego zaledwie miesiące oczekiwania.

    Dużo łatwiej jest już uwierzyć w wizję np. Volvo, które nie obiecuje absolutnie autonomicznej jazdy w ciągu najbliższych lat. Obiecuje, że auto będzie na tyle zautomatyzowane, że będzie w stanie ochronić swoich pasażerów.

    Ale przecież piszą, że wystarczy, żeby system działał kontekstowo!

    Niby tak. Niby może rozumieć, że na autostradzie nie ma ograniczenia do 50 km/h, w terenie zabudowanym 180 km/h jechać raczej nie wolno, i tak dalej, i tak dalej.

    Ale to wciąż lepienie świata i krytycznych systemów na taśmę klejącą. Na autostradzie mogą być prowadzone roboty drogowe, które faktycznie ograniczą prędkość do szokująco niskich wartości. To, co dla komputera jest terenem zabudowanym, może być elementem miejskiej obwodnicy autostradowej. Na którymś skrzyżowaniu może się zmienić układ pierwszeństwa.

    Ja bym się tak działającemu, w pełni autonomicznemu samochodowi wozić nie pozwolił.

    To co robić?

    Jeździć. Samemu, z Drive Pilotem, Pilot Assist, Autopilotem czy cokolwiek jeszcze oferuje nam nasz samochód. I cieszyć się tym, jak bardzo odciążają nas w czasie jazdy.

    Ale nigdy nie ufać im w 100 proc. A już na pewno nie wtedy, kiedy wiemy, że da się je oszukać.



    Jak to jest z tymi autonomicznymi samochodami i znakami?

    0 0

    W założeniach Fluent Design ma ujednolicać systemy operacyjne Microsoftu, oferując podobne doświadczenia oraz maksimum użyteczności niezależnie od posiadanej platformy. W praktyce aktualizacja przygotowywana z myślą o rodzinie konsol Xbox One wygląda jak wizualny krok wstecz względem tego, co mamy już dzisiaj.

    Czym jest Fluent Design? To najnowszy styl wizualny Microsoftu, o którym wyczerpujący tekst popełnił Maciej Gajewski. Sam posłużę się wielkim uproszczeniem - Fluent Design to nowe, uniwersalne zasady dotyczące systemowego wzornictwa, oparte o zastosowanie światła, głębi, ruchu, faktury oraz skali.

    Fluent Design zmierza na rodzinę konsol Xbox One, ale jako posiadacz tej platformy wcale nie jestem zadowolony.

    Microsoft ma spory problem z aktualnym systemem operacyjnym działającym na Xboksach. Ten jest ociężały, z mozolnie wysuwającą się boczną belką Xbox Guide. Do tego dochodzi fatalnie przemyślany system społecznościowych rekomendacji, a także żałośnie wyglądające reklamy, wszyte w główne ekrany nawigacji. Zmiany były potrzebne. Nawet pomimo tego, że Microsoft wykazuje niebywałą aktywność w regularnym przemeblowywaniu głównego menu.

    Teraz możemy zobaczyć, jak w przyszłości będzie wyglądało kolejne odświeżenie systemu operacyjnego każdej konsoli z rodziny Xbox One. Do sieci trafił film, na którym Major Nelson przedstawia nowy wygląd interfejsu znajdującego się aktualnie w wersji alpha. Niebawem będzie mógł go przetestować każdy aktywny i zaangażowany Xbox Insider. Oto Fall Creators Update dla Xbox One w praktyce, zdobiący system na konsoli Microsoftu, rozebrany na części pierwsze. Widać też w nim pierwsze elementy wyżej wspomnianego Fluent Design, takie jak operowanie światłem przy zaznaczeniach.

    Tak będzie wyglądał główny ekran Xbox One:

    [caption id="attachment_582892" align="aligncenter" width="1000"] Nowy ekran główny konsol Xbox One. Jedna reklama w prawym dolnym rogu...[/caption]

    Po uruchomieniu konsoli Microsoftu będzie nas witał taki oto ekran. Minimalizm jest zawsze na plus, ale brak wyraźnego zagospodarowania najważniejszej górnej przestrzeni może dziwić. To kluczowy obszar, na którym można wyświetlić coś bardzo, bardzo istotnego. Zamiast tego mamy jedynie suchy tytuł gry/aplikacji, na którą najedziemy analogiem. Dziwna decyzja.

    Niestety, Microsoft po raz kolejny skusił się na reklamy, atakując swoich użytkowników banerami już z poziomu głównego ekranu. Spójrzcie na sponsorowany fioletowy kafelek z grą Fortnite. To po prostu słabe. Czegoś takiego nie ma ani na ekranie powitalnym PlayStation 4, ani na ekranie powitalnym Nintendo Switcha. Wygląda to niepoważnie, żeby nie napisać desperacko.

    [caption id="attachment_582891" align="aligncenter" width="1000"] ... oraz druga, mniejsza, zaraz ponad pierwszą.[/caption]

    Żeby było zabawniej, aktualizacja Fall Creators Update wprowadza dodatkową reklamę na ekranie głównym. Czyli mamy już dwa odnośniki do sklepów, zaraz po uruchomieniu konsoli. Przy takim tempie implementacji komercyjnych odnośników system Xboksa One będzie przypominał gazetkę z Biedronki, nim aktualizacja Fall Creators Update wyjdzie ze stadium otwartych beta-testów. Kawał solidnej roboty, projektanci Microsoftu.

    Ciekawą nowością są bloki zawartości zaraz pod głównym ekranem.

    [gallery link="file" ids="582889,582890,582888"]

    Za ich tworzenie odpowiadają sami użytkownicy. Spersonalizowane bloki zawartości mogą dotyczyć ulubionych gier wideo, ale także kolegów i przyjaciół. Ich celem jest śledzenie aktywności oraz nowości poświęconych jednemu i tylko jednemu tematowi. Przykładowo, blok dla gry Overwatch będzie zawierał informacje o aktualizacjach od producenta, z kolei blok o zaprzyjaźnionym użytkowniku Maćku Gajewskim wyświetli mi jego najnowszy film wideo czy wrzucony zrzut ekranu.

    Takie bloki zawartości możemy tworzyć, edytować oraz usuwać w dowolnym momencie. Wstępnie jestem bardzo na tak. To ciekawe rozwiązanie, pozwalające śledzić najważniejsze składowe, jakie ma do zaoferowania każda konsola - gry oraz społeczności. Wszystko podane w czytelny sposób, bez zbędnych sugestii, poleceń, rekomendacji, reklam i innych wtyczek spowalniających działanie głównego ekranu.

    Nowa jest również wysuwana belka Xbox Guide.

    [caption id="attachment_582887" align="aligncenter" width="1000"] Nowa belka Xbox Guide zapowiada się na najlepszy element aktualizacji[/caption]

    [gallery link="file" ids="582883,582884,582886"]

    Major Nelson to jedyna osoba na świecie, której wysuwana boczna belka Guide w wersji z 2015 - 2016 roku działa natychmiastowo, płynnie i bez szarpania całym systemem. Teraz, po odświeżeniu systemu, każdy z posiadaczy Xboksa One będzie mógł zakosztować podobnego luksusu. Nowy Guide wygląda bardzo dobrze i pozwala na więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

    Najbardziej cieszy mnie pozioma belka nawigacji, pozwalająca przełączać się między najważniejszymi sekcjami Guide. Do tego wysuwana zakładka stała się wielowarstwowa. Taki zabieg pozwoli na czytelniejsze nawigowanie za jej pomocą. Przydatne są również trzy wielkie kafle odsyłającą kolejno do biblioteki, cyfrowego sklepu oraz ekranu pinesek z przypiętymi przez użytkownika ciekawymi grami oraz programami. Nie chcę przesądzać, ale wychodzi na to, że dzięki Guide nigdy nie będę musiał minimalizować rozgrywki oraz wchodzić do menu opcji systemowych. Świetnie się to zapowiada.

    Architekci odpowiedzialni za Społeczności nareszcie nauczyli się wykorzystywać powierzchnię.

    [caption id="attachment_582882" align="aligncenter" width="1000"] Nowe centrum społeczności. Póki co bez pań z odkrytymi dekoltami, za to z działającymi filtrami[/caption]

    Sekcja Community odświeżona o aktualizację Fall Creators Update w końcu sprawia wrażenie rozsądnie zagospodarowanej. Zakładka wykorzystuje pionową oraz poziomą nawigację, do tego w klarowny sposób przedstawia udostępnianą przez graczy zawartość. Śmiem sądzić, że lepiej niż kafelek Co nowego na PlayStation 4.

    Jestem tylko ciekaw, czy razem z nowym układem treści dopracowano również algorytmy odpowiedzialne za dopasowywanie zawartości. W aktualnej wersji systemu te działają fatalnie. Oglądając treści poświęcone ulubionej produkcji co rusz sugeruje mi się filmiki „pań z biustami”, które nie grzeszą inteligencją oraz umiejętnościami, nadrabiając braki innymi atutami. Pożądanie uwagi za pomocą pup i dekoltów stało się w ostatnim czasie zmorą algorytmów Xboksa. Liczę na rozwiązanie tej kwestii.

    Aktualizacja Fall Creators Update dla konsol Xbox One zadebiutuje jeszcze w 2017 roku.

    Microsoft używa bezpiecznego terminu „later this year” odnosząc się do daty debiutu aktualizacji. Wizualny remont na Xboksie One mogą już sobie zafundować testerzy skupieni wokół wewnętrznego pierścienia programu Insider. Mniej zaangażowani użytkownicy mają dostać dostęp do nadchodzącej wersji beta odświeżenia „w niedalekiej przyszłości”.

    Wstępnie jestem na tak. Jednak nie z powodu zmian w obszarze wizualnym, ale większej użyteczności systemu. Nowa belka Xbox One Guide wydaje się być kapitalnym rozwiązaniem. Szkoda, że główny ekran konsoli tak fatalnie z tym kontrastuje. Te pustki oraz reklamy tworzą paskudne wrażenie. Być może do czasu finalnej wersji nieco się to zmieni, lecz nie pokładałbym Microsofcie przesadnie gorliwej wiary.



    Odświeżony interfejs konsol Xbox One jest paskudny, ale niezwykle praktyczny

    0 0

    Moto Z2 Play akumulator

    Od ponad tygodnia stałym rezydentem mojej kieszeni jest nowa Motorola Moto Z2 Play. Jednak nim przyjdzie czas pełnej recenzji, postanowiłem przyjrzeć się bliżej największej kontrowersji otaczającej modułowy smartfon – akumulatorowi.

    Ubiegłoroczna Moto Z Play była moim prywatnym nr 1 wśród smartfonów AD 2016. Innowacyjna, multimedialna, zaskakująco płynnie pracująca pomimo przeciętnej specyfikacji, no i TEN AKUMULATOR. Pierwsza Z Play była jednym z nielicznych smartfonów, któremu wystarczało energii na faktyczne dwa dni użytkowania. Kompromisem była spora grubość smartfona, ale kto by się tym przejmował? 2 dni pracy za 2 dodatkowe milimetry grubości to rozsądna wymiana.

    A jako że akumulator był najmocniejszym punktem Moto Z Play, to naturalnie jej sukcesor, Motorola Moto Z2 Play, zmniejsza jego pojemność. Zaraz, co?

    [caption id="attachment_582955" align="aligncenter" width="2000"] Moto display w nowej Moto Z2 Play jest jesze lepszy.[/caption]

    Motorola Moto Z2 Play ma znacznie mniejszy akumulator od Moto Z Play. Czy to źle?

    Mówiąc wprost – tak. To bardzo nieczyste zagranie mające wymusić na konsumentach zakup jednego z modułów akumulatora. Bo nie sądzę, żeby przy pierwszej Moto Z ktokolwiek potrzebował takiego wsparcia.

    Akumulator w Moto Z2 Play ma pojemność 3000 mAh i prawdę mówiąc, jego wydajność nie umywa się do poprzedniczki, wyposażonej w akumulator 3500 mAh. Wystarcza na cały dzień dość intensywnego użytku, ale to tyle. Na 2 dni pracy nie ma co liczyć. W zamian Moto Z2 Play jest zdecydowanie smuklejsza i lżejsza od Moto Z Play, ale… nie sądzę, żeby ktokolwiek się z tego ucieszył.

    Na szczęście Motorola Moto Z2 Play ma jedną przewagę nad swoją poprzedniczką – jest od niej tańsza w dniu premiery. I to o całe 200 zł. W sam raz, by za zaoszczędzone pieniądze dokupić moduł Turbo Power, doposażając smartfon o 3450 mAh. Sprawdziłem, na ile wystarczy mi energii, łącząc Moto Z2 Play z tym modułem. Efekty są naprawdę powalające.

    Zakładamy moduł TurboPower.

    Przypinając moduł do plecków smartfona oprogramowanie pozwala nam wybrać, w jakim trybie ma pracować dodatek. Mod TurboPower może albo błyskawicznie doładować nam smartfona, jeśli brakuje mu energii, albo utrzymywać poziom jego naładowania na 80%, co jest bezpieczniejsze dla akumulatora. Oraz pozwala wycisnąć dłuższy czas pracy z modułu.

    W tym trybie utrzymywałem mod TurboPower przez cały, bardzo długi i intensywny dzień. Oto wyniki.

    5:59 – moduł i smartfon na ładowane do pełna.

    Czas wstać. Poranna toaleta, szybkie śniadanie i kawa. Do kawy oczywiście najnowszy odcinek Gry o Tron (jeśli jeszcze nie widziałeś – rzuć wszystko i idź nadrobić). Po drodze chwila na social media, nadrobienie firmowego Slacka i kilka innych głupot. Typowy start dnia.

    Około 10:00 ruszyłem w trasę. 2,5 godziny stale włączonej nawigacji z równoległym strumieniowaniem muzyki przez Bluetooth nie zrobiły na połączonych akumulatorach żadnego wrażenia. Dodajmy do tego kilka zdjęć, kilka maili, jeden odcinek Californication w oczekiwaniu na umówione spotkanie i…

    14:18 – moduł ma 84% naładowania, smartfon 80%

    Na tym etapie mam za sobą ponad 4 godziny SoT, z czego większość to nawigacja i strumieniowanie wideo. Zużycie energii jest… marginalne.

    Kolejnych kilka godzin to głównie wykorzystywanie Moto Z2 Play jako przenośnego hotspotu. Ten zabieg moduł TurboPower zniósł już nieco gorzej, ale nadal…

    18:31 – moduł ma 51% naładowania, smartfon 80%

    Pora ruszać do domu. Kolejne 2,5 godziny wykorzystywania nawigacji w połączeniu ze strumieniowaniem muzyki przez Bluetooth. Po drodze znów kilka zdjęć i dłuższa chwila spędzona na przeczesywaniu Internetu w trakcie postoju na wieczorny posiłek.

    Tutaj spadek był już bardziej zauważalny, prawdopodobnie dlatego, że jechałem inną trasą, na której moduły GPS i GSM miały większe problemy ze złapaniem zasięgu. Znaczenie miała też zapewne wyższa jasność ekranu. Ale i tak pod koniec dnia…

    21:38 – moduł ma 14% naładowania, smartfon 80%

    Wracając do domu po dość wyczerpującym dniu (i dla mnie, i dla smartfona) nie miałem już ochoty siadać przy biurku. Pozostałe sprawy zawodowe załatwiłem więc z poziomu telefonu. Odpisałem na zaległe wiadomości, przejrzałem maile, nadrobiłem social media, obejrzałem kilka filmików na YouTubie. Ostatnimi czasy staram się odkładać telefon na długo przed pójściem spać, więc…

    22:38 – moduł ma 4% naładowania, smartfon 80%

    Moduł TurboPower potrzebował całego, intensywnego dnia, by wyzerować zmagazynowaną energię. Czysty obłęd! A smartfon nadal ma 80% poziomu energii, co spokojnie wystarczy na następny, mniej intensywny dzień.

    Sam dodatek do Moto Z2 Play okazał się być równie wydajny energetycznie, jak ubiegłoroczna Moto Z Play samodzielnie. W połączeniu z przyzwoitym akumulatorem nowej Moto Z2 Play, otrzymujemy energetyczne combo, które da sobie radę w każdej sytuacji, bez konieczności targania ze sobą dużego, nieporęcznego powerbanka.

    A minusy? Nie stwierdziłem. Motorola Moto Z2 Play po podłączeniu modułu TurboPower staje się może nieco grubsza i znacznie cięższa, ale dla mnie nie jest to istotna wada. Przyklejony do telefonu moduł jest i tak wygodniejszy, niż zewnętrzny powerbank.

    To jednak nie oznacza, że warto go kupić.

    Spójrzmy prawdzie w oczy – dla przeciętnego zjadacza chleba dokupienie dość drogiego modułu do i tak nietaniego smartfona to wydatek trudny do przełknięcia. Motorola popełniła karygodny błąd, pomniejszając ogniwo akumulatora względem poprzedniego modelu. Nie zamierzam ich za to chwalić.

    I chociaż Moto Z2 Play ma akumulator wystarczający przeciętnemu użytkownikowi, to nijak ma się on do wybitnych czasów pracy pierwszej Moto Z Play.

    Dlatego też powiem wprost – jeśli czas pracy z dala od gniazdka jest dla was priorytetem, lepiej jest... kupić ubiegłoroczną Moto Z Play. Spokojnie kupicie ją teraz za połowę ceny następcy, a różnice technologiczne między tymi dwoma smartfonami są na tyle nieznaczne, że dopóki Moto Z Play będzie w sprzedaży, trudno będzie kogokolwiek przekonać do zakupu Moto Z2 Play.

    No i pamiętajmy… do Moto Z Play również można podłączyć moduł TurboPower. Wyobraźcie tylko sobie, jak niesamowity czas pracy osiągnie taka kombinacja. I za jak niską cenę.

    https://youtu.be/hxc_jdlGPq0?list=PLHJnIXuWzYmBeJeA5ggApCgJBsGe1zPM_



    Sprawdziłem akumulator w Moto Z2 Play z nowym modułem TurboPower. Rezultaty są powalające

(Page 1) | 2 | 3 | .... | 20 | newer